Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2012

Gdzie najdłużej na emeryturze?

Obecny kryzys sprawił, że dużo mówi się o tym jak dobrze poradziła sobie z nim niemiecka gospodarka. Widać nowy trend, polegający na przenoszeniu niemieckich rozwiązań do innych krajów. W ten sposób odczytuję decyzję Donalda Tuska o podniesieniu wieku emerytalnego w Polsce do 67 lat, czyli dokładnie takiego samego jak w kraju naszych zachodnich sąsiadów. Dlaczego? O tym poniżej...

Cel postawiony przez naszego premiera jest ambitny, gdyż poza Polską taki poziom wieku emerytalnego planują wprowadzić tylko Dania, Hiszpania oraz Holandia. Tak także plany mówią o podwyżce do 67 lat. Tymczasem nasi południowi sąsiedzi, którzy także zdecydowali się na podniesienie wieku emerytalnego ustawili sobie poprzeczkę dużo niżej bo na 62 latach. Oczywiście lepiej równać do najlepszych, tylko pytanie jak ustalić co jest najlepsze?

Obecnie przeciętny mężczyzna w Polsce żyje 72 lata, a kobieta prawie 81 lat. Oznacza to, że według starych zasad na emeryturze spędzali odpowiednio 7 lat mężczyźni i 21 lat kobiety. Po wprowadzeniu nowych zasad forsowanych przez Platformę Obywatelską czas ten skróci się do odpowiednio 5 lat w przypadku mężczyzn i 14 lat dla kobiet. Tymczasem z wiekiem emerytalnym wynoszącym 67 lat, przeciętny Niemiec spędzi na niej 11 lat, a Niemka 16 lat! Gdybyśmy zatem chcieli równać do warunków w najlepszym obecnie kraju Europy, wiek emerytalny dla mężczyzn powinien wynosić 62 lata (czyli tyle ile u Słowaków), a dla kobiet 65 lat. Czy przypadkiem nie chcemy być świętsi od papieża?

Poniżej dwa obrazki z przeciętną długością życia mężczyzn i kobiet w krajach Unii Europejskiej. Jak widać bliżej nam tam do Słowaków niż Niemców. Nie chcę mówić, że wieku emerytalnego nie powinno się podnosić, ale skoro nawet sam premier Pawlak mówi, że na emerytury z państwa nie mamy co liczyć, to coś tu jest chyba nie tak?! A pamiętajmy, że w Polsce już dziś pracujemy praktycznie najdłużej w Europie!



niedziela, 26 lutego 2012

Dwa kręgi kryzysu strefy euro

Kryzys euro trwa nadal. Rok 2011 miał być tym, w którym politycy wreszcie będą mieli go w końcu pod kontrolą. Zamiast tego jest tylko gorzej. To, co zaczęło się jako kryzys w Grecji, było następnie kryzysem w południowej Europie, aż w końcu stało się kryzysem ogólnoeuropejskim. Pod koniec roku zaczęło się mówić głośno o tym, że banki i rządy przygotowują plany awaryjne na wypadek rozpadu strefy euro. Na razie nic takiego się nie wydarzyło. Rozwój kryzysu wynika z niepowodzenia dotychczasowej polityki jego gaszenia. Osoby za to odpowiedzialne nie były w stanie przełamać dwóch zaklętych kręgów.

Pierwszy został stworzony przez związek między długiem publicznym i bankami. Inwestorzy zaczęli wątpić w zdolność krajów do spłaty swoich długów. To spowodowało wzrost stóp procentowych i spadek cen obligacji rządowych. Ale kryzys zadłużenia zaszkodził również samemu zaufaniu do banków w Europie, które posiadają znaczną część z obligacji rządowych. Banki mogły pożyczać pieniądze rządom i dlatego nie musiały udzielać więcej kredytów aby zarabiać. A gdy przyszło spowolnienie gospodarki, perspektywy konsolidacji fiskalnej spowodowały, że było jeszcze bardziej ponuro. Ceny obligacji spadły dalej, co zabolało europejskie banki jeszcze bardziej.

Europejskie banki stara się uratować Europejski Bank Centralny poprzez przełamanie tego błędnego koła i w tym celu stosuje szeroką gamą środków polityki pieniężnej w tym zasilenie banków w tani pieniądz na trzy lata (dodruk pieniądza bocznymi drzwiami). Pozwoliło to przywrócić bankom zaufanie do pożyczania sobie wzajemnie i pewnego wznowienia akcji kredytowej.

Cyniczni obserwatorzy twierdzą, że EBC będzie tylko dawał bankom możliwość odkupienia od nich obligacji krajów pogrążonych w kryzysie. Ale portfele kredytowe banków będą się dalej osłabiać - w czasie, gdy regulatorzy desperacko próbują wzmocnić bilanse banków i wymóc na nich podniesienie kapitału. Decyzja EBC, aby zapewnić bankom nieograniczoną płynność nie jest rozwiązaniem problemu zadłużenia krajów i nie to nie było zamiarem EBC. Ale zastosowany środek pozwoli zapewnić co najmniej, że kryzys zadłużenia nie pociągnie za sobą kryzysu w sektorze bankowym, który w przeciwnym razie zwiększył by tylko problemy z zadłużeniem.

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Drugie błędne koło w Europie to współoddziaływanie polityki oszczędnościowej rządów i spadku wzrostu gospodarczego. Podwyżki podatków i cięcia w wydatkach rządowych są niezbędne i nie ma co do tego wątpliwości. Ale wszystkie te elementy powodują zmniejszenie popytu, a tym samym wzrostu gospodarczego i prowadzą do tego, że państwa nie osiągają założonych celów redukcji deficytu. Konsolidacja fiskalna wymaga więc dalszych cięć wydatków, które ograniczają wzrost i w ten sposób dalej osłabiają budżety krajów pogrążonych w kryzysie.

W końcu recesja i bezrobocie doprowadzą do reakcji politycznej. Wyborcy niezadowoleni z oszczędności będą chcieli doprowadzić do zmiany rządzących, a do dołoży tylko niepewność jak zmiana rządów wpłynie na wzrost i spokój inwestorów.

Ten drugi krąg może zostać przełamany jedynie poprzez zwiększenie wzrostu gospodarczego, ale to łatwiej powiedzieć niż zrobić. Środowisko zewnętrzne nie jest obecnie łatwe. W Stanach Zjednoczonych widać powolny wzrost, a w krajach rozwijających się wzrost gospodarczy wydaje się maleć. Co więc powinni zrobić europejscy politycy? W celu przywrócenia wzrostu potrzebne jest dwutorowe podejście z działaniami zarówno po stronie popytu jak i podaży.

Badania nad europejską gospodarką wykazały, że małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP) tworzą wiele miejsc pracy. Ale aby rozwijać się i zwiększać zatrudnienie potrzebują kredytów. Podkreśla to znaczenie ostatnich działań EBC w których bank centralny wspierał płynność systemu bankowego.

Inne działania po stronie podaży powinien podjąć rząd. Parlament Włoch postanowił na przykład znieść ograniczenie czasu otwarcia sklepów - jako pierwszy krok w kierunku liberalizacji handlu detalicznego. Ale już np. taksówkarze skutecznie odparli próby liberalizacji swojego zawodu w celu zwiększenia elastyczności i efektywności. Zmierzenie się z interesami korporacji i grup zawodowych jest dużą przeszkodą do ożywienia wzrostu gospodarczego, gdyż kompleksowa reforma jest zawsze bardziej skuteczna niż fragmentaryczne działania.

Aby wygrać tą walkę, każda grupa interesów powinna poświęcić część swoich interesów na rzecz reform. To może pokazać, że europejski model socjalny nadal działa. Pokrzywdzeni przez reformy mogliby otrzymać hojne, lecz tymczasowe zasiłki dla bezrobotnych, a także finansowaną przez państwo i organizowaną przez poszczególne branże dalszą edukację i szkolenia. Rządy państw, które oferowałyby takie możliwości miałyby zapewnione większe poparcie polityczne, a zatem mogłyby łatwiej przetrwać w trakcie reform. Podobnie taksówkarze będą bardziej skłonni zgodzić się, na zwiększenie liczby licencji, jeśli zapotrzebowanie na ich usługi będzie się dynamicznie rozwijać.

Istnieją zatem konieczne działania stymulacyjne po stronie popytu i tam także potrzebne jest wsparcie EBC. Obniżki stóp procentowych nie są wystarczające. Jeżeli EBC chce podnieść ceny aktywów i obniżyć kurs euro, musi kupować obligacje na rynku wtórnym - niekoniecznie obligacje rządowe krajów w kryzysie, ale wszystkich członków strefy euro. Innymi słowy, wymaga to prowadzenia polityki quantitative easing (ilościowego rozluźnienia polityki pieniężnej).

Oszczędności tylko pogarszają kryzys

Nie ma żadnej gwarancji sukcesu, ale Europa może przerwać błędne koło tylko jeśli każdy dobrze odegra swoją rolę. Samo ślepe cięcie wydatków publicznych nic nie zmieni poza pogłębieniem recesji w i tak już ciężko doświadczonych społeczeństwach.

Tekst na podstawie artykułu.

niedziela, 12 lutego 2012

Azjatycka lekcja dla Europy

Kryzys finansowy którego kraje Azji Wschodniej doświadczyły w latach 1997-98 jest przykładem jak przy pomocy realnej gospodarki i cięć w poziomie życia wyjść na prostą. Kraje Europy mogą i powinny uczyć się na jego przykładzie. Istnieje malezyjskie przysłowie, które mówi: Kto zgubił drogę, powinien wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. Każdy kryzys finansowy oznacza, że zgubiono drogę, a zwłaszcza kraje europejskie muszą przemyśleć niektóre ze swoich zasad. W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro, po przytoczeniu przykładu z Argentyny - matki wszystkich kryzysów, chciałbym oddać głos Azjatom.

