poniedziałek, 16 stycznia 2012

Nie będzie euroobligacji, ale powstaną Deutschland-obligacje?

Minister gospodarki landu Szlezwik-Holsztyn Jost de Jager zaproponował, aby stworzyć wspólne - federalne oraz landowe obligacje. Kanclerz Angela Merkel poparła ideę, aby w przyszłości zarówno długi federalne jak i landowe finansować poprzez wspólne emisje obligacji rządowych. Obecnie rząd federalny emituje swoje obligacje tzw. D-Bundy a landy swoje. Stworzenie Deutschland-obligacji pozwoli uzyskać spore oszczędności.

Federalny minister finansów Wolfgang Schäuble uważa że w zamian landy powinny zredukować swoje zadłużenie do 60 procent PKB. "Fakt, że stanowi to zachętę do nagradzania landów za redukcję zadłużenia, uważam za bardzo ciekawy pomysł Wolfganga Schäuble" powiedziała Merkel.

"Przyniosłoby to dużą ulgę dla landu Szlezwik-Holsztyn dzięki niższym stopom procentowym" powiedział de Jager, który 6-tego maja stratuje w wyborach regionalnych jako kandydat CDU. Słabsze landy takie jak Szlezwik-Holsztyn muszą obecnie płacić wyższe oprocentowanie niż rząd federalny. Oprocentowanie obligacji federalnych jest na historycznie niskim poziomie. Na ostatniej aukcji sześciomiesięcznych bonów, po raz pierwszy w historii, inwestorzy płacili niemieckiemu rządowi aby móc ulokować w nich pieniądze. Ich oprocentowanie było ujemne!

Debata na temat Deutschland-obligacji w Niemczech jest prowadzona równolegle do tej na poziomie UE, gdzie toczy się gra o to, aby zacząć emitować euroobligacje. W ten sposób państwa o słabej kondycji finansowej mogłyby skorzystać z dobrego ratingu kredytowego partnerów ze strefy euro i płacić niższe stopy procentowe na rynkach finansowych. Jest jednak jasne, że niemiecki rząd federalny nie zaakceptuje euroobligacji, ponieważ oznaczałoby to uwspólnienie zadłużenia. Takie działanie jest zabronione na mocy Traktatu UE a także w opinii niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Jednak na poziomie niemieckich landów, nie byłoby takich problemów prawnych, aby emitować wspólne federalne i landowe obligacje.

Merkel podkreśliła jednak, że aby to było możliwe potrzebna jest rozsądna polityka fiskalna landów. Pomysł Szlezwiku-Holsztyna idzie w dobrym kierunku konsolidacji, ale Północna Nadrenia-Westfalia, jako land znacznie bogatszy i co za tym idzie płacący niższe oprocentowanie za zaciągane długi, nie jest już do niego tak przekonana. Schäuble zasugerował podczas rozmów z władzami landów, aby każde z nich przedstawiło plany tego jak chcą zmniejszyć swoje zadłużenie do 60 procent.

Pomysł jest bardzo świeży i nie ma jeszcze nie-niemieckiej nazwy dla wspólnych obligacji, stąd nazwa Deutschland-obligacje. Co z niego wynika? Że bliższa ciału koszula. Ale czy to nie było już wcześniej oczywiste, że Niemcy nie będą się poświęcać za południowców? A właśni ziomkowie z bundes republik to już co innego. Ciężko przewidzieć jak realizacja tego pomysłu wpłynie na sytuację Polski, ale można sobie wyobrazić, że inwestorzy chętniej kupią kolejną partię niemieckich bonów niż polskich.

piątek, 13 stycznia 2012

Tylko śmieciowa praca dla młodych

Niskie wynagrodzenie, brak wakacji (chyba że przestaniesz pracować) czy emerytury, krótkoterminowe umowy, brak ubezpieczenia zdrowotnego. Młodzi ludzie w Europie Południowej decydują się na pracę na nędznych warunkach pod hasłem "kiepska robota jest lepsze niż brak pracy."

Sylvia wiedziała że będzie ciężko, ale nie aż tak. Z tytułem magistra reklamy 24-latka pracowała przez ponad dwa lata jako stażysta. Teraz zaczęła się zastanawiać czy to się kiedyś skończy. Zarabia 300 euro miesięcznie (ok. 1 350 zł), a robi to samo co jej koledzy zatrudnieni na umowę o pracę. Oznacza to, że zarabia tylko na to, aby móc wyjść z domu, gdyż kupno biletu na autobus i koszty obiadu zjadają większość jej wynagrodzenia. Mimo że międzynarodowa firma dla pracuje mówi dużo o ograniczeniu przepisów pozwalających stosowania umów o pracę bez świadczeń socjalnych (tzw. umów śmieciowych), Sylvia nie będzie narzekać - czuje się szczęśliwa, że w ogóle ma pracę. W Hiszpanii bezrobocie wśród młodzieży pozostaje na poziomie ponad 40 procent.

- Od kiedy byłam mała moi rodzice zachęcali mnie, żebym się uczyła i ukończyła studia to dostanę dobrą pracę. Ale i tak jestem szczęśliwa, że mam jakąkolwiek pracę, mówi Sylvia. Wśród 30 osób z mojej klasy, jestem wśród tych, którzy znaleźli najlepszą pracę. Sylvia nie chce podać swojego nazwiska, bojąc się kłopotów z pracodawcą.

Beznadziejna sytuacja młodych ludzi w Hiszpanii, Włoszech, Grecji i Portugalii jest namacalnym rezultatem kryzysu zadłużenia, który szaleje w Europie. Portugalia miała w ostatnich kilku latach jeszcze większe problemy gospodarcze niż Hiszpania i wielu młodych ludzi walczy o godne warunki w pracy do których mają prawo.

