Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

Draghi: Koniec europejskiego państwa dobrobytu

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ostrzegł kraje strefy euro, że nie ma ucieczki od trudnych działań oszczędnościowych i że właśnie kończy się europejskie państwo dobrobytu. Jest to jego głos w debacie o tym jak poradzić sobie z fiskalnymi i gospodarczymi kłopotami Europy. W rozmowie z The Wall Street Journal zwrócił uwagę na to, że dotychczasowy model społeczny w Europie, który kładzie nacisk na bezpieczeństwo pracy i zabezpieczenia socjalne nie ma szans na przetrwanie. Jako przykład podał wysokie bezrobocie wśród młodzieży w Hiszpanii, gdzie dochodzi ono do 50 proc. Wezwał do zmiany podejścia i tworzenia nowych miejsc pracy dla młodych ludzi.

"Nie ma szybkich rozwiązań dla problemów Europy", powiedział, dodając, że oczekiwania, że bogate Chiny przyjdą na ratunek są nierealistyczne, a utrzymujące się wstrząsy gospodarcze zmuszą kraje do zmian strukturalnych na rynku pracy oraz w innych aspektach gospodarki, aby powrócić do długofalowego wzrostu.

"Były czasy, gdy [ekonomista] Rudi Dornbusch zwykł mawiać, że Europejczycy są tak bogaci, że mogą sobie pozwolić na płacenie wszystkim za to, że nie pracują. Ale to minęło." powiedział Draghi. "Nie istnieje kompromis między wspieraniem zmian dla podmiotów gospodarczych i fiskalnym zaciskaniem pasa. Wycofywanie się z postawionych wcześniej celów fiskalnych wywołało by natychmiastową reakcję na rynku i wywindowało stopy procentowe jeszcze wyżej."

Komentarz Draghiego wpisuje się w toczącą się obecnie debatę w Europie o tym czy głębsze oszczędności są najlepszą receptą dla krajów stojących w obliczu poważnych recesji i umieszcza go w obozie Angeli Merkel i innych niemieckich urzędników. Jest to tym ważniejsze, że najnowsze prognozy dla Unii Europejskiej są coraz mroczniejsze i wskazują na duże ryzyko recesji w strefie euro. Niektóre rządy, zaczęły opierać się dalszym cięciom wydatków na rzecz podwyżek podatków, choć te mogą tłumić działalność przedsiębiorstw. Zwiększanie podatków konsumpcyjnych może również zwiększyć inflację, co utrudni EBC utrzymywanie niskich stóp procentowych oraz pobudzanie wzrostu.

Draghi z zadowoleniem przyjął względny spokój, który panuje obecnie na europejskich rynkach obligacji w ciągu ostatnich miesięcy. Pozostało jeszcze troche ufności na rynkach, zwłaszcza w walczącej na skraju przepaści południowej Europie, która mimo ogromnego bogactwa kontynentu musiała się już trzy razy zwracać o pomoc do MFW w sprawie pożyczek dla Grecji, Portugalii i Irlandii i wraca ponownie po dodatkową pomoc dla Grecji. Przywódcy strefy euro naciskają także na rynki wschodzące takie jak Chiny o pomoc poprzez zakup obligacji krajów strefy euro lub obligacji wyemitowanych przez fundusz ratunkowy.

"Było mnóstwo rozmów i konsultacji. Słyszę o nich, ale nie widziałem żadnej oficjalnej inwestycji [z Chin] na europejskich rynkach finansowych" powiedział Draghi. Grecja, mimo najnowszego kredytu pomocowego w kwocie 130 mld euro, pozostaje głównym zagrożeniem. Choć Ateny zgodziły się ograniczyć swój dług i zrestrukturyzować gospodarkę, jego przywódcy muszą pokazać, że nadal popierają te działania i wdrożą niezbędne środki.

"Trudno powiedzieć, czy kryzys się skończył", powiedział. Poprarcie dla reform i programów oszczędnościowych będzie testowane w trakcie wyborów, które odbędą się w nadchodzących miesiącach. Grecja i Francja będą miały wybory wiosną tego roku, których zwycięzcy mogą być mniej skłonni do poparcia obecnych uzgodnień.