Świat nie jest już eurocentryczny. To jak Europa walczy z kryzysem, ma znaczenie dla wszystkich. Mocno wątpliwa jest jednak "nieomylność" Europejczyków. Błędne są utrzymywane przez nich podwójne standardy. Stulecia hegemonii sprawiły, że Europejczycy uważają, że wiedzą czego potrzebuje świat, ich wartości należy traktować jako uniwersalne, a wartości azjatyckie nie są uznawane za istotne.

To wyjaśnia proste rozwiązania, które zaoferowano krajom azjatyckim w czasie kryzysu walutowego lat 1997-98. Malezja powinna podnieść stopy procentowe aby uzyskać nadwyżkę budżetową. Banki i przedsiębiorstwa, które znalazły się w trudnej sytuacji mogły zbankrutować. To było panaceum. Ale kiedy Ameryce i Europie zajrzało w oczy widmo kryzysu finansowego, robi się tam dokładnie to czego zakazywano Malezji i Azji Wschodniej. To co zadziałało w Azji, rzekomo nie miałoby racji bytu na Zachodzie.

Przez ostatnie dwa stulecia w Europie kwitł kapitalizm. Europejskie produkty zapełniały półki na światowych rynkach. Zdominowały światowy handel, a ludzie w Europie cieszyli się najwyższym standardem życia. Ta historia europejskiego wzrostu gospodarczego i dobrobytu nie miała prawa nigdy się skończyć. Ale po II wojnie światowej doszło do uprzemysłowienia Japonii - w ten sposób Japończycy zaczęli produkować korzystne cenowo i o wysokiej jakości towary. Następne były Tajwan, Korea Południowa i Chiny. W skrócie Europejczycy utracili swoje rynki.

Nie mogąc dłużej konkurować z Azją, Europejczycy i Amerykanie przenieśli się głównie na rynki finansowe. Wymyślali nowe produkty finansowe: krótką sprzedaż akcji i walut, kredyty subprime, które są przyznawane mimo braku zdolności kredytowej oraz sekurytyzację kredytów lub inwestycji za pośrednictwem dźwigni i funduszy hedgingowych. Wszystko wydawało się nadal rosnąć i dobrze prosperować. Ale na rynkach finansowych nie ma prawdziwych firm. W ten sposób stworzono wiele miejsc pracy, ale nie wspierano handlu. Najważniejsi uczestnicy tego rynku łapczywie nadużywali system poprzez manipulowanie rynkami dla uzyskiwania coraz wyższych zysków.

Gdy analizowano przyczyny azjatyckiego kryzysu na konferencji MFW w Hong Kongu w 1997 roku uznano, że odpowiedzialne za niego go są transakcje walutowe. Waluty nie są dobrami konsumpcyjnymi i nie powinny być przedmiotem obrotu. Nadal jednak nie obchodziło to ani Banku Światowego ani MFW. Uznali oni, że dealerzy walutowi i firmy działające na tym rynku są zwolnione z obowiązku podatkowego i przejrzystości - w imię wolnego handlu, podczas gdy inne przedsiębiorstwa zapewniają przejrzystość i ich działalność została oczywiście uregulowana. Zależność Azjatów od pożyczek z MFW sprawiła, że sprawa została zamieciona pod dywan.

Nie dopuszczano żadnej krytyki obrotu walutowego, ale było przecież jasne że taki system wyzysku i nadużyć na rynku finansowym nie może trwać wiecznie. W 2008 r. bańka pękła. Banki, firmy ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne bankrutowały. Gdyby dolar nie był walutą rezerwową dla światowego handlu, nie byłby dziś wart prawie nic. Pisałem już o początku końca ery dolara.

Tak jak poprzednio w przypadku kryzysu Azji Wschodniej, Ameryka i Europa były w kryzysie. Ale nikt nie chciał przyjąć do wiadomości ich ubóstwa i potrzeby kroków oszczędnościowych. Wiedziano, że obywatele od razu zaczęliby demonstrować i strajkować przeciwko takim środkom. Ale to tylko pogarsza sprawę.

Kraje azjatyckie zachowywały się inaczej. Przełknęły stratę pieniądzy ze względu na dewaluację swoich walut. Niektóre kraje, zwrócił się do Banku Światowego i MFW. Malezja wprowadziła stały kurs wymiany i uniemożliwiła dostęp zagranicznych dealerów walutowych do rynku swojego ringgita. Mówiło się że ich gospodarka może się zapaść i nikt nie pożyczy im pieniędzy, a to wszystko miałoby katastrofalne skutki. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Malezja odchorowała swoje, ale znów cieszy się świetnością jak inne kraje.

Inne kraje regionu przetrwały również dlatego, że ludzie oddawali rządowi swoje własne pieniądze i biżuterię, aby pomóc spłacić dług. Robotnicy pracowali ciężej i tolerowali niższy standard życia. Jedyny sposób, w jaki europejskie gospodarki mogą wyjść z kryzysu to przyznać się do tego, że są biedne i przestać żyć ponad stan. Muszą wrócić do punktu wyjścia i zadbać o realną gospodarkę: produkcję towarów i usług, wynagrodzenia, zmniejszenie premii i innych profitów, aby stać się konkurencyjnym. Ponadto rynki finansowe powinny być monitorowane i kontrolowane przez rządy. Wiele produktów finansowych powinno być ściśle regulowane, jeśli nie zakazane.

Potrzebne jest nowe Bretton Woods, w którym biedne kraje będą dobrze reprezentowane. System stałych kursów walutowych, w oparciu o złoto lub potęgę gospodarczą. Handel na rynku walutowym powinien zostać zakazany. Należy rozważyć powrót do systemu walutowego opartego na złocie. Wahania cen złota byłyby niewielkie a handel nim związany z mniejszą niepewnością.

Banki powinny być lepiej uregulowane, aby zapobiec nadmiernej dźwigni finansowej, ograniczyć pożyczki i całkowicie zakazać kredytów subprime. System finansowy powinien być jednolity i stanowić wsparcie dla realnej gospodarki. Nawet jeśli to wszystko się wydarzy i kryzys się zakończy, to musimy pamiętać o jednym. Nie ma powrotu do status quo sprzed kryzysu. Europejczycy muszą przyjąć, że epoka europocentryzmu się praktycznie skończyła. Rozwiązań trzeba szukać na Wschodzie.

Tekst powstał na bazie artykułu Mahathira Mohamada - premiera Malezji w latach 1981 - 2003.

czwartek, 9 lutego 2012

George Papandreu: Nieuczciwa krytyka Grecji

Były premier Grecji George Papandreu przyznaje, że poważnie zadłużony kraj pożyczał zbyt dużo podczas jego rządów, ale twierdzi że kontrola ze strony Unii Europejskiej nie była dokładna i musi ona wziąć część winy za obecną sytuację tego kraju na siebie. Papandreu potępia tych, którzy krytykują greckie władze za to, że nie robią wystarczająco dużo, aby uporać się z kryzysem.

- Tak, krytyka Grecji jest nieuczciwa mówi Papandreou w rozmowie z norweską gazetą VG. Zrobiliśmy wielkie cięcia i sytuacja się zmienia. Ale potrzebujemy nie tylko cięć budżetowych i reform legislacyjnych. Musimy przeprowadzić zmiany strukturalne, a to wymaga czasu. Rok temu wszyscy mówili, że Grecja była znowu na dobrej drodze i byliśmy komplementowani. Ale potrzebne zmiany trwają dłużej niż niektórzy oczekiwali. Musimy zmienić naszą mentalność.

Grecja cały czas potrzebuje pożyczek. Ponieważ nie może ich otrzymać na rynku finansowym, do akcji wkroczyły UE, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, które wspólnie utworzyły tzw trojkę. Teraz od ich decyzji zależy, czy Grecja otrzyma kolejną transzę - 130 mld euro z uzgodnionego kredytu awaryjnego. Jeśli tak się nie stanie, Grecja ogłosi bankructwo.

Papandreu zrezygnował z funkcji premiera w listopadzie ubiegłego roku, po ogromnej krytyce, kiedy zasugerował, że Grecy sami powinni zdecydować, czy kraj powinien przyjąć pakiet ratunkowy z Unii Europejskiej w drodze referendum. Powstał wtedy rząd koalicyjny, a najbliższe wybory odbędą się w kwietniu. Papandreou wciąż wierzy, że referendum byłoby dobrym rozwiązaniem i oskarża Unię o to, że nie zrobiła wystarczająco dużo, aby zapobiec kryzysowi w Grecja, a jej pierwsze działania tylko go pogłębiły.

- Tak, pożyczyliśmy zbyt dużo w trakcie moich rządów. Ale w tym okresie byliśmy również pod kontrolą Komisji Europejskiej. Ta kontrola nie była wyraźnie wystarczająco dobra, powiedział Papandreu.

Dwa dominujące kraje UE: Francja i Niemcy pogorszyły sytuację, gdy zasugerowały że sektor prywatny odzyska swoje pieniądze tylko, gdy kraj wywiąże się ze swoich płatności. - Wniosek został wycofany, ale szkoda już się wydarzyła. Europa została podzielona na kraje o wysokim i niskim ryzyku, a inwestorzy nie chcieli inwestować w Grecji, Portugalii i Irlandii mówi Papandreu, który ostrzegał kanclerz Niemiec Angelę Merkel przed takim działaniem. - Powiedziałem, że to samospełniająca się przepowiednia, i tak właśnie było.

Teraz Papandreu ostrzega UE przed stosowaniem tego samego leku dla wszystkich krajów europejskich. - Ogłoszono wstrzemięźliwość, umiar i jeszcze raz umiar. Należy ciąć wydatki w Grecji, ale nie jest to poprawna droga we wszystkich krajach europejskich. Spowoduje to, że Europa znajdzie się w recesji. Zamiast tego powinniśmy inwestować w infrastrukturę i edukację. Transport pomiędzy sąsiednimi krajami jest wciąż taki jaki był w czasach zimnej wojny.

