Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UE. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2012

W którym kraju w Europie pracuje się najbardziej efektywnie?

Niedawno pisałem o rankingu krajów w których pracuje się najdłużej w Europie. Polska znalazła się tam na wysokiej 4. pozycji ze średnio przepracowanymi w ciągu tygodnia 40.6 h dla pełnego badania i 42.2 h dla tylko pełno zatrudnionych. Ale jak już także wspominałem nie liczy się ilość, ale jakość :-) Tutaj z pomocą przychodzi nam raport OECD badający efektywność siły roboczej za 2010 rok.

Sama metodologia badania była bardzo prosta - dla każdego z krajów OECD wzięto wypracowany w 2010 roku PKB w cenach bieżących wyrażony w walucie krajowej (czyli dla Polski był to złoty, a dla USA dolar), a następnie przeliczono go na PKB w PPP (Purchasing Power Parity - Parytecie Siły Nabywczej) i wyrażono dla każdego kraju w dolarach amerykańskich, tzw. PPP$. W kolejnym kroku sprawdzono ile średnio godzin w roku przepracowała jedna osoba zatrudniona w danym kraju (dla Polski 1 939), a także ile osób było zatrudnionych w danym roku co pozwoliło obliczyć liczbę przepracowanych w danym kraju godzin w ciągu roku. Na koniec wyznaczono ile PKB w PPP$ udało się wypracować w ciągu jednej godziny. Proste? Proste! A oto wyniki:

10 krajów z najlepszymi wynikami:

1. Norwegia
Chociaż pracuje się tam średnio tylko 1 413 h rocznie, to w ciągu każdej godziny przeciętny Norweg wytwarza 75.3 PPP$. Ach ta ropa!

2. Luksemburg
Z 1 616 przepracowanymi godzinami rocznie, statystyczny mieszkaniec tego kraju wytwarza także 75.3 PPP$ w ciągu godziny pracy. Banki?

3. Irlandia
1 540 godzin pracy rocznie pozwala na zwiększenie PKB o 63.5 PPP$ w ciągu każdej z nich.

4. USA
W trakcie 1 695 godzin pracy w roku przeciętny amerykanin zwiększył bogactwo swojego kraju o 59 PPP$.

5. Belgia
Pracując 1 551 godzin w trakcie roku przeciętny Belg wytwarza w trakcie każdej z nich 58.9 PPP$.

6. Holandia
Tylko 1 377 godzin pracy powoliło zwiększyć PKB tego kraju o 58.8 PPP$ w ciągu każdej z nich.

7. Francja
Nie przemęczając się z 1 439 godzinami spędzonymi w pracy w ciągu roku statystyczny Francuz dołożył do PKB 57.7 PPP$.

8. Niemcy
Pracowici (?) Niemcy wcale nie spędzają w pracy każdej wolnej chwili, a tylko 1 408 h w roku, co pozwala wytworzyć w trakcie każdej z nich 53.6 PPP$.

9. Dania
1 537 godzin pracy w trakcie roku daje średni przyrost PKB o 51.3 PPP$ w trakcie każdej z nich.

10. Szwecja
Każdy wiking spędza w pracy 1 624 godziny, z których każda warta jest 49.9 PPP$.

Średnio w Unii Europejskiej pracuje się 1 564 godziny co daje wzrost PKB o 49.7 PPP$. W Polsce jak już pisałem pracujemy średnio 1 939 godzin w trakcie roku, ale pozwala to zwiększyć nasze PKB tylko o skromniutkie 24.7 PPP$ w trakcie każdej z nich, co daje nam czwarte miejsce od końca - tuż przed Rosją (20.6 PPP$). A jak wypadają inne państwa naszego regionu?

Słowenia - 1 676 godzin wartych 34.3 PPP$ każda.
Słowacja - 1 749 godzin z 33.6 PPP$ każda.
Czechy - 1 795 godzin i 29.3 PPP$.
Estonia - 1 880 godzin z 26.4 PPP$.
Węgry - 1 956 godzin po 26.1 PPP$.