Wielu europejskich przywódców, na czele z premierem Włoch Mario Monti, chce przesunąć uwagę Europy z cięć wydatków w kierunku stymulowania wzrostu. Premier Monti i premier Hiszpanii Mariano Rajoy wezwali kraje UE do cięższej pracy w kierunku uczynienia gospodarek bardziej konkurencyjnymi, jako sposobu na wspieranie wzrostu i ograniczenie ostrych działań oszczędnościowych. Draghi twierdzi, że surowość oszczędzania, w połączeniu ze zmianami strukturalnymi, jest jedyną opcją dla odnowy gospodarczej. Cięcie wydatków rządowych boli na krótką metę, ale jego negatywne skutki mogą być rekompensowane poprzez potrzebne zmiany strukturalne.

Jego poglądy wspiera także Komisja Europejska, która wydała oświadczenie w którym mówi, że pomimo prognoz recesji w strefie euro w tym roku, rządy "powinny być gotowe do spełnienia celów budżetowych." Ale krytycy zwracają uwagę na to, że skupienie się tylko na surowych cięciach prowadzi do stagnacji w strefy euro, która stanowi około jedną piątą światowej produkcji, co w konsekwencji zagraża globalnemu ożywieniu.

Twierdzenie Draghiego, że uda się zrównoważyć negatywne skutki oszczędności także spotyka się z pewnym sceptycyzmem. Wykorzenienie nieefektywności na rynkach pracy lub cięcia w biurokracji rządowej zmniejszają wzrost w krótkim okresie, bez względu na długoterminowe korzyści, jak zwracają uwagę niektórzy ekonomiści. "On po prostu stara się osłodzić swój przekaz" powiedział Simon Johnson, były główny ekonomista w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. "Wiele z tych reform strukturalnych jest iluzoryczne w najlepszym wypadku na krótką metę ... ale lepsze to niż opowiadanie o strasznych 10 latach, które nadchodzą" powiedział.

Draghi bronił decyzji EBC o osłonie swoich 50 miliardów euro w greckich obligacjach od strat sektora prywatnego w ramach odrębnej umowy pomiędzy Grecją i jej wierzycielami, w ramach której umorzono 107 mld euro zadłużenia. Powiedział, że EBC "jest zdecydowana chronić pieniądze podatników". Prezes Commerzbanku Martin Blessing skrytykował rzekomo dobrowolne umorzenie greckiego długu w stosunku do sektra prywatnego, nazywając je "jako dobrowolne jak spowiedź w czasie hiszpańskiej inkwizycji".

Zdaniem Draghiego po słabym czwartym kwartale, gospodarka strefy euro się stabilizuje. Rządy poczyniły postępy w redukcji deficytu, dzięki czemu gospodarka jest bardziej konkurencyjna. Banki ustabilizowały się, a rynki obligacji znów działają. Portugalia, która zdaniem wielu analityków jest następna w kolejce po Grecji do zwiększenia kredytu ratunkowego nie będzie tego potrzebowała.

Draghi zdobył uznanie ze strony inwestorów w związku z tym jak radzi sobie z kryzysem w ostatnich miesiącach. Obniżył stopy procentowe z powrotem do rekordowych minimów, a w grudniu zalał banki 489 mld euro w tanich trzyletnich pożyczkach. Wszystkie te działania razem wzięte doprowadziły do uspokojenia na rynkach kapitałowych i pomogły sprowadzić w dół rentowności obligacji Włoch i Hiszpanii, krajów postrzeganych jako kluczowe dla zablokowania kryzysu w strefie euro.