Lider partii PASOK, Papandreu jest trzecim pokoleniem, które rządziło Grecją. To za czasu rządów jego ojca Andreasa doszło do znacznego zwiększenia wydatków publicznych i nadmiernego rozrostu biurokracji. Ale George Papandreu nie zamierza składać samokrytyki.

- Nie miałem nic wspólnego z długiem, który odziedziczyłem. W 2004 r. zadłużenie kraju wynosiło 180 mld euro. Kiedy zostałem wybrany na premiera w 2009 roku wzrosło do 320 mld euro. Odchodzący rząd mówił, że deficyt był na poziomie 6 procent PKB. W rzeczywistości deficyt wyniósł 16 procent. Prawdopodobnie mógłbym zrobić coś lepiej, ale w czasie kryzysu dałem z siebie wszystko.

- Znajdujemy się w krytycznym psychologicznie momencie. Kryzys trwa już dwa lata, a my przeszliśmy wiele trudnych cięć. Teraz okazuje się, że jest potrzeba nowych cięć. W tym momencie ważne jest, aby ludzie widzieli światełko w tunelu. Wtedy będziemy mogli uznać, że zmiany nadejdą.

Kiedy pyta się Papandreu czy Grecy sami są problemem, odpowiada: Granie na ludzkim strachu nie rozwiązuje niczego. Widzę początkowe oznaki rasizmu i nacjonalizmu w dyskusji na temat kryzysu euro.

Słowa Papandreu trzeba odczytywać w kontekście zbliżających się wyborów w Grecji. Były pan premier ładnie opowiada, jak to sam dawał z siebie wszystko, a tylko wicie, rozumicie, no chciał dobrze a wyszło jak zwykle. Wszyscy po kolei dołożyli się do obecnego kryzysu w Grecji. Ważne jest jednak to, aby nie winić za niego tylko Greków (a już na pewno nie tych zwykłych zjadaczy chleba). Bo co prawda to oni pożyczali, ale z drugiej strony były niemieckie i francuskie banki, które chętnie im te pieniądze dawały. Każdy medal ma dwie strony, a prawda jak zwykle leży po środku.

A swoją drogą co Papandreu ma na myśli, gdy mówi że jego rząd był pod kontrolą Unii Europejskiej? Czyżbyśmy czegoś nie wiedzieli?

niedziela, 5 lutego 2012

Argentyna - matka wszystkich bankructw

W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro i czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy, pisałem już o tym, że Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy. Tymczasem mamy także inny przykład kraju, który niedawno musiał sobie poradzić z nie lada wyzwaniem. Dziesięć lat temu Argentyna była w stanie podobnym do dzisiejszej Grecji. Kraj ten nie mógł już spłacać swoich długów. Jakie wnioski z tamtego kryzysu mogą być pomocne w przypadku Grecji? Zapraszam Cię do przeczytania wpisu powstałego na bazie artykułu w Handelsblatt.

Buenos Aires dziesięć lat później, Roberto Lavagna siedzi zrelaksowany w swoim jasnym, przestronnym biurze. Jest początek lata na półkuli południowej, na zewnątrz modna Aleja 9-go Lipca jest pełna życia. Kupujący Argentyńczycy wychodzą na miasto, spotykają się w kawiarniach. Na stole stoi najnowsza książka Lavagny - "un país Pensando" co oznacza "Myślenie o kraju". Lavagna robi to często w ostatnich tygodniach, bo zawsze pytają go o to jak to było dziesięć lat temu, gdy Argentyna ogłosiła bankructwo. Rządy pogrążonych w kryzysie krajów południowej Europy pytają w jaki sposób udało mu się doprowadzić do normalności swój kraj po największym bankructwie w historii.

Dzisiaj kraj ma solidne podstawy. Nasiona soi i pszenicy, argentyńskie złoto są poszukiwanymi towarami, a w kraju montuje się także coraz więcej samochodów. Argentyna rośnie stale od prawie dziesięciu lat o osiem do dziewięciu procent rocznie. Lavagna, szczupły mężczyzna w niebieskiej koszuli uśmiecha się ujmująco. Niezwykłe działania polityka, który od kwietnia 2002 do listopada 2005 r. był Ministrem Gospodarki stały się fundamentem dla dzisiejszego boomu.

Tak jak każdemu Argentyńczykowi, również Lavagnie zapadły w pamięci ostatnie tygodnie grudnia 2001 r., gdy ludzie rozpoczęli zamieszki między Świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, po tym jak Argentyna padła na kolana pod ciężarem długu wynoszącego 140 procent PKB. Kryzys dotknął wszystkich - zubożała klasa średnia, a biedni stali się jeszcze bardziej ubodzy. Gdy konta bankowe zostały zamrożone, ludzie szturmowali banki i sklepy i wszyscy chcieli polować na tych cholernych polityków. "Que se vayan todos" - "tylko skóra i kości". To zdanie wyrażało w tamtym momencie nastrój całego kraju.

W dniu 20 grudnia prezydent Fernando de la Rua uciekł helikopterem przed wściekłym tłumem z Pałacu Prezydenckiego "Casa Rosada". W następnych dniach, które przypominały wojnę domową, zginęło 25 osób. Większość z nich zginęło w starciach między demonstrantami a policją. Ostatecznie największe bankructwo w historii tego państwa kosztowało nie tylko stratę 130 miliardów dolarów, ale także 39 żyć ludzkich.

"Sytuacja w Argentynie była nieskończenie bardziej dramatyczna niż w Grecji", mówi Lavagna. "Nikt nie odzyskał swoich pieniędzy, bieda ogarnęła ponad 50 procent populacji, do łask powrócił ponownie nawet handel wymienny (barter), w który zaangażowanych było sześć milionów ludzi. W Grecji do tego jeszcze długa droga."

W zamieszaniu wywołanym protestami społecznymi przewinęło się czterech prezydentów w dwanaście dni, aż dopiero senatorowi Eduardo Duhalde udało się zasiąść w fotelu prezydenta 2 stycznia i sprawował swoje rządy około 15 miesięcy. Jego pierwszym rozporządzeniem było zakończenie parytetu kursu walutowego wobec dolara, w wyniku czego z dnia na dzień peso straciło trzy czwarte swojej wartości. "To co łączy Argentynę z dzisiejszą Grecją to to, że oba kraje żyły ponad stan", porównuje Lavagna. Roczna recesja, deficyt budżetowy i na rachunku obrotów bieżących, silna waluta, która jest poza kontrolą państwa. Argentyna była odosobnionym krajem w międzynarodowym systemie finansowym. "Ateny są członkiem jednego z najpotężniejszych politycznego i gospodarczego sojuszu świata". Jesienią Argentyna była już dużo dalej.

Prezydent Carlos Menem w 1991 roku związał peso z dolarem w celu walki z hiperinflacją. Pozwoliło to natychmiast ograniczyć inflację i dało ludności nieznana dotąd siłę nabywczą. Argentyńczycy podróżowali po całym świecie, kupowali domy, duże samochody.

Walter Molana ekspert ds. Ameryki Łacińskiej w BCP Securities uważa, że parytet dolara na końcu złamał Argentyńczykom karki. "Rosła tylko konsumpcja, a nie realna siła gospodarcza". Firmy nie były już konkurencyjne, ponieważ towary z importu był dużo tańsze. Od 1995 do 2001 zbankrutowało siedemnaście tysięcy firm. Setki tysięcy miejsc pracy zostało utracone. Chociaż Menem sprywatyzował nierentowne przedsiębiorstwa państwowe to uzyskane w ten sposób pieniądze nie zostały zainwestowane w infrastrukturę, ale wydane na bieżące potrzeby rządu.

W połowie lat dziewięćdziesiątych wybuchł kryzys finansowy w Meksyku, ale został opanowany dzięki entuzjazmowi inwestorów dla Ameryki Łacińskiej. Potem pojawiły się bańki na rynku produktów rolnych, rosła wartość dolara i argentyńskie produkty były coraz rzadziej kupowane. Rząd musiał pożyczać więcej i więcej aż Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który popierał argentyńską neoliberalną ścieżkę zaczął mieć wątpliwości. Także Argentyńczycy zaczęli mieć podejrzenia: "Nie zostało już wiele czasu." Tak rozpoczął się proces wycofywania dużych sum pieniędzy z kraju. Tylko 30 listopada z krajowego systemu finansowego odpłynęło 1.5 miliarda dolarów. Trzy dni później fundusze zostały zamrożone. Kryzys był już na ostatniej prostej.

"Wszystko co MFW sugeruje obecnie Grecja, zalecał również Argentynie", powiedział Lavagna - w dół płace i emerytury, a w górę podatki. "Są to oszczędności kosztem ludności tak, aby banki otrzymały swoje pieniądze z powrotem. Jeśli stosować się do tych zaleceń, to stworzysz program chroniący interesy wierzycieli, ale nie pomoże to rozwiązać problemów kraju i sparaliżuje wszelką działalność gospodarczą." Poprzednicy Lavagna rozmawiali z MFW w sprawie programu restrukturyzacji oraz kredytu na kwotę od 20 do 25 miliardów dolarów. Gdy rozpoczął swoją pracę na stanowisku ministra gospodarki w kwietniu 2002r., razem z Prezydentem Duhalde udali się natychmiast do Waszyngtonu gdzie dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego Horst Köhler powiedział, że Argentyna nie dostanie więcej żadnych dodatkowych pieniędzy z funduszu.

Nawet dzisiaj Lavagna opowiada anegdotę o dialogu z Köhlerem: "Musiałem powtórzyć to kilka razy. Köhler myślał, że mnie nie rozumie z powodu mojego angielskiego. Nie mógł uwierzyć, że ktoś chce odrzucić błogosławieństwo MFW" mówi były minister gospodarki - i nie może powstrzymać uśmiechu. "Robiliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami MFW" powiedział Lavagna. Ale wystąpiły duże różnice zdań między nami. "Chcieliśmy także wygenerować nadwyżkę budżetową. Naszym pomysłem była restrukturyzacja długu, obniżenie stóp procentowych i wykorzystanie zaoszczędzonych pieniędzy dla dobra kraju." Pieniądze, których Lavagna nie chciał wypłacić na rzecz wierzycieli zostały wykorzystane do stymulacji rynku wewnętrznego, infrastruktury, badań, technologii i edukacji. "Chcieliśmy zmniejszyć inflację, zwiększyć produkcję i tworzyć nowe miejsca pracy". Lavagna wygenerował nadwyżkę budżetową w wysokości 4.5 punktu procentowego PKB.