Potwierdza się, że nie liczy się ilość, ale jakość. W całym tym zestawieniu wypadamy wręcz fatalnie. Można by powiedzieć - Rodacy, do pracy! Tylko do której zapytają niektórzy... A inni - długo jeszcze?

czwartek, 9 lutego 2012

George Papandreu: Nieuczciwa krytyka Grecji

Były premier Grecji George Papandreu przyznaje, że poważnie zadłużony kraj pożyczał zbyt dużo podczas jego rządów, ale twierdzi że kontrola ze strony Unii Europejskiej nie była dokładna i musi ona wziąć część winy za obecną sytuację tego kraju na siebie. Papandreu potępia tych, którzy krytykują greckie władze za to, że nie robią wystarczająco dużo, aby uporać się z kryzysem.

- Tak, krytyka Grecji jest nieuczciwa mówi Papandreou w rozmowie z norweską gazetą VG. Zrobiliśmy wielkie cięcia i sytuacja się zmienia. Ale potrzebujemy nie tylko cięć budżetowych i reform legislacyjnych. Musimy przeprowadzić zmiany strukturalne, a to wymaga czasu. Rok temu wszyscy mówili, że Grecja była znowu na dobrej drodze i byliśmy komplementowani. Ale potrzebne zmiany trwają dłużej niż niektórzy oczekiwali. Musimy zmienić naszą mentalność.

Grecja cały czas potrzebuje pożyczek. Ponieważ nie może ich otrzymać na rynku finansowym, do akcji wkroczyły UE, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, które wspólnie utworzyły tzw trojkę. Teraz od ich decyzji zależy, czy Grecja otrzyma kolejną transzę - 130 mld euro z uzgodnionego kredytu awaryjnego. Jeśli tak się nie stanie, Grecja ogłosi bankructwo.

Papandreu zrezygnował z funkcji premiera w listopadzie ubiegłego roku, po ogromnej krytyce, kiedy zasugerował, że Grecy sami powinni zdecydować, czy kraj powinien przyjąć pakiet ratunkowy z Unii Europejskiej w drodze referendum. Powstał wtedy rząd koalicyjny, a najbliższe wybory odbędą się w kwietniu. Papandreou wciąż wierzy, że referendum byłoby dobrym rozwiązaniem i oskarża Unię o to, że nie zrobiła wystarczająco dużo, aby zapobiec kryzysowi w Grecja, a jej pierwsze działania tylko go pogłębiły.

- Tak, pożyczyliśmy zbyt dużo w trakcie moich rządów. Ale w tym okresie byliśmy również pod kontrolą Komisji Europejskiej. Ta kontrola nie była wyraźnie wystarczająco dobra, powiedział Papandreu.

Dwa dominujące kraje UE: Francja i Niemcy pogorszyły sytuację, gdy zasugerowały że sektor prywatny odzyska swoje pieniądze tylko, gdy kraj wywiąże się ze swoich płatności. - Wniosek został wycofany, ale szkoda już się wydarzyła. Europa została podzielona na kraje o wysokim i niskim ryzyku, a inwestorzy nie chcieli inwestować w Grecji, Portugalii i Irlandii mówi Papandreu, który ostrzegał kanclerz Niemiec Angelę Merkel przed takim działaniem. - Powiedziałem, że to samospełniająca się przepowiednia, i tak właśnie było.

Teraz Papandreu ostrzega UE przed stosowaniem tego samego leku dla wszystkich krajów europejskich. - Ogłoszono wstrzemięźliwość, umiar i jeszcze raz umiar. Należy ciąć wydatki w Grecji, ale nie jest to poprawna droga we wszystkich krajach europejskich. Spowoduje to, że Europa znajdzie się w recesji. Zamiast tego powinniśmy inwestować w infrastrukturę i edukację. Transport pomiędzy sąsiednimi krajami jest wciąż taki jaki był w czasach zimnej wojny.

Lider partii PASOK, Papandreu jest trzecim pokoleniem, które rządziło Grecją. To za czasu rządów jego ojca Andreasa doszło do znacznego zwiększenia wydatków publicznych i nadmiernego rozrostu biurokracji. Ale George Papandreu nie zamierza składać samokrytyki.