Grecki kryzys obnażył jednak wiele słabości strukturalnych euro, które regulowane jest przez wspólną politykę stóp procentowych. Draghi odrzuca jednak krytykę, że Europa nie potrafi poradzić sobie z kryzysem zadłużenia. Ostatnie kroki rządów o stworzeniu wiążących narzędzi do kontroli deficytu są "ważnym osiągnięciem politycznym" i "pierwszy krokiem" w kierunku unii fiskalnej. "Jednym z moich celów jest, abyśmy mieli tak dużo porozumienia w najważniejszych sprawach, jak to możliwe. Musimy robić właściwe rzeczy i musimy je zrobić razem" powiedział Draghi.

niedziela, 22 stycznia 2012

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Wiele osób mówi obecnie o "Planie na rzecz wzrostu", który pomógłby europejskim krajom z basenu Morza Śródziemnego pokonać kryzys. Brzmi to rozsądnie, tylko że w tzw. krajach PIIGS - Portugalia, Irlandia, Italia, Grecja i Hiszpania "planów rozwoju" nigdy nie brakowało. Co jest powodem obecnej zapaści i dlaczego tak trudno jest pokonać ten kryzys? Zachęcam Cię do przeczytania tekstu W. Streecka, który przetłumaczyłem na język polski.

Przystąpienie państw południowych do Unii Europejskiej było również wejściem do największego na świecie obszaru jednolitego rynku. Regionalne programy operacyjne i fundusze strukturalne Unii Europejskiej zostały przygotowane w celu sfinansowania infrastruktury potrzebnej biedniejszym krajom do wykorzystania nowych możliwości rynkowych. Następnie nastało euro, które w połączeniu z wysoką inflacją krajów południa Europy doprowadziło tam do niesamowicie niskich stóp procentowych. Rzeczywiście, łatwo dostępne kredyty przyniosły Portugalii i Hiszpanii rozkwit. Ale pieniądze, które powinny zwiększyć konkurencyjność tych krajów i dać im podstawę dla zrównoważonego wzrostu, zostały skierowane w złym kierunku - zamiast wzmacniać przemysł, stymulowały głównie spekulacje na rynku nieruchomości.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Co poszło nie tak? Dziś dowiadujemy się, że mimo udostępnienia nawet najlepszych warunków makroekonomicznych (niskich stóp procentowych) i hojnych funduszy infrastrukturalnych brakuje tam rodzimej klasy średniej - przedsiębiorców gotowych inwestować w długoterminowy rozwój przemysłu w swoim kraju. Przedsiębiorców, którzy chcieliby powiązać swój los z losem ich ojczyzny, w skrócie, patriotycznych elit gospodarczych. To niezwykle trudne zadanie w świecie, w którym przedsiębiorcy mają globalne alternatywy do inwestowania swoich pieniędzy i energii.

W krajach PIIGS istnieją patriotyczni przedsiębiorcy - na przykład w Katalonii i kraju Basków, w północnych Włoszech. Rzeczywiście okazuje się, że te regiony trzymają się całkiem nieźle w czasie kryzysu. Ale tam gdzie pieniądze znajdują się głównie w rękach rodzin arystokratycznych lub pseudoarystokratycznych (oligarchicznych) górę wziął kryzys. Deregulacja rynków kapitałowych sprzyja tym bogatym rodzinom, które nie chcą brudzić sobie rąk inwestowaniem w kraju, ale robią to na świecie - nieruchomości w Nowym Jorku, statki pływające pod koreańską banderą z karaibską lub chińską załogą lub po prostu zakup obligacji USA.

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

W Grecji nie ma pieniędzy? Wręcz przeciwnie - klany rodzinne Onassis i Niarchos znajdują się wysoko na liście najbogatszych na świecie. Inwestują nie tylko w swoim kraju. Wiarygodne dane potwierdzają, że najbogatsi z krajów PIIGS płacą mniej podatków niż ich odpowiednicy w bogatej Europie północnej. Staje się oczywiste, że wszystkie kraje UE które korzystają z pomocy strukturalnej nie są w stanie opodatkować swoich oligarchów.

Jednocześnie ze względu na transfery środków z Unii zmniejsza się potrzeba zapewnienia skutecznego systemu kontroli. Północna Europa uzupełnia dziury spowodowane przez oszustwa podatkowe i eksport kapitału w Europie Południowej. Dotowana jest niepisana umowa z Południowymi post-faszystowskimi elitami, aby pozostawić je samemu sobie, a nie wywłaszczać na rzecz przedsiębiorczej klasy średniej. Zwłaszcza w Grecji, bogactwo koncentruje się w rękach kilku rodzin.