'Umowy niewolnicze' czy jak niektórzy mówią 'umowy śmieciowe', które do tej pory były obecne tylko w turystyce i rolnictwie, są obecnie wykorzystywane we wszystkich sektorach gospodarki. Problemy gospodarcze oznaczają, że wiele firm stara się unikać zatrudnienia osób na stałych umowach o pracę. 25 procent siły roboczej w Hiszpanii i 23 procent w Portugalii jest obecnie zatrudniona na czas określony. 80 procent nowych umów o pracę, które zostały podpisane w ostatniej dekadzie w Hiszpanii były tymczasowe. Dlatego w wielu krajach istnieją właściwie dwa systemy zatrudnienia. Jeden to osoby w średnim wieku, zatrudnione na stabilnych miejscach pracy i dobrych warunkach. Takie umowy są kosztowne i trudno je wypowiedzieć. Z drugiej strony wiele młodych ludzi boryka się z umowami na czas określony i są łatwo wykorzystywani przez cynicznych pracodawców.

Wymagania młodych osób poszukujących pracy się zmieniają. Wcześniej nie chcieli przyjść do pracy za mniej niż 1000 euro, a dziś takie wynagrodzenie jest dla nich jak najbardziej satysfakcjonujące. Ale w czasach oszczędności budżetowych i problemów gospodarczych ucierpiał zarówno sektor publiczny jak i prywatny. Zmieniły się wymagania i praca tymczasowa z 1000 euro miesięcznie bez świadczeń socjalnych nie jest taka zła.

- Wcześniej mówiliśmy o czasownikach jako czymś złym, a teraz jest już czymś pospolitym. Umowa na czas określony do 1000 euro miesięcznie jest w porządku, mówi profesor Jose Maria Martin z Narodowego Uniwersytetu Kształcenia na Odległość w Hiszpanii.

- Hiszpania staje się krajem ludzi, którzy uczą się w szkole do czasu 33 lat i nie mogą przejść na emeryturę, aż do ukończenia 75 lat, mówi przewodniczący związku zawodowego Ignacio Fernandez Toxo.

We Włoszech kryzys ekonomiczny pogorszył się na jesieni i tam także ciężko doświadczył młodych ludzi. Więcej niż jeden na czterech Włochów między 15 a 24 rokiem życia jest bezrobotny. 27-letni Frederico przechodził z jednej pracy tymczasowej do drugiej od kiedy skończył studia historyczne w 2009 roku. Wynagrodzenie 1000 euro miesięcznie staje się dla niego nieosiągalnym marzeniem.

- Byłem dzisiaj na rozmowie o pracę na jednoroczną umowę, ale nie spodobało mi się, bo zaproponowali mi 500 euro miesięcznie i miałbym pracować dziesięć godzin dziennie, mówi Frederico, który nie chce podać swojego nazwiska. Nadal mieszka z rodzicami, bo potrzebuje umowy o pracę aby móc coś wynająć. Ale młodzi ludzie, którzy mieszkają w domu, nie przyczyniają się do wzrostu, nie stymulują rynku mieszkaniowego, a także nie zakładają nowych gospodarstw domowych tworzących wzrost konsumpcji. Dla wielu młodych ludzi w Europie Południowej rok 2011 był trudny. Problem polega na tym, że 2012 może będzie jeszcze gorszy jeśli europejscy politycy nie rozwiążą problemów z zadłużeniem, a na to się nie zanosi.

W Polsce wcale nie jest lepiej, bo mamy najwyższy w Europie odsetek pracowników pracujących na umowach czasowych - aż 27 procent! Jeszcze dziesięć lat temu było ich jedynie 6 proc. W Unii Europejskiej na umowach czasowych zatrudnionych jest średnio 14 proc. Firmy wolą zatrudniać na takie umowy, bo potem łatwiej rozstać się z niepotrzebnymi osobami. W Polsce aż 65 proc. młodych ludzi poniżej trzydziestki pracuje na umowach śmieciowych, a wartość ta rośnie do 84 proc. jeśli weźmiemy pod uwagę tylko osoby do lat 24.

Ale jak już wspomniałem na początku wpisu - lepsza taka praca niż żadna. Sam znam osoby zatrudnione na umowę na czas określony - 10 lat! Właściwie to nie wiedzą jaki jest ich status. Nie dostaną kredytu mieszkaniowego (chociaż zarabiają tak niewiele że nawet na umowie na czas nieokreślony by go nie dostali), nie mogą układać sobie życia. A może czas wreszcie powiedzieć rządzącym, że wmawianie że jest dobrze nam nie wystarcza? I że rozwiązaniem problemu nie jest opodatkowanie umów czasowych jak proponował min. Boni, bo właśnie wysokie podatki są głównym powodem dla którego firmy decydują się zatrudniać ludzi w ten sposób.

Tymczasem pojawiły się nowe dane dot. bezrobocia w Unii Europejskiej. Eurostat podał, że 23.674 miliony ludzi w Unii pozostawało bez pracy w listopadzie 2011, z tego 16.372 milionów w strefie euro. Najniższe bezrobocie zanotowano w Austrii (4.0%), Luksemburgu i Holandii (po 4.9%), a najwyższe w Hiszpanii (22.9%), Grecji (18.8%) i na Litwie (15.3%). W całej Unii Europejskiej bezrobotnych jest 5.579 miliona młodych osób (do 25 roku życia). Najniższa stopa bezrobocia wśród młodych jest w Niemczech (8.1%), Austrii (8.3%) i Holandii (8.6%), a najwyższa w Hiszpanii (49.6%), Grecji (46.6%) i na Słowacji (35.1%)!