Prywatni wierzyciele Argentyny musieli zaakceptować 70-procentową redukcję długu. Opór był wielki - nawet do dzisiaj, szczególnie w Niemczech. Kiedy Prezydent Cristina Kirchner składała rok temu wizytę w Berlinie, ostrożnościowo zrezygnowano z lotu rządowym samolotem Tango 01, gdyż niemieccy wierzyciele grozili że mogą go zająć.

Ale kryzys i dewaluacja peso pogrążyła Argentyńczyków w biedzie. Roczny dochód na jednego mieszkańca spadła z 7 400 do 3 300 dolarów. Wiele towarów było dostępnych tylko na czarnym rynku. Nieruchomości straciły znacznie na wartości. W spichlerzu Ameryki Południowej ludzie musieli głodować a tysiące dzieci plądrowały kosze na śmieci w poszukiwaniu jedzenia. Ci, którzy mieli krewnych za granicą, uciekli. Dziesiątki tysięcy Argentyńczyków złożyło wnioski o wizy w Hiszpanii czy Włoszech. Inni przenieśli się do Meksyku.

"Było tak, jakby ktoś zabrał Argentyńczykom grunt spod nóg" mówi psycholog Mónica Arredondo. "Wszystko co ludzie zbudowali na przestrzeni pokoleń, rozpłynęło się w powietrzu." Ponieważ nie było ani pieniędzy, ani kredytów, w całym kraju powstawały ośrodki, gdzie ludzie mogli się wymieniać między sobą, nawet dentyści oferowali swoje zabiegi za żywność. Zdarzały się zakupy nowych samochodów za kilka ton zboża. Około 45 ton soi było potrzebnych na nowego pick-upa. W tym samym czasie około 150 upadłych fabryk, sklepy, hoteli i szpitali zostało przejętych przez pracowników, którzy prowadzili je dalej jako spółdzielnie. Pakowacze, ślusarze i pokojówki stali się nagle przedsiębiorcami i biznesmenami - musieli nauczyć się księgowości, a także sprzedaży. Było to połączenie teorii Adama Smitha i Karola Marksa.

W marcu 2003 roku, 15 miesięcy po tym jak rozpoczął się kryzys wybory prezydenckie wygrał prawie nieznany dotąd gubernator prowincji Santa Cruz - Nestor Kirchner. Pod jego rządami powrócił wzrost gospodarczy i zaufanie do kraju. Słabe peso sprawiło, że kwitł eksport. Argentyna miała również szczęście. Chiński apetyt na soję, pszenicę i inne surowce dał krajowi boom, który trwa do dziś. Z tytułu eksportu towarów rolnych do Argentyny płynie rocznie 35 miliardów dolarów. To podstawowa różnica w stosunku do Grecji.

Dla pogrążonego w kryzysie południowoeuropejskiego kraju Lavagna sugeruje, aby nie iść ortodoksyjną drogą: "Jeśli Grecja postąpi tak jak Argentyna, w ciągu dziesięciu lat znów stanie się konkurencyjna. UE musi wesprzeć ją w konsolidacji budżetu. Albo Ateny wyjdą tymczasowo ze strefy euro, albo będą miały dwie waluty - drachmę wewnątrz niej, a euro na zewnątrz." Można oczywiście dyskutować z opiniami Pana Lavagna, ale ja słyszałem że jak dwie osoby mówią Ci że jesteś pijany to lepiej się połóż. A co Ty sądzisz na ten temat?

* Intencją wpisu nie jest sugerowanie jakoby wszystkie kryzysy spowodowała Argentyna. Tytuł jest przenośnią sugerującą, że kraj ten jako doświadczony kryzysem dużo wcześniej mógłby obecnie służyć swoimi radami dla państw takich jak Grecja.

niedziela, 29 stycznia 2012

Oszczędności tylko pogarszają kryzys

Europę straszy obecnie widmo bankructwa. Drżą przed nim wszystkie europejskie rządy. Aby wypędzić demona, ich gospodarki muszą przejść terapię szokową. Na razie nic nie wydaje się pomagać. Gospodarki nadal się chwieją, dług nadal rośnie. Agencja ratingowa Standard Poor`s obniżyła ratingi dziewięciu krajom strefy euro, w tym Francji. Agencja Fitch zrobiła to samo w stosunku do pięciu. Każdy, kto nie jest zaślepiony przez głupotę, zwróci uwagę na uzasadnienie tych obniżek. Jeśli produkt krajowy brutto (PKB) się skurczy, automatycznie pociągnie to za sobą zwiększenie wskaźnika zadłużenia. Jedynym sposobem na zmniejszenie długu (z wyjątkiem zawieszenia płatności publicznych pieniędzy do gospodarki poprzez ich dodruk) jest stymulowanie wzrostu gospodarczego.

Strach przed zadłużaniem się jest zakorzeniony w ludzkiej naturze, więc przeciętny człowiek uzna zmniejszanie zadłużenia jako uzasadniony cel polityczny. Każdy z nas ma jakieś zobowiązania płatnicze - często w formie kredytu. Dług może powodować lęki, jeśli nie wiemy czy będziemy w stanie go spłacić.

Obawy te są łatwo przenoszone na poziom długu publicznego - pieniędzy, które rząd jest winien wierzycielom. Jak wytłumaczyć o co chodzi ludziom, którzy chcą od rządów spłaty tych setek miliardów długów? Brytyjski premier David Cameron ujął to: "Dług publiczny jest taki sam jak zadłużenie w karcie kredytowej, musisz je spłacić". Wynika z tego natychmiast kolejny krok - aby spłacić dług publiczny lub przynajmniej go ograniczyć, rząd musi wyeliminować deficyt budżetowy, ponieważ potrzebny jest wzrost dochodów budżetowych ponad kwotę zaciąganego długu uzyskany w sposób trwały. Jeśli rząd nie robi nic, dług publiczny staje się nie możliwy do utrzymania.

Stiglitz: UE planuje "pakt samobójczy"

Na co zwrócić uwagę przyszłych pokoleń? Tutaj również można posłużyć się analogią do zadłużenia gospodarstwa domowego. Moja śmierć nie spowoduje całkowitego wymazania moich długów. Moi wierzyciele będą mieli do niego dostęp np. poprzez mój majątek - wszystko, co chciałem zostawić dzieciom. Podobnie jeśli rząd zbyt długo zaciąga długi w sposób niekontrolowany to obciąża nim przyszłe pokolenia. Ja sam mogę korzystać z rozrzutności rządu, ale moje dzieci będą musiały to kiedyś spłacić.

To tłumaczy dlaczego w centrum zainteresowania polityki fiskalnej większości rządów jest dzisiaj redukcja deficytu. Rządy z "wiarygodnymi" planami "konsolidacji fiskalnej" są podobno lepiej postrzegane niż inni dłużnicy. Oznacza to, że przy założeniu, że jeśli rząd będzie w stanie pożyczyć taniej, to z kolei powinno obniżyć stopy procentowe dla prywatnych kredytobiorców i w efekcie dać dodatkowe korzyści dla całej gospodarki. Tak więc konsolidacja fiskalna jest uważana za złoty środek do ożywienia gospodarki. Ten nurt oficjalnej doktryny najbardziej rozwiniętych krajów świata zawierać co najmniej pięć głównych wad, które w dużej mierze są niezauważane, przez co całe powyższe rozumowanie wydaje się być niewiarygodne.

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Po pierwsze rządy mają więcej możliwości spłaty swojego długu niż osoby prywatne. Rząd kraju z własnym bankiem centralnym może po prostu finansować się pożyczkami z tego banku poprzez dodruk pieniądza. Odnosi się to także do krajów strefy euro i ich rządów, które muszą spłacić swoje długi. Jeśli ich (zagraniczni) wierzyciele, będą naciskać zbyt mocno, to wystarczy zaniechać płatności. Będzie to oznaczało bankructwo, ale jak pokazał przykład Islandii i Argentyny, potem życie toczy się dalej tak jak wcześniej.

Po drugie, celowe zmniejszenie deficytu nie jest dziś najlepszą metodą dla rządu na zbilansowanie budżetu. Zmniejszenie deficytu w samym środku spowolnienia gospodarczego nie doprowadzi do wyzdrowienia, ale do dalszego załamania, bo skutkuje tym, że zmniejsza dochód narodowy z którego pochodzą przychody budżetu państwa. To tylko dodatkowo utrudnia, a nie ułatwia osiągnięcie zamierzonego celu, czyli zmniejszenie deficytu budżetowego. Rząd brytyjski zanotował już 112 miliardów funtów więcej długu niż planował w momencie ogłaszania programu zmniejszenia deficytu w czerwcu 2010.

Po trzecie, dzisiejszy dług nie ma powiązania z obciążeniami przyszłych pokoleń. Nawet jeśli może to doprowadzić do powstania przyszłych zobowiązań podatkowych (a czasami tak to się kończy), aby zaspokoić transfery od podatników do obligatariuszy. Może to mieć niepożądane skutki dystrybucyjne. Ale staranie się, aby spłacić wszystkie długi teraz jest także w rzeczywistości obciążaniem przyszłych pokoleń: natychmiastowe obniżenie dochodów, spadek zysków, ucierpią fundusze emerytalne, projekty inwestycyjne zostaną zaniechane lub przełożone, a domy, szkoły i szpitale nie zostaną wybudowane. Przyszłe pokolenia będą w gorszej sytuacji, ponieważ nie będą miały do dyspozycji pewnych aktywów, które mogłyby mieć.