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Czy to nie idzie zbyt daleko? Weźmy na przykład Włochy - kraj, który jest naprawdę dwoma krajami - północne Włochy są częścią zachodniego serca Europy i grają w tej samej lidze co Bawaria, Austria, Dolina Rodanu. Południowe Włochy są z drugiej strony podobne do Grecji, Portugalii lub dużej części Hiszpanii. To niesamowite, że południowe Włochy razem z północnymi mają wspólną walutę, dostęp do rynków i stóp procentowych, a także otrzymały szerokie wsparcie strukturalne, znacznie większe niż to na które mogły liczyć kraje takie jak Grecja. Nie zostało z tego nic z powodu archaicznej pre-kapitalistycznej struktury społecznej, której nie rusza się z powodów politycznych.

Gorzej - tak długo, jak płyną pieniądze z zewnątrz, Rzym nie musi walczyć z tymi, którzy kierują je do nieproduktywnych sektorów, takich jak np. luksusowa konsumpcja. W rzeczywistości środki pomocowe były wykorzystywane do kupowania poparcia politycznego dla partii rządzących w pogrążonych w stagnacji regionach. Bruksela pozytywnie opiniowała opracowane plany rozwoju, co degenerowało systemy korupcyjne.

Północni Włosi odrzucają dziś kategorycznie kolejne transfery do południowców. Liga Północna mówi nawet o możliwym podziale Włoch, co pozwoliłoby zachować Włochom z północy swoje pieniądze. Jeśli północni Włosi nie chcą płacić za południowych, mimo wszystkich swoich nadziei na to, że ich plany pozwolą wreszcie na wzrost, jak możemy oczekiwać od podatników z Niemiec, Danii czy Holandii aby zgadzali się na ciągłe dofinansowanie południowców?

Przedprzemysłowe struktury władzy południowych Włoch były do przyjęcia, gdy były one finansowane przez UE w ramach pomocy regionalnej z Europy Północnej. Środki te były przez pewien czas niemal wyłącznie do dyspozycji Włoch. Od kiedy pękła bańka kryzysu włoska spójność narodowa jest zagrożona.

Co dalej z euro?

Mamy nauczkę - wzrost gospodarczy nie jest jedynie funkcją makroekonomii, ale także struktury społecznej kraju. Krajom PIIGS nie udało się zaimplementować post-fordowskich struktur społecznych, które pobudzają przedsiębiorczość i innowacyjność. Teraz może być już za późno. Stare bogactwo może ulecieć tak szybko jak nigdy przedtem, a zbyt wiele czasu dla ubogich krajów zajmie nadrobienie zaległości do takich potęg jak Niemcy i Chiny.

Mści się obecnie, że post-faszystowskie demokracje Hiszpanii, Portugalii i Grecji przyjęły socjalistyczną drogę do nowoczesności. Zamiast reformowania kraju i ponownej redystrybucji dodano tylko więcej demokracji. Przypomnienie: We wszystkich tych krajach rozwijały się organizacje i partie komunistyczne. Utrzymanie ich z dala od władzy było kluczowe w procesie integracji krajów południa Europy z Unią Europejską, co z kolei było ambicją Niemców i Francuzów. Ale razem z marginalizacją euro-komunistów utracono także stare elity.

Nadzieją południowców był wariant postępu socjaldemokratycznego - pojednanie klas, liberalna demokracja i społeczna gospodarka rynkowa. Wierzono, że zachęcona integracją europejską powoli urośnie klasa średnia, która unowocześni przedsiębiorstwa i obali stare elity. To nie zadziałało. Kraje południowej Europy, które wzmocniły swoją socjaldemokratyczną ścieżkę muszą teraz płacić rachunek w postaci nowych planów wzrostu bez żadnych efektów w postaci wzrostu.

Autor oryginalnego tekstu, Wolfgang Streeck jest dyrektorem Instytutu Badań Społecznych Maxa Plancka.

piątek, 13 stycznia 2012

Tylko śmieciowa praca dla młodych

Niskie wynagrodzenie, brak wakacji (chyba że przestaniesz pracować) czy emerytury, krótkoterminowe umowy, brak ubezpieczenia zdrowotnego. Młodzi ludzie w Europie Południowej decydują się na pracę na nędznych warunkach pod hasłem "kiepska robota jest lepsze niż brak pracy."