- Nie miałem nic wspólnego z długiem, który odziedziczyłem. W 2004 r. zadłużenie kraju wynosiło 180 mld euro. Kiedy zostałem wybrany na premiera w 2009 roku wzrosło do 320 mld euro. Odchodzący rząd mówił, że deficyt był na poziomie 6 procent PKB. W rzeczywistości deficyt wyniósł 16 procent. Prawdopodobnie mógłbym zrobić coś lepiej, ale w czasie kryzysu dałem z siebie wszystko.

- Znajdujemy się w krytycznym psychologicznie momencie. Kryzys trwa już dwa lata, a my przeszliśmy wiele trudnych cięć. Teraz okazuje się, że jest potrzeba nowych cięć. W tym momencie ważne jest, aby ludzie widzieli światełko w tunelu. Wtedy będziemy mogli uznać, że zmiany nadejdą.

Kiedy pyta się Papandreu czy Grecy sami są problemem, odpowiada: Granie na ludzkim strachu nie rozwiązuje niczego. Widzę początkowe oznaki rasizmu i nacjonalizmu w dyskusji na temat kryzysu euro.

Słowa Papandreu trzeba odczytywać w kontekście zbliżających się wyborów w Grecji. Były pan premier ładnie opowiada, jak to sam dawał z siebie wszystko, a tylko wicie, rozumicie, no chciał dobrze a wyszło jak zwykle. Wszyscy po kolei dołożyli się do obecnego kryzysu w Grecji. Ważne jest jednak to, aby nie winić za niego tylko Greków (a już na pewno nie tych zwykłych zjadaczy chleba). Bo co prawda to oni pożyczali, ale z drugiej strony były niemieckie i francuskie banki, które chętnie im te pieniądze dawały. Każdy medal ma dwie strony, a prawda jak zwykle leży po środku.

A swoją drogą co Papandreu ma na myśli, gdy mówi że jego rząd był pod kontrolą Unii Europejskiej? Czyżbyśmy czegoś nie wiedzieli?

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Nie będzie euroobligacji, ale powstaną Deutschland-obligacje?

Minister gospodarki landu Szlezwik-Holsztyn Jost de Jager zaproponował, aby stworzyć wspólne - federalne oraz landowe obligacje. Kanclerz Angela Merkel poparła ideę, aby w przyszłości zarówno długi federalne jak i landowe finansować poprzez wspólne emisje obligacji rządowych. Obecnie rząd federalny emituje swoje obligacje tzw. D-Bundy a landy swoje. Stworzenie Deutschland-obligacji pozwoli uzyskać spore oszczędności.

Federalny minister finansów Wolfgang Schäuble uważa że w zamian landy powinny zredukować swoje zadłużenie do 60 procent PKB. "Fakt, że stanowi to zachętę do nagradzania landów za redukcję zadłużenia, uważam za bardzo ciekawy pomysł Wolfganga Schäuble" powiedziała Merkel.

"Przyniosłoby to dużą ulgę dla landu Szlezwik-Holsztyn dzięki niższym stopom procentowym" powiedział de Jager, który 6-tego maja stratuje w wyborach regionalnych jako kandydat CDU. Słabsze landy takie jak Szlezwik-Holsztyn muszą obecnie płacić wyższe oprocentowanie niż rząd federalny. Oprocentowanie obligacji federalnych jest na historycznie niskim poziomie. Na ostatniej aukcji sześciomiesięcznych bonów, po raz pierwszy w historii, inwestorzy płacili niemieckiemu rządowi aby móc ulokować w nich pieniądze. Ich oprocentowanie było ujemne!

Debata na temat Deutschland-obligacji w Niemczech jest prowadzona równolegle do tej na poziomie UE, gdzie toczy się gra o to, aby zacząć emitować euroobligacje. W ten sposób państwa o słabej kondycji finansowej mogłyby skorzystać z dobrego ratingu kredytowego partnerów ze strefy euro i płacić niższe stopy procentowe na rynkach finansowych. Jest jednak jasne, że niemiecki rząd federalny nie zaakceptuje euroobligacji, ponieważ oznaczałoby to uwspólnienie zadłużenia. Takie działanie jest zabronione na mocy Traktatu UE a także w opinii niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Jednak na poziomie niemieckich landów, nie byłoby takich problemów prawnych, aby emitować wspólne federalne i landowe obligacje.