Po czwarte, nie ma związku między poziomem długu publicznego i ceną, którą rząd musi płacić za jego sfinansowanie. Stopy procentowe, które za swój dług płacą takie kraje jak Japonia, USA, Wielka Brytania i Niemcy są równie niskie, pomimo ogromnych różnic w poziomie zadłużenia i polityki fiskalnej.

I wreszcie po piąte, zmniejszenie kosztu finansowania zewnętrznego dla rządów nie spowoduje automatycznej obniżki kosztu kapitału dla sektora prywatnego. Pożyczki dla firm i ludności nie odbywają się po tzw. stopie wolnej od ryzyka, za którą przyjmuje się oprocentowanie amerykańskich obligacji skarbowych i wykazano, że ekspansywna polityka pieniężna może co prawda sprowadzić oprocentowanie obligacji rządowych w dół, ale będzie to miało niewielki wpływ na udzielanie nowych kredytów przez banki. W rzeczywistości zachodzi tutaj odwrotna reakcja: powodem, dla którego odsetki płacone przez państwo w Wielkiej Brytanii i innych krajach są tak niskie jest to, że oprocentowanie kredytów dla sektora prywatnego jest tak wysokie.

Dzisiaj w Europie nie mówi się o niczym innym jak pakt fiskalny i obniżenie zadłużenia publicznego. Oczywiście temat jest niezwykle ważny, ale trzeba uważać, aby nie wylać dziecka z kąpielą i przy okazji nie doprowadzić do jeszcze większego załamania w gospodarce. Dobrym przykładem niech będą dla nas gospodarki takich krajów jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania w których mimo nieustannych cięć dług wcale nie spada, a jedyne co rośnie to niezadowolenie społeczne. No ale najważniejsze, że nastroje niemieckich przedsiębiorców są pozytywne, prawda?

Tekst na podstawie artykułu.

czwartek, 19 stycznia 2012

Stiglitz: UE planuje "pakt samobójczy"

Laureat Nagrody Nobla Joseph Stiglitz powiedział, że nie jest kwestią kiedy ale tego jak upadnie euro. Kilka krajów UE boryka się z wysokim zadłużeniem i dużym deficytem budżetowym. Grecja, Portugalia i Irlandia otrzymały już kryzysową pomoc z MFW i UE. Jednak próby ustabilizowania gospodarki do tej pory nie zadziałały. Strach przed przeniesieniem się kryzysu do innych krajów a także to, że kryzys zadłużenia może wywrócić cały europejski system bankowy jest bardzo duży. Gdy banki mają trudności, ograniczają udzielanie kredytów. Niższa aktywność gospodarcza może prowadzić do niższego wzrostu gospodarczego i wzrostu bezrobocia.

- Nawet jeśli widzą, że ciągłe zwiększanie oszczędności prowadzi do załamania gospodarczego, to odpowiedzią jest dokręcanie śruby znowu i znowu powiedział Joseph Stiglitz podczas Azjatyckiego Forum Finansowego. Przed około 2000 uczestników forum Stiglitz porównał lekarstwo, które jest aplikowane na problemy UE z wenesekcją (leczeniem poprzez upuszczanie krwi) w Średniowieczu.

- To wszystko przypomina średniowieczną medycynę. To jak wenesekcja, gdzie lekarze upuszczali pacjentowi krwi, aby spuścić płyny, które uważali spowodowały chorobę mówi Stiglitz. - Kiedy po upuszczeniu krwi pacjent czuł się oczywiście gorzej, trzeba było upuścić mu jeszcze więcej krwi co kontynuowano do momentu, gdy pacjent był bliski śmierci. To co dzieje się teraz w Europie to pakt samobójczy.

Do jesieni zgodnie z podziałami związanymi z kryzysem zadłużenia podziały w Europie się jeszcze pogłębią. Po jednej stronie są ci, którzy uważają, że rozwiązaniem kryzysu jest obniżenie deficytu, przywrócenie zaufania na rynku finansowym, a tym samym zapewnienie dostępności do stosunkowo tanich kredytów. Na czele tej grupy stoi Angela Merkel, która także rozgrywa główne karty w Europie.

Na Azjatyckim Forum Finansowym brytyjski minister finansów George Osborne wyjaśnił dlaczego w ciągu ostatnich kilku lat w Wielkiej Brytanii dokonano dużych cięć w budżecie.

- Kiedy masz duży deficyt budżetowy, nie uzyskasz wzrostu gospodarczego jeśli nie przedstawisz wiarygodnego planu oszczędnościowego, gdyż inwestorzy nie będą chętni do tego, aby inwestować twoim w kraju powiedział Osborne. Stiglitz widzi to zupełnie inaczej.

- Nigdy nie odzyskasz zaufania jak długo w gospodarce będzie kryzys. I recesja będzie trwać tak długo, jak długo politycy będą wprowadzać kolejne cięcia i oszczędności mówi Stiglitz. Ma on mało wiary w to, że politycy zmienią swoją politykę. Dalsze duszenie pieniędzy będzie kontynuowane. Dlatego według Stiglitza można dyskutować nie o tym, czy euro się zawali, ale jak to się wydarzy.

- Ekonomiści dyskutują obecnie na temat najlepszego sposobu likwidacji euro. Może się to zdarzyć z powodu niepokojów społecznych mówi laureat Nagrody Nobla i podkreśla, że bezrobocie wśród młodzieży w Hiszpanii jest obecnie ponad 40 procentowe.

- Jak długo ludzie będą to zaakceptować? pyta Stiglitz.

Innym powodem dla którego euro może się załamać, będzie jeśli Europejski Bank Centralny przestanie pożyczać pieniądze dotkniętym kryzysem krajom poprzez zakup obligacji rządowych.

- To spowoduje kryzys, kryzys, który wstrząśnie światową gospodarką mówi Stiglitz.

Tekst powstał na bazie artykułu.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Nie będzie euroobligacji, ale powstaną Deutschland-obligacje?

Minister gospodarki landu Szlezwik-Holsztyn Jost de Jager zaproponował, aby stworzyć wspólne - federalne oraz landowe obligacje. Kanclerz Angela Merkel poparła ideę, aby w przyszłości zarówno długi federalne jak i landowe finansować poprzez wspólne emisje obligacji rządowych. Obecnie rząd federalny emituje swoje obligacje tzw. D-Bundy a landy swoje. Stworzenie Deutschland-obligacji pozwoli uzyskać spore oszczędności.

Federalny minister finansów Wolfgang Schäuble uważa że w zamian landy powinny zredukować swoje zadłużenie do 60 procent PKB. "Fakt, że stanowi to zachętę do nagradzania landów za redukcję zadłużenia, uważam za bardzo ciekawy pomysł Wolfganga Schäuble" powiedziała Merkel.

"Przyniosłoby to dużą ulgę dla landu Szlezwik-Holsztyn dzięki niższym stopom procentowym" powiedział de Jager, który 6-tego maja stratuje w wyborach regionalnych jako kandydat CDU. Słabsze landy takie jak Szlezwik-Holsztyn muszą obecnie płacić wyższe oprocentowanie niż rząd federalny. Oprocentowanie obligacji federalnych jest na historycznie niskim poziomie. Na ostatniej aukcji sześciomiesięcznych bonów, po raz pierwszy w historii, inwestorzy płacili niemieckiemu rządowi aby móc ulokować w nich pieniądze. Ich oprocentowanie było ujemne!

Debata na temat Deutschland-obligacji w Niemczech jest prowadzona równolegle do tej na poziomie UE, gdzie toczy się gra o to, aby zacząć emitować euroobligacje. W ten sposób państwa o słabej kondycji finansowej mogłyby skorzystać z dobrego ratingu kredytowego partnerów ze strefy euro i płacić niższe stopy procentowe na rynkach finansowych. Jest jednak jasne, że niemiecki rząd federalny nie zaakceptuje euroobligacji, ponieważ oznaczałoby to uwspólnienie zadłużenia. Takie działanie jest zabronione na mocy Traktatu UE a także w opinii niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Jednak na poziomie niemieckich landów, nie byłoby takich problemów prawnych, aby emitować wspólne federalne i landowe obligacje.

Merkel podkreśliła jednak, że aby to było możliwe potrzebna jest rozsądna polityka fiskalna landów. Pomysł Szlezwiku-Holsztyna idzie w dobrym kierunku konsolidacji, ale Północna Nadrenia-Westfalia, jako land znacznie bogatszy i co za tym idzie płacący niższe oprocentowanie za zaciągane długi, nie jest już do niego tak przekonana. Schäuble zasugerował podczas rozmów z władzami landów, aby każde z nich przedstawiło plany tego jak chcą zmniejszyć swoje zadłużenie do 60 procent.

Pomysł jest bardzo świeży i nie ma jeszcze nie-niemieckiej nazwy dla wspólnych obligacji, stąd nazwa Deutschland-obligacje. Co z niego wynika? Że bliższa ciału koszula. Ale czy to nie było już wcześniej oczywiste, że Niemcy nie będą się poświęcać za południowców? A właśni ziomkowie z bundes republik to już co innego. Ciężko przewidzieć jak realizacja tego pomysłu wpłynie na sytuację Polski, ale można sobie wyobrazić, że inwestorzy chętniej kupią kolejną partię niemieckich bonów niż polskich.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Wszyscy pytają co dalej z euro? Tak jak głosi tytuł wpisu europejskie państwa potrzebują miliardów! I nie chodzi mi tylko o zadłużone po uszy kraje południa Europy i coraz wyższe kwoty o których co chwilę słyszysz, że tylko one mogą pozwolić je uratować. Chodzi mi o wszystkie kraje europejskie, które żyją w stanie permanentnego deficytu budżetowego i muszą co roku emitować nowe obligacje, aby sfinansować swoją działalność. Ile pieniędzy potrzebują kraje strefy euro w 2012?