Sylvia wiedziała że będzie ciężko, ale nie aż tak. Z tytułem magistra reklamy 24-latka pracowała przez ponad dwa lata jako stażysta. Teraz zaczęła się zastanawiać czy to się kiedyś skończy. Zarabia 300 euro miesięcznie (ok. 1 350 zł), a robi to samo co jej koledzy zatrudnieni na umowę o pracę. Oznacza to, że zarabia tylko na to, aby móc wyjść z domu, gdyż kupno biletu na autobus i koszty obiadu zjadają większość jej wynagrodzenia. Mimo że międzynarodowa firma dla pracuje mówi dużo o ograniczeniu przepisów pozwalających stosowania umów o pracę bez świadczeń socjalnych (tzw. umów śmieciowych), Sylvia nie będzie narzekać - czuje się szczęśliwa, że w ogóle ma pracę. W Hiszpanii bezrobocie wśród młodzieży pozostaje na poziomie ponad 40 procent.

- Od kiedy byłam mała moi rodzice zachęcali mnie, żebym się uczyła i ukończyła studia to dostanę dobrą pracę. Ale i tak jestem szczęśliwa, że mam jakąkolwiek pracę, mówi Sylvia. Wśród 30 osób z mojej klasy, jestem wśród tych, którzy znaleźli najlepszą pracę. Sylvia nie chce podać swojego nazwiska, bojąc się kłopotów z pracodawcą.

Beznadziejna sytuacja młodych ludzi w Hiszpanii, Włoszech, Grecji i Portugalii jest namacalnym rezultatem kryzysu zadłużenia, który szaleje w Europie. Portugalia miała w ostatnich kilku latach jeszcze większe problemy gospodarcze niż Hiszpania i wielu młodych ludzi walczy o godne warunki w pracy do których mają prawo.

'Umowy niewolnicze' czy jak niektórzy mówią 'umowy śmieciowe', które do tej pory były obecne tylko w turystyce i rolnictwie, są obecnie wykorzystywane we wszystkich sektorach gospodarki. Problemy gospodarcze oznaczają, że wiele firm stara się unikać zatrudnienia osób na stałych umowach o pracę. 25 procent siły roboczej w Hiszpanii i 23 procent w Portugalii jest obecnie zatrudniona na czas określony. 80 procent nowych umów o pracę, które zostały podpisane w ostatniej dekadzie w Hiszpanii były tymczasowe. Dlatego w wielu krajach istnieją właściwie dwa systemy zatrudnienia. Jeden to osoby w średnim wieku, zatrudnione na stabilnych miejscach pracy i dobrych warunkach. Takie umowy są kosztowne i trudno je wypowiedzieć. Z drugiej strony wiele młodych ludzi boryka się z umowami na czas określony i są łatwo wykorzystywani przez cynicznych pracodawców.

Wymagania młodych osób poszukujących pracy się zmieniają. Wcześniej nie chcieli przyjść do pracy za mniej niż 1000 euro, a dziś takie wynagrodzenie jest dla nich jak najbardziej satysfakcjonujące. Ale w czasach oszczędności budżetowych i problemów gospodarczych ucierpiał zarówno sektor publiczny jak i prywatny. Zmieniły się wymagania i praca tymczasowa z 1000 euro miesięcznie bez świadczeń socjalnych nie jest taka zła.

- Wcześniej mówiliśmy o czasownikach jako czymś złym, a teraz jest już czymś pospolitym. Umowa na czas określony do 1000 euro miesięcznie jest w porządku, mówi profesor Jose Maria Martin z Narodowego Uniwersytetu Kształcenia na Odległość w Hiszpanii.

- Hiszpania staje się krajem ludzi, którzy uczą się w szkole do czasu 33 lat i nie mogą przejść na emeryturę, aż do ukończenia 75 lat, mówi przewodniczący związku zawodowego Ignacio Fernandez Toxo.