Ostatnie dane dla Polski znalazłem za rok 2010 i już wtedy w naszym kraju 28% młodych ludzi nie miało pracy! Ministerstwo Pracy szacuje, że stopa bezrobocia w Polsce w grudniu 2011 wyniosła 12.5% (wzrost o 0.4% w stosunku do listopada), a liczba bezrobotnych wyniosła 1 mln 983 tys. osób. Nie pozostaje nic innego jak tylko podziękować za podwyżkę składki zdrowotnej, która na pewno zachęci więcej firm do tworzenia miejsc pracy w Polsce. Dziękujemy Panie Premierze!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Wszyscy pytają co dalej z euro? Tak jak głosi tytuł wpisu europejskie państwa potrzebują miliardów! I nie chodzi mi tylko o zadłużone po uszy kraje południa Europy i coraz wyższe kwoty o których co chwilę słyszysz, że tylko one mogą pozwolić je uratować. Chodzi mi o wszystkie kraje europejskie, które żyją w stanie permanentnego deficytu budżetowego i muszą co roku emitować nowe obligacje, aby sfinansować swoją działalność. Ile pieniędzy potrzebują kraje strefy euro w 2012?

1. Włochy - Kraj Mario Montiego musi w 2012 roku zrolować dług w wysokości 307 miliardów euro, który pojawi się w postaci przedstawianych do wykupu obligacjach rządowych. To 19,3% PKB Włoch za 2011r. W 2013 r. będzie to kolejne 154.6 mld euro do wykupu.

2. Niemcy - W 2012 Niemcy muszą znaleźć nabywców na 273 miliardów euro, i jest to drugie największe do obsłużenia zadłużenie. Wynosi ono 10,6% PKB przewidywanego na rok 2011. W 2013 r. kanclerz Angela Merkel będzie musiała pozyskać nowe 186 mld euro.

3. Francja - Sama Francja ma 240 miliardów euro długu w obligacjach, które musi wykupić w 2012 roku, co stanowi 12% jej PKB w 2011 r. 2013 r. przyniesie dodatkowe 125,3 miliardów euro do wykupu.

4. Hiszpania - Pod rosnącą presją ze strony rynków finansowych, kraj ten musi pozyskać 132,2 miliardów euro w 2012 roku na spłatę obligacji rządowych. Stanowił to 12,2% PKB przewidywanego na rok 2011. 2013 r. dług do wykupu będzie mniejszy - 82,8 mld euro.

5. Belgia - kraj w którym nie było rządu przez ponad 500 dni po wyborach parlamentarnych w 2010 roku. W 2012 roku musi obsłużyć 56,6 miliardów euro zapadającego zadłużenia. Jest to 15% PKB za 2011 rok. W następnym roku będzie to 30 mld euro.

6. Holandia - Premier Holandii Mark Rutte w 2012 r. musi wykupić obligacje na łączną kwotę 55,6 miliardów euro, czyli 9,2% PKB tego kraju za 2011. W 2013 do wykupu jest kolejne 31 mld euro.

7. Grecja - W dniu 11 listopada 2011 r. Lucas Papademos, były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, został zaprzysiężony jako nowy premier Grecji. Jego kraj bardzo zadłużony kraj będzie musiał znaleźć 43,3 miliardów euro na spłatę długów wymagalnych w 2012 r. Jest to solidne 19,6% greckiego PKB na 2011 rok. W następnym roku będzie trzeba pozyskać 27,8 mld €.

8. Portugalia - Od czerwca 2011 nowym premierem Portugalii jest Passos Coelho. Jego kraj będzie musiał spłacić 22,2 miliardów euro w 2012 roku, które wynoszą 12% PKB. W 2013 do pozyskania 10,8 mld euro.

9. Austria - Ten mały alpejski kraj rządzony przez kanclerza Wernera Faymanna musi zapewnić 18 mld euro na spłatę obligacji w 2012 roku, co stanowi 6% PKB. 2013 r. to konieczność spłaty kolejnych 17,5 mld euro.

10. Finlandia - kraj ten będzie musiał refinansować 14,8 miliardów euro w roku 2012. To 7,7% fińskiego PKB. W następnym roku do spłaty będzie znacznie mniej, bo 6,3 mld €. Finlandia niedawno zażądała zastawu od Grecji za swój udział w europejskim pakiecie ratunkowym.

11. Irlandia - Premiera Irlandii Enda Kennyego, który urzęduje od marca 2011 roku, będzie musiał spłacić 5,6 miliardów euro obligacji, które zapadają w 2012 r. To 3,6% PKB za rok 2011 - nie wiele w porównaniu do innych krajów. W następnym roku do spłaty będzie ponownie 6,1 mld euro.

12. Słowacja - Słowacja ma do spłaty w 2012 roku obligacje na kwotę 4.8 miliarda euro, a w 2013 kolejne 3,7 mld euro. Obligacje, które trzeba będzie wykupić w 2012 r. odpowiadają ok. 7.5% PKB za 2011.

Podsumowując powyższe dwanaście największych krajów strefy euro musi pożyczyć w 2012 r. 1 173.1 mld euro (1.2 biliona euro!). Piszę musi pożyczyć, bo przecież nie da się obecnie sfinansować wykupu tych obligacji w żaden inny sposób, one po prostu muszą być zrolowane.