Merkel podkreśliła jednak, że aby to było możliwe potrzebna jest rozsądna polityka fiskalna landów. Pomysł Szlezwiku-Holsztyna idzie w dobrym kierunku konsolidacji, ale Północna Nadrenia-Westfalia, jako land znacznie bogatszy i co za tym idzie płacący niższe oprocentowanie za zaciągane długi, nie jest już do niego tak przekonana. Schäuble zasugerował podczas rozmów z władzami landów, aby każde z nich przedstawiło plany tego jak chcą zmniejszyć swoje zadłużenie do 60 procent.

Pomysł jest bardzo świeży i nie ma jeszcze nie-niemieckiej nazwy dla wspólnych obligacji, stąd nazwa Deutschland-obligacje. Co z niego wynika? Że bliższa ciału koszula. Ale czy to nie było już wcześniej oczywiste, że Niemcy nie będą się poświęcać za południowców? A właśni ziomkowie z bundes republik to już co innego. Ciężko przewidzieć jak realizacja tego pomysłu wpłynie na sytuację Polski, ale można sobie wyobrazić, że inwestorzy chętniej kupią kolejną partię niemieckich bonów niż polskich.

środa, 14 grudnia 2011

Czechy Estonia i Bułgaria otwarcie - Nie będziemy płacić za długi strefy euro!

W nawiązaniu do wpisów na moim blogu dot. obecnego kryzysu zadłużenia w strefie euro - Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy? oraz Nie mamy pieniędzy na szkoły. Czemu mamy się zrzucać na fundusz ratunkowy UE? - mam dla Ciebie dodatkowe informacje. Czechy Estonia i Bułgaria powiedziały już otwarcie - Nie będziemy płacić za długi strefy euro! Z utęsknieniem czekam na taką samą odpowiedź z Warszawy.

Minister Finansów Estonii powiedział, że jego kraj nie weźmie udziału w pomocy w wysokości 200 mld euro (265 mld USD), którą inne kraje Unii Europejskiej za pośrednictwem Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) mają przekazać w celu ratowania strefy euro. Estonia nie uczestniczyła także w poprzedniej akcji ratunkowej MFW w 2009 roku.

Republika Czeska nie powinna przekazywać żadnych pieniędzy dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) w celu pomocy najbardziej zadłużonym krajom strefy euro - Powiedział prezydent Vaclav Klaus. Klaus powiedział także, że taki krok byłby bardzo nieodpowiedzialny w sytuacji, gdy sama ​​Republika Czeska nie może poradzić sobie z własnymi długami.
Republika Czeska sama żyje z deficytem, którego jak widać, nie jest w stanie wyeliminować. W takiej sytuacji byłoby nieodpowiedzialnym zwiększanie naszego zadłużenia poprzez udzielanie dodatkowych pożyczek dla bardzo zadłużonych krajów, które pozwalają jedynie na dalsze odroczenie realnych rozwiązań - powiedział Klaus.
Czechy miały zapewnić 3,5 mld euro w całkowitym planie wynoszącym 200 mld euro.

Bułgaria nie będzie uczestniczyć finansowo w planie ratowania euro i nie zgadza się na ujednolicenie podatków - powiedział w parlamencie bułgarskim minister spraw zagranicznych tego kraju Nikołaj Mładenow.
Bułgaria nie jest stroną umowy o europejskim mechanizmie stabilności. Nie podejmowała ona zobowiązań o dobrowolnym wkładzie finansowym w ten mechanizm. Bułgaria nie ma obowiązku i nie zamierza przekazywać MFW dodatkowych środków finansowych - powiedział Mładenow, dodając, że kraj nie dopuści do dostosowania podatków do poziomu ogólnoeuropejskiego.
To nie Bułgaria spowodowała kryzys eurostrefy, nie będzie również krajem, który ją z tego wyciągnie - stwierdził. Mładenow podkreślił, że rząd nie podejmie decyzji o zaangażowaniu finansowym Bułgarii bez uzgodnienia z parlamentem i bez jego zgody na podpisanie zaproponowanego przez Brukselę porozumienia dotyczącego stabilizacji strefy euro. Przypomniał, że Bułgaria, tak jak Czechy i Szwecja, oświadczyła, że nie może podjąć takich decyzji bez zgody parlamentu.