1. Włochy - Kraj Mario Montiego musi w 2012 roku zrolować dług w wysokości 307 miliardów euro, który pojawi się w postaci przedstawianych do wykupu obligacjach rządowych. To 19,3% PKB Włoch za 2011r. W 2013 r. będzie to kolejne 154.6 mld euro do wykupu.

2. Niemcy - W 2012 Niemcy muszą znaleźć nabywców na 273 miliardów euro, i jest to drugie największe do obsłużenia zadłużenie. Wynosi ono 10,6% PKB przewidywanego na rok 2011. W 2013 r. kanclerz Angela Merkel będzie musiała pozyskać nowe 186 mld euro.

3. Francja - Sama Francja ma 240 miliardów euro długu w obligacjach, które musi wykupić w 2012 roku, co stanowi 12% jej PKB w 2011 r. 2013 r. przyniesie dodatkowe 125,3 miliardów euro do wykupu.

4. Hiszpania - Pod rosnącą presją ze strony rynków finansowych, kraj ten musi pozyskać 132,2 miliardów euro w 2012 roku na spłatę obligacji rządowych. Stanowił to 12,2% PKB przewidywanego na rok 2011. 2013 r. dług do wykupu będzie mniejszy - 82,8 mld euro.

5. Belgia - kraj w którym nie było rządu przez ponad 500 dni po wyborach parlamentarnych w 2010 roku. W 2012 roku musi obsłużyć 56,6 miliardów euro zapadającego zadłużenia. Jest to 15% PKB za 2011 rok. W następnym roku będzie to 30 mld euro.

6. Holandia - Premier Holandii Mark Rutte w 2012 r. musi wykupić obligacje na łączną kwotę 55,6 miliardów euro, czyli 9,2% PKB tego kraju za 2011. W 2013 do wykupu jest kolejne 31 mld euro.

7. Grecja - W dniu 11 listopada 2011 r. Lucas Papademos, były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, został zaprzysiężony jako nowy premier Grecji. Jego kraj bardzo zadłużony kraj będzie musiał znaleźć 43,3 miliardów euro na spłatę długów wymagalnych w 2012 r. Jest to solidne 19,6% greckiego PKB na 2011 rok. W następnym roku będzie trzeba pozyskać 27,8 mld €.

8. Portugalia - Od czerwca 2011 nowym premierem Portugalii jest Passos Coelho. Jego kraj będzie musiał spłacić 22,2 miliardów euro w 2012 roku, które wynoszą 12% PKB. W 2013 do pozyskania 10,8 mld euro.

9. Austria - Ten mały alpejski kraj rządzony przez kanclerza Wernera Faymanna musi zapewnić 18 mld euro na spłatę obligacji w 2012 roku, co stanowi 6% PKB. 2013 r. to konieczność spłaty kolejnych 17,5 mld euro.

10. Finlandia - kraj ten będzie musiał refinansować 14,8 miliardów euro w roku 2012. To 7,7% fińskiego PKB. W następnym roku do spłaty będzie znacznie mniej, bo 6,3 mld €. Finlandia niedawno zażądała zastawu od Grecji za swój udział w europejskim pakiecie ratunkowym.

11. Irlandia - Premiera Irlandii Enda Kennyego, który urzęduje od marca 2011 roku, będzie musiał spłacić 5,6 miliardów euro obligacji, które zapadają w 2012 r. To 3,6% PKB za rok 2011 - nie wiele w porównaniu do innych krajów. W następnym roku do spłaty będzie ponownie 6,1 mld euro.

12. Słowacja - Słowacja ma do spłaty w 2012 roku obligacje na kwotę 4.8 miliarda euro, a w 2013 kolejne 3,7 mld euro. Obligacje, które trzeba będzie wykupić w 2012 r. odpowiadają ok. 7.5% PKB za 2011.

Podsumowując powyższe dwanaście największych krajów strefy euro musi pożyczyć w 2012 r. 1 173.1 mld euro (1.2 biliona euro!). Piszę musi pożyczyć, bo przecież nie da się obecnie sfinansować wykupu tych obligacji w żaden inny sposób, one po prostu muszą być zrolowane.

A co u nas? W 2012 Polska musi wykupić obligacje za 103,3 miliardy złotych (ok. 23 mld euro) co stanowi ok 7,3% PKB. To na prawdę nie mała kwota i może być niezwykle ciężko pozyskać ją na rynku. Szczególnie że nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru do lokowania kapitału w długu. Pierwszy duży wykup już 25. stycznia - minister finansów musi pozyskać na rynku wtedy ok. 22.5 mld złotych. Zapowiada się ciekawy rok przed nami!

piątek, 6 stycznia 2012

Szokujące prognozy Saxo Banku na rok 2012

Saxo Bank opublikował swoje szokujące prognozy na rok 2012. Większość z nich wydaje się dziś mało prawdopodobne, ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy. Prognozy jak to prognozy, wcale nie muszą się wydarzyć, ale gdyby nawet część z nich miała miejsce to miałyby one znaczący wpływ na rynki.

A oto odważne i szokujące prognozy Saxo Banku na 2012 r.:

1. Akcji Apple Inc spadną o 50 procent w stosunku do maksymalnej wartości z 2011
We właśnie się rozpoczynającym roku 2012 Apple będzie musiał stawić czoła wielu konkurentom, takim jak Google, Amazon, Microsoft / Nokia i Samsung, na rynku najbardziej innowacyjnych produktów - iPhone oraz iPad. Apple nie będzie w stanie utrzymać swojego 55% udziału w rynku (trzy razy tyle co Android) oraz 66% na rynku iOS i iPad.

2. UE ogłosi przedłużony urlop dla banków w 2012
Grudniowe zmiany traktatu UE okażą się niewystarczające do rozwiązania potrzeb finansowych UE, zwłaszcza Włoch i kryzys zadłużenia powróci na rynki z impetem w połowie roku. W odpowiedzi to giełdy spadną o 25% w krótkim czasie, co skłoni polityków aby ogłosić dłuższy urlop dla banków. Wszystkie europejskie giełdy i banki zostaną zamknięte na tydzień lub więcej. Co dalej z euro?

3. Nieznany dotąd kandydat wygra wybory do Białego Domu
W 1992 roku miliarderowi z Texasu, Ross Perot, udało się wykorzystać recesję i obrzydzenie do polityki, aby zebrać 18,9% głosów. Trzy lata rządów Obamy przyniosło zbyt mało zmian i tylko dodatkowe powszechne rozczarowanie z całego amerykańskiego systemu politycznego, w związku z czym warunki dla kandydat z trzeciej partii nigdy nie były lepsze niż obecnie. Ktoś z silnym programem prawdziwych zmian zgłosi swoją nominację na początku 2012 roku i zgarnie prezydencję w listopadzie w jednym z najbardziej kluczowych głosowaniu w historii Stanów Zjednoczonych, przy poparciu 38% głosów.

4. Australia wejdzie w recesję
Skutkiem spowolnienia chińskiej gospodarki będzie wepchnięcie innych krajów Azji i Pacyfiku w recesję. Jednym z krajów silnie zależnych od rozwoju chińskiej gospodarki jest Australia z jej dużym uzależnieniem od górnictwa i zasobów naturalnych. Jak tylko chiński popyt na te towary osłabnie, Australia wejdzie w recesję, która zostanie pogłębiona przez załamanie w sektorze mieszkaniowym - pół dekady po pozostałych krajach rozwiniętych.

5. Nowe regulacje Basel III doprowadzą do nacjonalizacji 50-ciu banków w Europie
Rośnie ciśnienie na europejski system bankowy w związku z nowymi wymogami kapitałowymi i nowe regulacje powodują, że banki muszą znaleźć dodatkowy kapitał w wielkim pośpiechu. To powoduje wyprzedaż aktywów finansowych mimo, że na rynku jest mało chętnych na zakupy. Zamrożenie europejskiego rynku międzybankowego spowoduje że, nieufni w systemy gwarancji depozytów poręczanych przez niewypłacalne rządy, oszczędzający zaczną run na banki (zaczną masowo wypłacać swoje depozyty). Ponad 50 banków będzie wymagało wsparcia poprzez nacjonalizację, a kilka znanych marek przestanie istnieć. (Pisałem już o tym, że banki zwalniają, gdyż muszą poprawić swoje wyniki)

6. Szwecja i Norwegia zastąpią Szwajcarię jako bezpieczną przystań
Jak widzieliśmy na przykładzie Szwajcarii, bycie bezpieczną przystanią w świecie kryzysu zadłużenia powoduje szereg zagrożeń dla gospodarki kraju. Rynki kapitałowe obu krajów są znacznie mniejsze niż Szwajcarii, ale Szwajcarzy agresywnie dewaluują własną walutę i zarządzający funduszami poszukują nowych bezpiecznych przystani dla kapitału. Przepływ pieniędzy na rynki obligacji obu państw stanie się tak popularny, że 10-letnie obligacje będą oprocentowane ponad 100 punktów bazowych poniżej także uważanych za bezpieczne niemieckich bundów.

7. Szwajcarski Bank Narodowy wygra i przesunie kurs EURCHF do 1,50
Szwajcarski upór w walce przeciwko aprecjacji swojej waluty opłaci się w 2012 roku. Z powodu zależności szwajcarskiej gospodarki od eksportu, w dalszym ciągu będzie ona cierpiała w 2012 roku z powodu siły CHF, w związku z tym SNB i rząd podejmą dalsze kroki aby zapobiec kolejnym szkodom i wprowadzenie nawet ujemne stopy procentowe, aby wywołać ucieczkę kapitału z tego kraju i dzięki temu uda im się sprowadzić kurs EURCHF do poziomu 1,50 w ciągu najbliższego roku.

8. Kurs USDCNY urośnie o 10 procent do 7,00
Z powodu malejących zysków z rynku mieszkaniowego i coraz niższych marż eksporterów Chiny znajdą się na krawędzi "recesji", czyli 5-6 proc wzrostu PKB. Chińscy decydenci przyjdą na ratunek eksporterom poprzez umożliwienie spadku renminbi wobec dolara - podsycanego przez amerykański status bezpiecznej przystani w czasie globalnego spowolnienia gospodarczego i obecnych problemów z zadłużeniem w strefie euro. Doprowadzi to do zmiany pary USDCNY do 7,00, czyli 10 procentowego wzrostu.
Jak na razie to ruchy były raczej w drugą stronę i mówi się o końcu ery dolara.