A co u nas? W 2012 Polska musi wykupić obligacje za 103,3 miliardy złotych (ok. 23 mld euro) co stanowi ok 7,3% PKB. To na prawdę nie mała kwota i może być niezwykle ciężko pozyskać ją na rynku. Szczególnie że nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru do lokowania kapitału w długu. Pierwszy duży wykup już 25. stycznia - minister finansów musi pozyskać na rynku wtedy ok. 22.5 mld złotych. Zapowiada się ciekawy rok przed nami!

piątek, 6 stycznia 2012

Szokujące prognozy Saxo Banku na rok 2012

Saxo Bank opublikował swoje szokujące prognozy na rok 2012. Większość z nich wydaje się dziś mało prawdopodobne, ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy. Prognozy jak to prognozy, wcale nie muszą się wydarzyć, ale gdyby nawet część z nich miała miejsce to miałyby one znaczący wpływ na rynki.

A oto odważne i szokujące prognozy Saxo Banku na 2012 r.:

1. Akcji Apple Inc spadną o 50 procent w stosunku do maksymalnej wartości z 2011
We właśnie się rozpoczynającym roku 2012 Apple będzie musiał stawić czoła wielu konkurentom, takim jak Google, Amazon, Microsoft / Nokia i Samsung, na rynku najbardziej innowacyjnych produktów - iPhone oraz iPad. Apple nie będzie w stanie utrzymać swojego 55% udziału w rynku (trzy razy tyle co Android) oraz 66% na rynku iOS i iPad.

2. UE ogłosi przedłużony urlop dla banków w 2012
Grudniowe zmiany traktatu UE okażą się niewystarczające do rozwiązania potrzeb finansowych UE, zwłaszcza Włoch i kryzys zadłużenia powróci na rynki z impetem w połowie roku. W odpowiedzi to giełdy spadną o 25% w krótkim czasie, co skłoni polityków aby ogłosić dłuższy urlop dla banków. Wszystkie europejskie giełdy i banki zostaną zamknięte na tydzień lub więcej. Co dalej z euro?

3. Nieznany dotąd kandydat wygra wybory do Białego Domu
W 1992 roku miliarderowi z Texasu, Ross Perot, udało się wykorzystać recesję i obrzydzenie do polityki, aby zebrać 18,9% głosów. Trzy lata rządów Obamy przyniosło zbyt mało zmian i tylko dodatkowe powszechne rozczarowanie z całego amerykańskiego systemu politycznego, w związku z czym warunki dla kandydat z trzeciej partii nigdy nie były lepsze niż obecnie. Ktoś z silnym programem prawdziwych zmian zgłosi swoją nominację na początku 2012 roku i zgarnie prezydencję w listopadzie w jednym z najbardziej kluczowych głosowaniu w historii Stanów Zjednoczonych, przy poparciu 38% głosów.

4. Australia wejdzie w recesję
Skutkiem spowolnienia chińskiej gospodarki będzie wepchnięcie innych krajów Azji i Pacyfiku w recesję. Jednym z krajów silnie zależnych od rozwoju chińskiej gospodarki jest Australia z jej dużym uzależnieniem od górnictwa i zasobów naturalnych. Jak tylko chiński popyt na te towary osłabnie, Australia wejdzie w recesję, która zostanie pogłębiona przez załamanie w sektorze mieszkaniowym - pół dekady po pozostałych krajach rozwiniętych.

5. Nowe regulacje Basel III doprowadzą do nacjonalizacji 50-ciu banków w Europie
Rośnie ciśnienie na europejski system bankowy w związku z nowymi wymogami kapitałowymi i nowe regulacje powodują, że banki muszą znaleźć dodatkowy kapitał w wielkim pośpiechu. To powoduje wyprzedaż aktywów finansowych mimo, że na rynku jest mało chętnych na zakupy. Zamrożenie europejskiego rynku międzybankowego spowoduje że, nieufni w systemy gwarancji depozytów poręczanych przez niewypłacalne rządy, oszczędzający zaczną run na banki (zaczną masowo wypłacać swoje depozyty). Ponad 50 banków będzie wymagało wsparcia poprzez nacjonalizację, a kilka znanych marek przestanie istnieć. (Pisałem już o tym, że banki zwalniają, gdyż muszą poprawić swoje wyniki)

6. Szwecja i Norwegia zastąpią Szwajcarię jako bezpieczną przystań
Jak widzieliśmy na przykładzie Szwajcarii, bycie bezpieczną przystanią w świecie kryzysu zadłużenia powoduje szereg zagrożeń dla gospodarki kraju. Rynki kapitałowe obu krajów są znacznie mniejsze niż Szwajcarii, ale Szwajcarzy agresywnie dewaluują własną walutę i zarządzający funduszami poszukują nowych bezpiecznych przystani dla kapitału. Przepływ pieniędzy na rynki obligacji obu państw stanie się tak popularny, że 10-letnie obligacje będą oprocentowane ponad 100 punktów bazowych poniżej także uważanych za bezpieczne niemieckich bundów.

7. Szwajcarski Bank Narodowy wygra i przesunie kurs EURCHF do 1,50
Szwajcarski upór w walce przeciwko aprecjacji swojej waluty opłaci się w 2012 roku. Z powodu zależności szwajcarskiej gospodarki od eksportu, w dalszym ciągu będzie ona cierpiała w 2012 roku z powodu siły CHF, w związku z tym SNB i rząd podejmą dalsze kroki aby zapobiec kolejnym szkodom i wprowadzenie nawet ujemne stopy procentowe, aby wywołać ucieczkę kapitału z tego kraju i dzięki temu uda im się sprowadzić kurs EURCHF do poziomu 1,50 w ciągu najbliższego roku.