Przywódcy irlandzkiej opozycji wzywają premiera Enda Kenny’ego, aby ogłosił referendum w sprawie nowego paktu – którego wynik prawie na pewno byłby negatywny – a prounijne partie opozycyjne Holandii atakują rząd mniejszościowy premiera Marka Ruttego, za jego zbyt uległe podejście przy negocjowaniu umowy.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Prawie trzy lata po zapaści gospodarki spowodowanej upadkiem trzech dużych banków wydaje się, że Islandia powoli wychodzi na prostą. Czy można wyciągnąć jakieś wnioski z drogi którą przeszedł ten kraj, aby rozwiązać problemy zadłużonych krajów w Europie?

O kryzysie na Islandii pisałem już na swoim blogu, gdy wspominałem o akcji „Icelanders are NOT terrorists” będącej reakcją na blokadę islandzkich kont w UK po tym jak Islandczycy odmówili zwrotu oszczędności obywateli brytyjskich ulokowanych w upadłym islandzkim banku Icesave.

Jak to się zaczęło?

Jeszcze do niedawna wydawało się, że Islandia to istny raj na ziemi. Przeciętny roczny wzrost PKB wynosił 5% i obywatele tego kraju cały czas bogacili się dzięki wolnorynkowym reformom i deregulacji systemu bankowego. Pozwoliło to temu małemu krajowi stać się jednym z sześciu najbogatszych państw OECD.

Trzy największe islandzkie banki - Kaupthing, Landsbanki i Glitnir, przez lata zaciągały pożyczki w jednych krajach, by później inwestować je z zyskiem w drugich (m.in. w Wielkiej Brytanii). W czasach prosperity i taniego pieniądza taka taktyka przynosiła nie małe zyski, dlatego pożyczano na potęgę. Łączny kapitał inwestycyjny trzech największych islandzkich banków wyniósł ponad 100 mld dol. To aż 888 proc. rocznego PKB Islandii, który wynosi tylko 14 mld dol! Gdy cała gospodarka światowa rosła spłata ogromnych długów nie była problemem, ale splot zaczynającego się w 2008 r. kryzysu i nietrafionych inwestycji na rynkach finansowych wpędził Islandczyków w poważne kłopoty.

Jesienią 2008 r. cały dotychczasowy obraz Islandii prysł jak bańka mydlana. Bankierzy stracili na toksycznych długach miliony koron i do akcji ratunkowej wkroczył rząd. Znacjonalizował trzy największe banki na wyspie i przejął nad nimi kontrolę. Zmusił je do jak najszybszej sprzedaży ich zagranicznych aktywów, aby przetransferować zyski do kraju. Wszystko po to, aby wzmocnić spadającą na łeb na szyję koronę, której kurs w pierwszym roku kryzysu osłabił się względem euro aż o 70 proc!

Ze względu na brak możliwości finansowania się na rynku Islandia poprosiła MFW o pomoc. Po negocjacjach ten zgodził się udzielić wsparcia w postaci 6 mld USD pożyczki. W skład kredytującego konsorcjum weszły wtedy MFW, kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Holandia i Polska, która zgodziła się pożyczyć 200 mln USD.

Jak sobie poradzono z kryzysem?

Jedną z inwestycji islandzkiego banku Landsbanki był internetowy Icesave w którym tysiące Brytyjczyków i Holendrów otworzyło konta i trzymało swoje oszczędności. Bank ten oferował dużo wyższe oprocentowanie niż większość brytyjskich instytucji finansowych, więc wiele osób skusiła jego oferta. Jednak po upadłości spółki matki na Islandii, klienci w UK nie mogli wypłacać pieniędzy ze swoich kont. Rozjuszyło to oczywiście Brytyjczyków i Holendrów, którzy zażądali natychmiastowego zwrotu długów.