9. Baltic Dry Index wzrośnie o 100 procent
Niższe ceny ropy naftowej w roku 2012 mogą doprowadzić do wzrostu indeksu Baltic Dry w związku ze spadkiem kosztów. Brazylia i Australia zwiększą dostawy rudy żelaza co doprowadzi do dalszego obniżenia cen i zaspokoi rosnące zapotrzebowanie na ich import ze strony Chin w celu zapewniania surowców produkcji przemysłowej. W połączeniu z łagodzeniem polityki pieniężnej doprowadzi to do masowego skoku popytu na rudę żelaza.

10. Ceny pszenicy wzrosną dwukrotnie
Cena pszenicy CBOT podwoi się w 2012 roku po najgorszych zbiorach w 2011 roku. Razem z 7 miliardami ludzi na ziemi i ciągłym dodrukiem pieniędzy przez banki centralne, złe warunki pogodowe na całym świecie sprawiają, że będą to trudne lata na rynku produktów rolnych. Wzrost cen będzie szczególnie widoczny na rynku pszenicy, gdzie spekulanci którzy mają obecnie jedną z największych krótkich pozycji w historii, będą napędzać ceny w kierunku rekordowego 2008 roku.

Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank, powiedział: "Nasze straszne prognozy zostały przygotowane w celu zachęcania inwestorów do niestandardowego myślenia i przygotowania się do zmian zachodzących na świecie . Nieszablonowe myślenie rzadko jest łatwym ćwiczeniem, ale nie jest nim także radzenie sobie z przykrą niespodzianką do której nie udało się nam przygotować w żaden sposób."

Wierzyć lub nie. Faktycznie lepiej to przemyśleć i spróbować przygotować się na najgorsze. Szczególnie, że nic nie wskazuje na to, żeby miało nam być jakoś lepiej.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Chińsko-japońska umowa walutowa - koniec ery dolara!

Japonia i Chiny podpisały umowę w której zdecydowały się na rozliczanie swojej wymiany handlowej we własnych walutach - jenie i renminbi, bez udziału dolara jako waluty pośredniej. Dla dolara i euro będzie to silne uderzenie, szczególnie w tak trudnym dla nich okresie kryzysu. Nie ma wątpliwości, że to początek końca ery dolara.

Chiny i Japonia zamierzają w przyszłości zapewnić bezpośredni i płynny rynek wymiany dla swoich walut - jena i renminbi. Ponadto Japonia planuje zacząć kupować chińskie obligacje rządowe, co było wcześniej prawie niemożliwe ze względów regulacyjnych. Premier Japonii Yoshihiko Noda i chiński premier Wen Jiabao zapowiedzieli te zmiany po swoim grudniowym spotkaniu w Pekinie. Realizacja umowy zawartej między drugą i trzecią największą gospodarką na świecie osłabi w konsekwencji rolę dolara jako światowej waluty rezerwowej, ponieważ do tej pory około 60 procent ich wspólnej wymiany handlowej - w 2010 r. około 340 miliardów dolarów (260 miliardów euro) - dokonywane było za pośrednictwem dolara.

W związku ze stopniową liberalizacją chińskiej waluty, umowa zaboli zarówno członków strefy euro jak i Stany Zjednoczone w związku z ich własnym długiem. Zarówno USA jak i państwa strefy euro są bardziej zależne niż kiedykolwiek od woli innych państw do tego, aby w dalszym ciągu masowo kupowały dolara i denominowane w euro obligacje rządowe. Wielkie nadzieje w tym zakresie pokładane są w Chinach i Japonii, które razem mają około 4.5 biliona dolarów rezerw walutowych i to w dużej mierze w dolarach amerykańskich, ale do tej pory miały trudności aby utrzymywać je odpowiednio w jenach czy renmibi.

Chiny i Japonia w ostatnich tygodniach podeszły raczej z rezerwą do zakupów na większą, niż do tej pory, skalę obligacji rządowych denominowanych w euro. Oba te kraje również czują się nieswojo z uzależnieniem od dolara, które jest tym większe, im wyższe są ich własne rezerwy rezerwy walutowe powstałe w związku z nadwyżkami eksportowymi. "Biorąc pod uwagę samą skalę handlu dwóch największych gospodarek Azji między sobą, ta umowa jest dużo ważniejsza niż wszelkie inne umowy walutowe zawarte przez Chiny w przeszłości" powiedział Ren Xianfang, ekonomista IHS Global Insight w Pekinie dla agencji informacyjnej Bloomberg.

Otwierając swój własny rynek dla obligacji rządowych Chin, Japonia uzyskałaby alternatywę dla dolara i euro. Ze względu na potencjał aprecjacji, renminbi jest główną alternatywą dla dolara amerykańskiego i euro jako atrakcyjna waluta inwestycyjna. Do tej pory chińskie władze nie akceptowały silniejszego umocnienia swojej waluty niż dwa do czterech procent rocznie w celu zwiększenia własnej konkurencyjności w eksporcie. Dlatego zwłaszcza banki centralne krajów o wysokich rezerwach walutowych przez lata starały się inwestować w dolarach i euro zamiast w renminbi.

Japonia wprowadzi teraz formalne zmiany, aby od roku 2012 mieć możliwość zakupu chińskich obligacji denominowanych w renminbi i zainwestuje w nie początkowo "niewielką sumę". Nie wątpliwe pokazuje to, że era dolara chyli się ku upadkowi, a poszczególne kraje szukają bezpiecznych przystani w których będą mogły lokować swoje rezerwy walutowe i nie narażać się na ryzyko monetyzacji długu publicznego poprzez dodruk pustego pieniądza przez USA czy strefę euro.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego! Czy euro skazane jest na porażkę?



Ponad 480 mld euro - taką kwotę pożyczył w zeszłym tygodniu Europejski Bank Centralny (EBC) innym bankom. To więcej niż wielu się spodziewało. Miało to ułatwić szybkie wyjście z kryzysu płynności w Europie, i zmusić rynki akcji do wzrostów - przynajmniej na początku. Ale czy to oznacza, że kryzys się już skończył?

Markus Kerber, profesor Politechniki w Berlinie, jest od dawna krytykiem euro i Europejskiego Banku Centralnego. Złożył oddalony pozew, aby zatrzymać niemiecki udział w działaniach na rzecz ratowania słabszych gospodarek. Mówi sercem problemów Europy jest to, że różne kraje mają różne zdolności do konkurowania między sobą. Euro zakłada, że jedna waluta będzie odpowiednia dla wszystkicg gospodarek, a zamiast tego wstrzymuje wolny rynek od normalnego funkcjonowania i dlatego skazana na niepowodzenie.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Ale to nie wszystko. Jak mówi profesor istnieją również większe problemy na horyzoncie, zwłaszcza francuski dług czeka na uderzenie w rynki. Stawką jest czy w obecnym momencie europejskie narody mają zdolność do utrzymania ich suwerenności, demokracji i rządów prawa.

Czy euro skazane na porażkę? Co dalej z euro?

"Problemy ze strefą euro są zasadniczo gospodarcze; zasadniczo dotyczą konkurencyjności. Jeśli spojrzeć na rozwój w ostatnich pięciu latach to widać wielkie i rosnące rozwarstwienie w konkurencyjności między północną a krajami południa Europy. Trzeba więc znaleźć rozwiązanie tego problemu. Jeśli nie byłoby euro większość z tych krajów po prostu zdewaluowała by swoje waluty, aby znaleźć czas na oddłużenie swoich gospodarek. Teraz są uwięzieni we wspólnej walucie co utrudnia obsługę ich zadłużenia i dyktuje politykę, która polega głównie na tym, że jedna miara musi pasować do wszystkich. A jedna waluta w takiej sytuacji, nie może pasować do wszystkich, ponieważ euro jest zbyt drogie dla Portugalii i zbyt tanie dla Niemiec".

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Prawie trzy lata po zapaści gospodarki spowodowanej upadkiem trzech dużych banków wydaje się, że Islandia powoli wychodzi na prostą. Czy można wyciągnąć jakieś wnioski z drogi którą przeszedł ten kraj, aby rozwiązać problemy zadłużonych krajów w Europie?

O kryzysie na Islandii pisałem już na swoim blogu, gdy wspominałem o akcji „Icelanders are NOT terrorists” będącej reakcją na blokadę islandzkich kont w UK po tym jak Islandczycy odmówili zwrotu oszczędności obywateli brytyjskich ulokowanych w upadłym islandzkim banku Icesave.

Jak to się zaczęło?

Jeszcze do niedawna wydawało się, że Islandia to istny raj na ziemi. Przeciętny roczny wzrost PKB wynosił 5% i obywatele tego kraju cały czas bogacili się dzięki wolnorynkowym reformom i deregulacji systemu bankowego. Pozwoliło to temu małemu krajowi stać się jednym z sześciu najbogatszych państw OECD.

Trzy największe islandzkie banki - Kaupthing, Landsbanki i Glitnir, przez lata zaciągały pożyczki w jednych krajach, by później inwestować je z zyskiem w drugich (m.in. w Wielkiej Brytanii). W czasach prosperity i taniego pieniądza taka taktyka przynosiła nie małe zyski, dlatego pożyczano na potęgę. Łączny kapitał inwestycyjny trzech największych islandzkich banków wyniósł ponad 100 mld dol. To aż 888 proc. rocznego PKB Islandii, który wynosi tylko 14 mld dol! Gdy cała gospodarka światowa rosła spłata ogromnych długów nie była problemem, ale splot zaczynającego się w 2008 r. kryzysu i nietrafionych inwestycji na rynkach finansowych wpędził Islandczyków w poważne kłopoty.