8. Kurs USDCNY urośnie o 10 procent do 7,00
Z powodu malejących zysków z rynku mieszkaniowego i coraz niższych marż eksporterów Chiny znajdą się na krawędzi "recesji", czyli 5-6 proc wzrostu PKB. Chińscy decydenci przyjdą na ratunek eksporterom poprzez umożliwienie spadku renminbi wobec dolara - podsycanego przez amerykański status bezpiecznej przystani w czasie globalnego spowolnienia gospodarczego i obecnych problemów z zadłużeniem w strefie euro. Doprowadzi to do zmiany pary USDCNY do 7,00, czyli 10 procentowego wzrostu.
Jak na razie to ruchy były raczej w drugą stronę i mówi się o końcu ery dolara.

9. Baltic Dry Index wzrośnie o 100 procent
Niższe ceny ropy naftowej w roku 2012 mogą doprowadzić do wzrostu indeksu Baltic Dry w związku ze spadkiem kosztów. Brazylia i Australia zwiększą dostawy rudy żelaza co doprowadzi do dalszego obniżenia cen i zaspokoi rosnące zapotrzebowanie na ich import ze strony Chin w celu zapewniania surowców produkcji przemysłowej. W połączeniu z łagodzeniem polityki pieniężnej doprowadzi to do masowego skoku popytu na rudę żelaza.

10. Ceny pszenicy wzrosną dwukrotnie
Cena pszenicy CBOT podwoi się w 2012 roku po najgorszych zbiorach w 2011 roku. Razem z 7 miliardami ludzi na ziemi i ciągłym dodrukiem pieniędzy przez banki centralne, złe warunki pogodowe na całym świecie sprawiają, że będą to trudne lata na rynku produktów rolnych. Wzrost cen będzie szczególnie widoczny na rynku pszenicy, gdzie spekulanci którzy mają obecnie jedną z największych krótkich pozycji w historii, będą napędzać ceny w kierunku rekordowego 2008 roku.

Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank, powiedział: "Nasze straszne prognozy zostały przygotowane w celu zachęcania inwestorów do niestandardowego myślenia i przygotowania się do zmian zachodzących na świecie . Nieszablonowe myślenie rzadko jest łatwym ćwiczeniem, ale nie jest nim także radzenie sobie z przykrą niespodzianką do której nie udało się nam przygotować w żaden sposób."

Wierzyć lub nie. Faktycznie lepiej to przemyśleć i spróbować przygotować się na najgorsze. Szczególnie, że nic nie wskazuje na to, żeby miało nam być jakoś lepiej.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Chińsko-japońska umowa walutowa - koniec ery dolara!

Japonia i Chiny podpisały umowę w której zdecydowały się na rozliczanie swojej wymiany handlowej we własnych walutach - jenie i renminbi, bez udziału dolara jako waluty pośredniej. Dla dolara i euro będzie to silne uderzenie, szczególnie w tak trudnym dla nich okresie kryzysu. Nie ma wątpliwości, że to początek końca ery dolara.

Chiny i Japonia zamierzają w przyszłości zapewnić bezpośredni i płynny rynek wymiany dla swoich walut - jena i renminbi. Ponadto Japonia planuje zacząć kupować chińskie obligacje rządowe, co było wcześniej prawie niemożliwe ze względów regulacyjnych. Premier Japonii Yoshihiko Noda i chiński premier Wen Jiabao zapowiedzieli te zmiany po swoim grudniowym spotkaniu w Pekinie. Realizacja umowy zawartej między drugą i trzecią największą gospodarką na świecie osłabi w konsekwencji rolę dolara jako światowej waluty rezerwowej, ponieważ do tej pory około 60 procent ich wspólnej wymiany handlowej - w 2010 r. około 340 miliardów dolarów (260 miliardów euro) - dokonywane było za pośrednictwem dolara.

W związku ze stopniową liberalizacją chińskiej waluty, umowa zaboli zarówno członków strefy euro jak i Stany Zjednoczone w związku z ich własnym długiem. Zarówno USA jak i państwa strefy euro są bardziej zależne niż kiedykolwiek od woli innych państw do tego, aby w dalszym ciągu masowo kupowały dolara i denominowane w euro obligacje rządowe. Wielkie nadzieje w tym zakresie pokładane są w Chinach i Japonii, które razem mają około 4.5 biliona dolarów rezerw walutowych i to w dużej mierze w dolarach amerykańskich, ale do tej pory miały trudności aby utrzymywać je odpowiednio w jenach czy renmibi.

Chiny i Japonia w ostatnich tygodniach podeszły raczej z rezerwą do zakupów na większą, niż do tej pory, skalę obligacji rządowych denominowanych w euro. Oba te kraje również czują się nieswojo z uzależnieniem od dolara, które jest tym większe, im wyższe są ich własne rezerwy rezerwy walutowe powstałe w związku z nadwyżkami eksportowymi. "Biorąc pod uwagę samą skalę handlu dwóch największych gospodarek Azji między sobą, ta umowa jest dużo ważniejsza niż wszelkie inne umowy walutowe zawarte przez Chiny w przeszłości" powiedział Ren Xianfang, ekonomista IHS Global Insight w Pekinie dla agencji informacyjnej Bloomberg.