Islandzki parlament przedstawił ustawę, która miała długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 mld euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. Spowodowało to wybuch niezadowolenia społeczeństwa, które wyszło na ulice i zażądało ogłoszenia referendum w tej sprawie. Sytuacja zrobiła się na prawdę ciężka i prezydent Olafur Grimsson zawetował proponowaną przez parlament ustawę a także ogłosił ogólnonarodowe referendum w tej sprawie. Jego wynik był jednoznaczny i 93% głosujących opowiedziało się za niespłacaniem długu wobec Wlk. Brytanii i Holandii.

W międzyczasie naciskany przez obywateli rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić kto odpowiada za kryzys finansowy i bankructwo banków. Ostatecznie specjalna komisja w liczącym 2 tys. stron raporcie wykazała, że kryzys i jego następstwa mogłyby być mniejsze, gdyby politycy i władze w Reykjaviku zareagowały wcześniej i lepiej, zamiast obarczać się wzajemnie odpowiedzialnością. Na szczycie listy winnych znalazło się siedem osób: były premier Geir Haarde, były szef islandzkiego banku centralnego David Oddsson, były minister finansów, jego kolega z resortu gospodarki, dwaj bankowcy banku centralnego oraz szef nadzoru finansowego.

Z dochodzenia wynika, że już w kwietniu 2008 r. nadzór finansowy informował rząd i bank centralny o niskim stanie kapitału własnego trzech islandzkich banków. Odpowiedzialność za to ponoszą islandzcy bankowcy, a nie błędy w europejskich regulacjach finansowych orzekła komisja.

Islandia przystąpiła do renegocjacji z Wielką Brytanią i Holandią sposobu wypłaty odszkodowań dla klientów upadłych banków. Na początku 2011 r. parlament Islandii zatwierdził porozumienie w tej sprawie, które przewiduje wypłacenie Wielkiej Brytanii i Holandii łącznie 3,8 mld euro tytułem utraconych przez ich obywateli wkładów. Nowa ugoda zapewnia Islandii zmniejszenie obciążeń odsetkowych i dogodniejsze terminy spłat. Władze liczą także na to, że 85 proc. należnej do wypłacenia kwoty sfinansuje z własnych środków islandzki bank Landsbanki, który był właścicielem Icesave.

Jaką naukę na przyszłość można wyciągnąć z islandzkiego kryzysu?

Islandia powoli wychodzi z kryzysu. Kraj notuje dodatni wzrost gospodarczy i wraca na rynki kapitałowe, a koszty kontraktów CDS są kilkukrotnie tańsze, niż podobne ubezpieczenia długu Grecji, Irlandii czy Portugalii. Ponieważ kraj pozwolił upaść swoim bankom, nie musiał zwiększać swojego zadłużenia tylko po to, aby wykupywać ich długi. "Islandia postąpiła bardzo dobrze zapewniając, że jej system płatniczy nadal działał, podczas gdy to wierzyciele a nie podatnicy ponieśli ciężar długów banków" powiedział Bloombergowi laureat Nagrody Nobla w ekonomii Joseph Stiglitz. "Z drugiej strony Irlandia zrobił wszystko źle. To chyba najgorszy model." dodał. Przypomnę, że Irlandia znacjonalizowała banki i przejęła ich długi. Tymczasem Islandia nie tworzyła żadnego specjalnego funduszu, który mógłby wykupić długi banków, ale po prostu pozwoliła im upaść.

Jeżeli członek strefy euro pozwoli upaść swoim bankom, cała strefa może ponieść tego konsekwencje w postaci obniżonego ratingu kredytowego i spadku wartości euro. Dodatkowo zgoda na default oznacza, że (przynajmniej tymczasowo) kredytorzy kraju ponoszą stratę. W przypadku obecnego kryzysu są to w większości niemieckie i francuskie banki. Stąd taka motywacja Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozyego, aby nie dopuścić do niewypłacalności, która uderzy głównie w banki z ich krajów i sprowadzi kłopoty także na Francję i Niemcy. To tłumaczy także, dlaczego na włoskie i greckie długi nie chce się składać Wielka Brytania, której instytucje finansowe nie są tam znacząco zaangażowane.

Co dalej z euro?