Jesienią 2008 r. cały dotychczasowy obraz Islandii prysł jak bańka mydlana. Bankierzy stracili na toksycznych długach miliony koron i do akcji ratunkowej wkroczył rząd. Znacjonalizował trzy największe banki na wyspie i przejął nad nimi kontrolę. Zmusił je do jak najszybszej sprzedaży ich zagranicznych aktywów, aby przetransferować zyski do kraju. Wszystko po to, aby wzmocnić spadającą na łeb na szyję koronę, której kurs w pierwszym roku kryzysu osłabił się względem euro aż o 70 proc!

Ze względu na brak możliwości finansowania się na rynku Islandia poprosiła MFW o pomoc. Po negocjacjach ten zgodził się udzielić wsparcia w postaci 6 mld USD pożyczki. W skład kredytującego konsorcjum weszły wtedy MFW, kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Holandia i Polska, która zgodziła się pożyczyć 200 mln USD.

Jak sobie poradzono z kryzysem?

Jedną z inwestycji islandzkiego banku Landsbanki był internetowy Icesave w którym tysiące Brytyjczyków i Holendrów otworzyło konta i trzymało swoje oszczędności. Bank ten oferował dużo wyższe oprocentowanie niż większość brytyjskich instytucji finansowych, więc wiele osób skusiła jego oferta. Jednak po upadłości spółki matki na Islandii, klienci w UK nie mogli wypłacać pieniędzy ze swoich kont. Rozjuszyło to oczywiście Brytyjczyków i Holendrów, którzy zażądali natychmiastowego zwrotu długów.

Islandzki parlament przedstawił ustawę, która miała długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 mld euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. Spowodowało to wybuch niezadowolenia społeczeństwa, które wyszło na ulice i zażądało ogłoszenia referendum w tej sprawie. Sytuacja zrobiła się na prawdę ciężka i prezydent Olafur Grimsson zawetował proponowaną przez parlament ustawę a także ogłosił ogólnonarodowe referendum w tej sprawie. Jego wynik był jednoznaczny i 93% głosujących opowiedziało się za niespłacaniem długu wobec Wlk. Brytanii i Holandii.

W międzyczasie naciskany przez obywateli rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić kto odpowiada za kryzys finansowy i bankructwo banków. Ostatecznie specjalna komisja w liczącym 2 tys. stron raporcie wykazała, że kryzys i jego następstwa mogłyby być mniejsze, gdyby politycy i władze w Reykjaviku zareagowały wcześniej i lepiej, zamiast obarczać się wzajemnie odpowiedzialnością. Na szczycie listy winnych znalazło się siedem osób: były premier Geir Haarde, były szef islandzkiego banku centralnego David Oddsson, były minister finansów, jego kolega z resortu gospodarki, dwaj bankowcy banku centralnego oraz szef nadzoru finansowego.

Z dochodzenia wynika, że już w kwietniu 2008 r. nadzór finansowy informował rząd i bank centralny o niskim stanie kapitału własnego trzech islandzkich banków. Odpowiedzialność za to ponoszą islandzcy bankowcy, a nie błędy w europejskich regulacjach finansowych orzekła komisja.

Islandia przystąpiła do renegocjacji z Wielką Brytanią i Holandią sposobu wypłaty odszkodowań dla klientów upadłych banków. Na początku 2011 r. parlament Islandii zatwierdził porozumienie w tej sprawie, które przewiduje wypłacenie Wielkiej Brytanii i Holandii łącznie 3,8 mld euro tytułem utraconych przez ich obywateli wkładów. Nowa ugoda zapewnia Islandii zmniejszenie obciążeń odsetkowych i dogodniejsze terminy spłat. Władze liczą także na to, że 85 proc. należnej do wypłacenia kwoty sfinansuje z własnych środków islandzki bank Landsbanki, który był właścicielem Icesave.

Jaką naukę na przyszłość można wyciągnąć z islandzkiego kryzysu?

Islandia powoli wychodzi z kryzysu. Kraj notuje dodatni wzrost gospodarczy i wraca na rynki kapitałowe, a koszty kontraktów CDS są kilkukrotnie tańsze, niż podobne ubezpieczenia długu Grecji, Irlandii czy Portugalii. Ponieważ kraj pozwolił upaść swoim bankom, nie musiał zwiększać swojego zadłużenia tylko po to, aby wykupywać ich długi. "Islandia postąpiła bardzo dobrze zapewniając, że jej system płatniczy nadal działał, podczas gdy to wierzyciele a nie podatnicy ponieśli ciężar długów banków" powiedział Bloombergowi laureat Nagrody Nobla w ekonomii Joseph Stiglitz. "Z drugiej strony Irlandia zrobił wszystko źle. To chyba najgorszy model." dodał. Przypomnę, że Irlandia znacjonalizowała banki i przejęła ich długi. Tymczasem Islandia nie tworzyła żadnego specjalnego funduszu, który mógłby wykupić długi banków, ale po prostu pozwoliła im upaść.

Jeżeli członek strefy euro pozwoli upaść swoim bankom, cała strefa może ponieść tego konsekwencje w postaci obniżonego ratingu kredytowego i spadku wartości euro. Dodatkowo zgoda na default oznacza, że (przynajmniej tymczasowo) kredytorzy kraju ponoszą stratę. W przypadku obecnego kryzysu są to w większości niemieckie i francuskie banki. Stąd taka motywacja Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozyego, aby nie dopuścić do niewypłacalności, która uderzy głównie w banki z ich krajów i sprowadzi kłopoty także na Francję i Niemcy. To tłumaczy także, dlaczego na włoskie i greckie długi nie chce się składać Wielka Brytania, której instytucje finansowe nie są tam znacząco zaangażowane.

Co dalej z euro?

Na przykładzie Islandii widać jak na dłoni, że to nie niewyobrażalne wręcz dokręcanie śruby zadłużonym społeczeństwom, ale zapewnienie im odpowiednich warunków i możliwości do spłaty zadłużenia w rozsądnym terminie i na uczciwych warunkach pozwoli im wyjść z kryzysu. Próba wyduszenia z ludzi jak najszybciej, jak największych pieniędzy na pewno nie przyniesie niczego dobrego. Skąd w polskich politykach taka potrzeba dołączenia do zrzutki na wykup obcego długu jakbyśmy naszego mieli za mało? Ja nie rozumiem i nie chcę płacić z własnej kieszeni za greckie czy włoskie długi niemieckim i francuskim bankom!

Argentyna - matka wszystkich bankructw

sobota, 10 grudnia 2011

Nie mamy pieniędzy na szkoły. Czemu mamy się zrzucać na fundusz ratunkowy UE?

Wpis jest tłumaczeniem tekstu opublikowanego na serwisie e24.no po uchwaleniu pierwszego funduszu ratunkowego UE i dotyczy sytuacji na Słowacji.

Jako ostatni z 17 krajów strefy euro, Parlament Słowacji uchwalił w zeszłym tygodniu zgodę na swój wkład do funduszu ratunkowego UE dla krajów z kryzysem zadłużeniem (głównie Grecji). Decyzja o oddaniu 7,7 mld euro zwiększa słowacki dług publiczny o 30 procent. Wśród ludzi jest jednak wielka niechęć do wypłaty pieniędzy. Aby przegłosować w parlamencie stosowną ustawę rząd obiecał podać się do dymisji i rozpisać nowe wybory.

- To szaleństwo. Grecy ukradli wszystko, a teraz chcą pieniędzy od nas?, powiedziała agencji Reuters 31-letnia młoda mama Dana Antasova w komentarzu do głosowania w parlamencie. Słowa Antasovej i innych wściekłych Słowaków obiegły cały świat.

- Grecy nie są problemem. To chciwe niemieckie i francuskie banki są problemem. I one nie chcą stracić ani grosza, mówi Antasova po decyzji Słowacji, która zgodziła się dołożyć do funduszu ratunkowego. Teraz obawia się, że w ten weekend na szczycie Unii Słowacja znów zostanie poproszona o to, aby wyłożyć więcej pieniędzy do wspólnego funduszu.

- Większość ludzi nie chce, abyśmy składali się na ten fundusz i jest zdenerwowana mówi Antasova.

- Wielu Słowaków zarabia 450-550 euro netto miesięcznie i nie akceptuje żadnych wyjaśnień, dlaczego powinni spłacać długi kogoś, kto zarabia trzy do pięciu razy więcej od nich, mówi. Słowacja jest wraz z Estonią jednym z najbiedniejszych krajów strefy euro. Na Słowacji, która zmaga się z 14-procentowym bezrobociem, średnia pensja jest taka sama jak płaca minimalna w Grecji.

- Mówi się nam, że nie ma wystarczających środków na utrzymanie szkół i służby zdrowia. Dlatego ludzie pytają: "Jeśli nie mamy pieniędzy na takie podstawowe usługi, a mamy pieniądze na fundusz ratunkowy?".

Gospodarka Słowacji jest ściśle związana z niemiecką. Wielu Słowaków czuje presję, aby wspierać udział kraju w funduszu ratunkowym, ponieważ obawiają się utraty pracy.

Słowacja była długa doceniana za swoją rygorystyczną politykę gospodarczą. Spełniła ona wymogi UE dot. długu publicznego. W tym samym czasie przeprowadzono także gruntowne reformy.

- Portugalia, Irlandia, Włochy, a nawet Francja i Niemcy nie stosują się do przepisów i ich zadłużenie jest wyższa niż dopuszczalne 60 procent produktu krajowego brutto, mówi Antasova. Jest przekonana, że Słowacja zostanie poproszona o zwiększenie swojego zaangażowania w fundusz ratunkowy UE.

- To co ludzie w UE powinni zrobić, to domagać się referendum. To są pieniądze ludzi i to oni powinni zadecydować, gdyż są tacy, którzy muszą ponieść konsekwencje, mówi Antasova.

O możliwym dalszym rozwoju kryzysu możesz przeczytać także w moim wpisie Co się stanie gdy Grecja ogłosi bankructwo?