Otwierając swój własny rynek dla obligacji rządowych Chin, Japonia uzyskałaby alternatywę dla dolara i euro. Ze względu na potencjał aprecjacji, renminbi jest główną alternatywą dla dolara amerykańskiego i euro jako atrakcyjna waluta inwestycyjna. Do tej pory chińskie władze nie akceptowały silniejszego umocnienia swojej waluty niż dwa do czterech procent rocznie w celu zwiększenia własnej konkurencyjności w eksporcie. Dlatego zwłaszcza banki centralne krajów o wysokich rezerwach walutowych przez lata starały się inwestować w dolarach i euro zamiast w renminbi.

Japonia wprowadzi teraz formalne zmiany, aby od roku 2012 mieć możliwość zakupu chińskich obligacji denominowanych w renminbi i zainwestuje w nie początkowo "niewielką sumę". Nie wątpliwe pokazuje to, że era dolara chyli się ku upadkowi, a poszczególne kraje szukają bezpiecznych przystani w których będą mogły lokować swoje rezerwy walutowe i nie narażać się na ryzyko monetyzacji długu publicznego poprzez dodruk pustego pieniądza przez USA czy strefę euro.

czwartek, 29 grudnia 2011

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Włochy to chory człowiek Europy - jak powiedział sam Silvio Berlusconi. Jego następnca, Mario Monti, ma przed sobą trudny okres. Nowy rząd musi niezwłocznie zająć się wieloma problemami gospodarczymi.

Co dalej z euro?

Osłabienie wzrostu gospodarczego jest największą negatywną spuścizną po Silvio Berlusconim. Wychodzą teraz na wierzch wszystkie braki i błędy ostatnich lat. Od 2002, pierwszego pełnego roku w którym Berlusconi sprawował władzę gospodarka Włoch rosła z roku na rok wolniej niż średnia dla strefy euro lub państw G7 - grupy najbardziej uprzemysłowionych.

Włochy współdzieliły swój los z Niemcami aż do 2005 r., ale potem Niemcy zabrali się do reform nazywanych "Agenda 2010". We Włoszech także próbowano niezbędnych reform strukturalnych, ale szybko się z nich wycofano. Kraj pilnie potrzebował odbiurokratyzowania, złagodzenia polityki zatrudnienia (szczególnie ułatwienia zwolnień) i prywatyzacji firm, które nadal są w rękach państwa, wyjaśnia włoski ekonomista Alberto Alesina.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Gdy Włochy przystąpiły w 1999 r. jako członek-założyciel do Europejskiej Unii Walutowej, pozycja ich gospodarki i przemysłu nie była gorsza od niemieckiej. Ale podczas gdy Niemcy uchwaliły trudne reformy i zwiększały konkurencyjność poprzez ograniczenie wynagrodzeń i reformy strukturalne, Włochy poszły drogą innych południowych europejczyków i wykorzystały niskie stopy procentowe do wzrostu swojej konsumpcji. Doprowadziło to do wzrostu deficytu rachunku obrotów bieżących. Obecnie kraj ten importuje głównie surowce i energię, ale także środki transportu, chemię, włókna syntetyczne i elektronikę.

1. Ostry podział na północ-południe

Podstawowym problemem włoskiej gospodarki jest ogromna przepaść pomiędzy uprzemysłowioną północą kraju, która jest jednym z najbogatszych regionów w Europie, i biednym rolniczym południem nękanym przez mafię. Oba regiony po dziesięcioleciach transferów finansowych nadal nie są połączone w jeden organizm.

Berlusconi współrządził z separatystyczną Ligą Północną, która doszła do władzy wykorzystując niezadowolenie w północnych Włoszech na transfery dla biednego południa. W związku z tym niewiele zrobiono, aby rozwiązać podziały pomiędzy północą i południem. PKB na mieszkańca w najbogatszym regionie Lombardia w 2003 był ponad dwukrotnie wyższy niż w najbiedniejszym regionie Kalabria. Pięć lat później wszystko wciąż wyglądało tak samo. W żadnym innym kraju Europy Zachodniej regionalne różnice w zakresie stopy bezrobocia i dochodu na mieszkańca nie są tak duże jak we Włoszech.

Siła nabywcza wszystkich Włochów wynosi prawie miliard euro - w Europie wyższa jest jedynie w Niemczech i Francji. Ale średnia 16 333 € per capita w parytecie siły nabywczej, zgodnie z badaniami instytutu GfK ukrywa ogromne różnice regionalne. Tak więc Mediolańczycy mają dwa razy tyle pieniędzy co w Neapolu. Siła nabywcza na południu jest o jedną czwartą niższa niż na północy. Siedem z dziesięciu najbiedniejszych gmin w kraju leży w prowincji Neapol. Rząd Berlusconiego nie zrobił nic, aby rozwiązać te problemy i pozostawił je swojemu następcy.

2. Spadek konkurencyjności

Włochy przestały być rywalem dla niemieckiego przemysłu na światowych rynkach. Stało się tak z dwóch powodów: Po pierwsze, utracono przewagę konkurencyjną z powodu rosnących kosztów. Po drugie, włoskie firmy nawet silniejsze niż niemieckie na rynkach w Europie i Ameryce Północnej są silnie skoncentrowane a tym samym bardziej narażone na skutki kryzysu finansowego.

Brak reform strukturalnych i hojna polityka płacowa oznaczała, że produkcja we Włoszech w ostatniej dekadzie stawała się coraz bardziej kosztowna. Jednostkowe koszty pracy wzrosły we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat o ponad jedną czwartą, podczas gdy w Niemczech tylko około o pięć procent. Wyrównanie tego braku konkurencyjności kosztowej wewnątrz unii walutowej będzie bolesne i portwa wiele lat.