Na przykładzie Islandii widać jak na dłoni, że to nie niewyobrażalne wręcz dokręcanie śruby zadłużonym społeczeństwom, ale zapewnienie im odpowiednich warunków i możliwości do spłaty zadłużenia w rozsądnym terminie i na uczciwych warunkach pozwoli im wyjść z kryzysu. Próba wyduszenia z ludzi jak najszybciej, jak największych pieniędzy na pewno nie przyniesie niczego dobrego. Skąd w polskich politykach taka potrzeba dołączenia do zrzutki na wykup obcego długu jakbyśmy naszego mieli za mało? Ja nie rozumiem i nie chcę płacić z własnej kieszeni za greckie czy włoskie długi niemieckim i francuskim bankom!

Argentyna - matka wszystkich bankructw

sobota, 10 grudnia 2011

Nie mamy pieniędzy na szkoły. Czemu mamy się zrzucać na fundusz ratunkowy UE?

Wpis jest tłumaczeniem tekstu opublikowanego na serwisie e24.no po uchwaleniu pierwszego funduszu ratunkowego UE i dotyczy sytuacji na Słowacji.

Jako ostatni z 17 krajów strefy euro, Parlament Słowacji uchwalił w zeszłym tygodniu zgodę na swój wkład do funduszu ratunkowego UE dla krajów z kryzysem zadłużeniem (głównie Grecji). Decyzja o oddaniu 7,7 mld euro zwiększa słowacki dług publiczny o 30 procent. Wśród ludzi jest jednak wielka niechęć do wypłaty pieniędzy. Aby przegłosować w parlamencie stosowną ustawę rząd obiecał podać się do dymisji i rozpisać nowe wybory.

- To szaleństwo. Grecy ukradli wszystko, a teraz chcą pieniędzy od nas?, powiedziała agencji Reuters 31-letnia młoda mama Dana Antasova w komentarzu do głosowania w parlamencie. Słowa Antasovej i innych wściekłych Słowaków obiegły cały świat.

- Grecy nie są problemem. To chciwe niemieckie i francuskie banki są problemem. I one nie chcą stracić ani grosza, mówi Antasova po decyzji Słowacji, która zgodziła się dołożyć do funduszu ratunkowego. Teraz obawia się, że w ten weekend na szczycie Unii Słowacja znów zostanie poproszona o to, aby wyłożyć więcej pieniędzy do wspólnego funduszu.

- Większość ludzi nie chce, abyśmy składali się na ten fundusz i jest zdenerwowana mówi Antasova.

- Wielu Słowaków zarabia 450-550 euro netto miesięcznie i nie akceptuje żadnych wyjaśnień, dlaczego powinni spłacać długi kogoś, kto zarabia trzy do pięciu razy więcej od nich, mówi. Słowacja jest wraz z Estonią jednym z najbiedniejszych krajów strefy euro. Na Słowacji, która zmaga się z 14-procentowym bezrobociem, średnia pensja jest taka sama jak płaca minimalna w Grecji.

- Mówi się nam, że nie ma wystarczających środków na utrzymanie szkół i służby zdrowia. Dlatego ludzie pytają: "Jeśli nie mamy pieniędzy na takie podstawowe usługi, a mamy pieniądze na fundusz ratunkowy?".

Gospodarka Słowacji jest ściśle związana z niemiecką. Wielu Słowaków czuje presję, aby wspierać udział kraju w funduszu ratunkowym, ponieważ obawiają się utraty pracy.

Słowacja była długa doceniana za swoją rygorystyczną politykę gospodarczą. Spełniła ona wymogi UE dot. długu publicznego. W tym samym czasie przeprowadzono także gruntowne reformy.

- Portugalia, Irlandia, Włochy, a nawet Francja i Niemcy nie stosują się do przepisów i ich zadłużenie jest wyższa niż dopuszczalne 60 procent produktu krajowego brutto, mówi Antasova. Jest przekonana, że Słowacja zostanie poproszona o zwiększenie swojego zaangażowania w fundusz ratunkowy UE.

- To co ludzie w UE powinni zrobić, to domagać się referendum. To są pieniądze ludzi i to oni powinni zadecydować, gdyż są tacy, którzy muszą ponieść konsekwencje, mówi Antasova.

O możliwym dalszym rozwoju kryzysu możesz przeczytać także w moim wpisie Co się stanie gdy Grecja ogłosi bankructwo?