Nowe rynki gospodarek wschodzących zostały przez Włochów zaniedbane. I to nie tylko dlatego, że jak otwarcie narzekają przedstawiciele przedsiębiorców, Berlusconi znacząco słabiej w stosunku do innych szefów rządów wykorzystywał swoje wyjazdy zagraniczne w celu rozwoju nowych rynków eksportowych.

Włochy są jednym z głównych eksporterów w UE i konkurują przede wszystkim w inżynierii mechanicznej z Niemcami. 57 procent eksportu wysyłane jest do krajów europejskich. Chiny zajmują dopiero dziewiąte miejsce na włoskiej liście eksportowej, a kraj rozwijający się taki jak Polska dziesiąte. Niemcy są dużo dalej: ponad połowa ich eksportu wysyłana jest do klientów spoza UE, a Chiny są siódmym kierunkiem eksportowym. Włochy opierają się głównie na Bliskim i Dalekim Wschodzie.

3. Niewydolny system opieki społecznej

Przed wyborami w 2008 roku Silvio Berlusconi obiecał wiele reform - w tym systemu emerytalnego, który wymaga gruntownych zmian. Nic jednak w tej sprawie nie zrobił.

Wiek emerytalny w Niemczech stopniowo podnoszony jest do 67 lat, podczas gdy we Włoszech się to nie udało. Kraj ten nie może pozwolić sobie jednak na kosztowny system emerytalny, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa. Nigdzie w Europie nie przypada tak mało dzieci na kobietę jak w kraju Berlusconiego: średnia wynosi 1,3. Ma to swoje konsekwencje: Następne pokolenie będzie musiało ponosić koszty swoich świadczeń emerytalnych w dużym stopniu samodzielnie.

Szczególnie koalicjant Berlusconiego - Liga Północna silnie opierała się reformie systemu emerytalnego. Partia Umberto Bossiego jest głosem pracowników z północnych Włoszech. Wielu z nich zaczęło pracować w wieku 16 lat. Przejście na emeryturę w wieku 67 lat wydaje się dla nich nierealne.

W liście do UE Berlusconi obiecał przeprowadzić reformę emerytalną i podnieść wiek emerytalny do 67 lat. Ponadto prawo pracy ma stać się wkrótce łatwiejsze i bardziej elastyczne. Berlusconi obiecał także zmniejszenie ochrony pracowników przed zwolnieniem. Celem jest motywowanie przedsiębiorstw do zatrudniania nowych pracowników. We Włoszech zwłaszcza młodzi ludzie pracują na kontraktach terminowych (tzw. umowach śmieciowych), a starsi są prawie nieusuwalni ze stanowiska.

4. Niskie nakłady na badania i rozwój

Jedną z największych słabości konkurencyjnych Włoch w porównaniu z innymi krajami są niskie nakłady na badania i rozwój. Śródziemnomorski kraj wydaje tylko 1,3 procent produktu krajowego brutto na ten cel. To mniej niż połowa tego co zapewniają kraje takie jak Niemcy czy Dania.

W wyniku braku inwestycji nikła jest liczba zgłoszeń patentowych. Według Europejskiego Urzędu Patentowego we Włoszech w zeszłym roku zarejestrowano tylko 2 000 patentów. Z drugiej strony Niemcy zgłosili ich ponad 12 000.

We Włoszech nie tylko nakłady na badania rządowe są znacznie niższe niż gdzie indziej. Jest także mniej firm badawczych. Tylko około połowa pieniędzy na badania pochodzi z przemysłu. W Niemczech odsetek ten jest o prawie dwie trzecie wyższy. Rozbieżności są również związane z tym, że we Włoszech istnieje tylko kilka dużych firm, a wielu małych i średnich przedsiębiorstw nie stać na utrzymywanie kosztownych działów rozwoju. Tym bardziej są one zależne od badań publicznych. Ponadto potrzebne jest wzmocnienie współpracy z uniwersytetami, tak jak to miało miejsce w kilku przypadkach na północy kraju.

Przewodnicząca potężnego stowarzyszenia przemysłowego Confindustria, Emma Marcegaglia wzywa rząd do zwiększenia rządowych funduszy na badania i rozwój i wyraźnie wskazuje Niemcy jako model. Marcegaglia wzywa również do podobnych interakcji między przedsiębiorstwami i uniwersytetami jak w Niemczech.

5. Zadłużenie państwa na rekordowym poziomie

Gdy Silvio Berlusconi został premierem w 2001 roku odziedziczył kraj w całkiem niezłym stanie. Kierując się pragnieniem, aby być wśród członków-założycieli Europejskiej Unii Monetarnej, jego poprzednicy prowadzili umiarkowaną politykę konsolidacji: zadłużenie państwa, które dziś wynosi ponad 120 procent PKB było w okolicy 100 procent. Berlusconi - sam będąc przedsiębiorcą - także miał trochę ambicji, ale mimo obietnic dalszej redukcji długu w kierunku wymaganych 60 procent, które złożył w czasie przystąpienia kraju do strefy euro, po 2004 r. dług publiczny nadal rósł niebezpiecznie.

Za wzrost do 120 procent odpowiedzialny jest gwałtowny wzrost deficytu budżetowego. Tylko dwa razy od 2001 r. deficyt Włoch pozostawał poniżej poziomu trzech procent PKB - w latach w których rządził Romano Prodi.

Podobne jak w pogrążonej w kryzysie Grecji, we Włoszech również wysoki jest poziom szarej strefy, a oszustwa podatkowe są ogromnym problemem. Ekonomiści oceniają szarą strefę na 15 do 25 procent PKB. Ale Berlusconi nigdy nie odważył się zacząć zwalczać oszustwa podatkowe. Co więcej, publicznie wyrażał dla nich zrozumienie. W trzech amnestiach dla oszustów podatkowych odzyskał kilka miliardów euro, ale dzięki temu wzrosły tylko zachęty do ukrywania dochodów (zawsze można je będzie ujawnić w czasie amnestii gdy zacznie się nam palić grunt pod nogami).

6. Powszechna korupcja

Szerząca się korupcja jest poważnym problemem we Włoszech. Rząd Silvio Berlusconiego tylko obserwował jak problem ten się nasila. Według organizacji Transparency International Włochy znajdowały się na liście najmniej skorumpowanych krajów na 29. miejscu w 2001 r. i spadły na 67. miejsce w 2010 roku. Dla porównania Niemcy w tym samym okresie awansowały z 20. na 15. miejsce.

Na każdym kroku włoska gospodarka cierpi z powodu wysokich barier administracyjnych. Problem pogarsza fakt, że przedstawiciele jej organów ciągle wstrzymują rozwój przedsiębiorstw - pozwolenia na budowę, przyłączenie do sieci drogowej lub elektrycznej - wszystko trwa nieskończenie długo. Często miesza się to z przestępczością zorganizowaną.

Korupcja sprawia, że firma funkcjonują w stanie ogólnej niepewności. W żadnym innym kraju nowe ustawy i ramy prawne nie zmieniają się tak często jak we Włoszech. Ponadto każdy, kto kładzie nacisk na jego prawa i idzie do sądu musi liczyć się, że postępowanie będzie się ciągnęło latami.

Berlusconi chwali się swoją reformą wymiaru sprawiedliwości, która nakłada maksymalny czas trwania procesów oraz skraca ścieżkę sądową. To co pomija to że reforma dotyczy tylko prawa karnego. Dla firm przyspieszenie w sprawach cywilnych byłby znacznie bardziej istotne. To pokazuje, że wzrost korupcji i brak bezpieczeństwa prawnego straszy nie tylko włoskich inwestorów, ale również zagranicznych.

7. Utrata dobrego wizerunku

Nie tylko wyniki gospodarcze Włoch ucierpiały pod rządami Silvio Berlusconiego. Spowodowane jest to konfliktami interesów i licznymi ekscesami seksualnymi premiera. Włoscy eksporterzy skarżą się coraz bardziej, że podczas pobytu za granicą muszą spotykać się z uwagami o "Bunga Bunga" i przepraszać swoich partnerów biznesowy jakby byli z republiki bananowej.

To niezwykle złe dla biznesu, zwłaszcza dla tych przedsiębiorstw które opierają się na pozytywnej niegdyś marce "Made in Italy". Są to głównie firmy odzieżowe i producenci żywności, którzy nie sprzedają tylko wysokiej jakości materiały i smaki, ale także styl życia kraju z którego pochodzą. Nie na darmo jednym z najgłośniejszych krytyków rządu jest założyciel i szef marki butów Tod - Diego della Valle.

Głośne narzekania słychać także z innych branż gdzie menedżerowie włoskich firm w Chinach i Brazylii są coraz bardziej zobowiązani do uzasadniania zachowania Berlusconiego. Prezes Stowarzyszenia Przemysłu Confindustria, Emma Marcegaglia powiedziała ostatnio: "Jesteśmy zmęczeni byciem międzynarodowym pośmiewiskiem".

Wpis na podstawie artykułu.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego! Czy euro skazane jest na porażkę?



Ponad 480 mld euro - taką kwotę pożyczył w zeszłym tygodniu Europejski Bank Centralny (EBC) innym bankom. To więcej niż wielu się spodziewało. Miało to ułatwić szybkie wyjście z kryzysu płynności w Europie, i zmusić rynki akcji do wzrostów - przynajmniej na początku. Ale czy to oznacza, że kryzys się już skończył?

Markus Kerber, profesor Politechniki w Berlinie, jest od dawna krytykiem euro i Europejskiego Banku Centralnego. Złożył oddalony pozew, aby zatrzymać niemiecki udział w działaniach na rzecz ratowania słabszych gospodarek. Mówi sercem problemów Europy jest to, że różne kraje mają różne zdolności do konkurowania między sobą. Euro zakłada, że jedna waluta będzie odpowiednia dla wszystkicg gospodarek, a zamiast tego wstrzymuje wolny rynek od normalnego funkcjonowania i dlatego skazana na niepowodzenie.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Ale to nie wszystko. Jak mówi profesor istnieją również większe problemy na horyzoncie, zwłaszcza francuski dług czeka na uderzenie w rynki. Stawką jest czy w obecnym momencie europejskie narody mają zdolność do utrzymania ich suwerenności, demokracji i rządów prawa.

Czy euro skazane na porażkę? Co dalej z euro?

"Problemy ze strefą euro są zasadniczo gospodarcze; zasadniczo dotyczą konkurencyjności. Jeśli spojrzeć na rozwój w ostatnich pięciu latach to widać wielkie i rosnące rozwarstwienie w konkurencyjności między północną a krajami południa Europy. Trzeba więc znaleźć rozwiązanie tego problemu. Jeśli nie byłoby euro większość z tych krajów po prostu zdewaluowała by swoje waluty, aby znaleźć czas na oddłużenie swoich gospodarek. Teraz są uwięzieni we wspólnej walucie co utrudnia obsługę ich zadłużenia i dyktuje politykę, która polega głównie na tym, że jedna miara musi pasować do wszystkich. A jedna waluta w takiej sytuacji, nie może pasować do wszystkich, ponieważ euro jest zbyt drogie dla Portugalii i zbyt tanie dla Niemiec".