We Włoszech kryzys ekonomiczny pogorszył się na jesieni i tam także ciężko doświadczył młodych ludzi. Więcej niż jeden na czterech Włochów między 15 a 24 rokiem życia jest bezrobotny. 27-letni Frederico przechodził z jednej pracy tymczasowej do drugiej od kiedy skończył studia historyczne w 2009 roku. Wynagrodzenie 1000 euro miesięcznie staje się dla niego nieosiągalnym marzeniem.

- Byłem dzisiaj na rozmowie o pracę na jednoroczną umowę, ale nie spodobało mi się, bo zaproponowali mi 500 euro miesięcznie i miałbym pracować dziesięć godzin dziennie, mówi Frederico, który nie chce podać swojego nazwiska. Nadal mieszka z rodzicami, bo potrzebuje umowy o pracę aby móc coś wynająć. Ale młodzi ludzie, którzy mieszkają w domu, nie przyczyniają się do wzrostu, nie stymulują rynku mieszkaniowego, a także nie zakładają nowych gospodarstw domowych tworzących wzrost konsumpcji. Dla wielu młodych ludzi w Europie Południowej rok 2011 był trudny. Problem polega na tym, że 2012 może będzie jeszcze gorszy jeśli europejscy politycy nie rozwiążą problemów z zadłużeniem, a na to się nie zanosi.

W Polsce wcale nie jest lepiej, bo mamy najwyższy w Europie odsetek pracowników pracujących na umowach czasowych - aż 27 procent! Jeszcze dziesięć lat temu było ich jedynie 6 proc. W Unii Europejskiej na umowach czasowych zatrudnionych jest średnio 14 proc. Firmy wolą zatrudniać na takie umowy, bo potem łatwiej rozstać się z niepotrzebnymi osobami. W Polsce aż 65 proc. młodych ludzi poniżej trzydziestki pracuje na umowach śmieciowych, a wartość ta rośnie do 84 proc. jeśli weźmiemy pod uwagę tylko osoby do lat 24.

Ale jak już wspomniałem na początku wpisu - lepsza taka praca niż żadna. Sam znam osoby zatrudnione na umowę na czas określony - 10 lat! Właściwie to nie wiedzą jaki jest ich status. Nie dostaną kredytu mieszkaniowego (chociaż zarabiają tak niewiele że nawet na umowie na czas nieokreślony by go nie dostali), nie mogą układać sobie życia. A może czas wreszcie powiedzieć rządzącym, że wmawianie że jest dobrze nam nie wystarcza? I że rozwiązaniem problemu nie jest opodatkowanie umów czasowych jak proponował min. Boni, bo właśnie wysokie podatki są głównym powodem dla którego firmy decydują się zatrudniać ludzi w ten sposób.

Tymczasem pojawiły się nowe dane dot. bezrobocia w Unii Europejskiej. Eurostat podał, że 23.674 miliony ludzi w Unii pozostawało bez pracy w listopadzie 2011, z tego 16.372 milionów w strefie euro. Najniższe bezrobocie zanotowano w Austrii (4.0%), Luksemburgu i Holandii (po 4.9%), a najwyższe w Hiszpanii (22.9%), Grecji (18.8%) i na Litwie (15.3%). W całej Unii Europejskiej bezrobotnych jest 5.579 miliona młodych osób (do 25 roku życia). Najniższa stopa bezrobocia wśród młodych jest w Niemczech (8.1%), Austrii (8.3%) i Holandii (8.6%), a najwyższa w Hiszpanii (49.6%), Grecji (46.6%) i na Słowacji (35.1%)!

Ostatnie dane dla Polski znalazłem za rok 2010 i już wtedy w naszym kraju 28% młodych ludzi nie miało pracy! Ministerstwo Pracy szacuje, że stopa bezrobocia w Polsce w grudniu 2011 wyniosła 12.5% (wzrost o 0.4% w stosunku do listopada), a liczba bezrobotnych wyniosła 1 mln 983 tys. osób. Nie pozostaje nic innego jak tylko podziękować za podwyżkę składki zdrowotnej, która na pewno zachęci więcej firm do tworzenia miejsc pracy w Polsce. Dziękujemy Panie Premierze!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Wszyscy pytają co dalej z euro? Tak jak głosi tytuł wpisu europejskie państwa potrzebują miliardów! I nie chodzi mi tylko o zadłużone po uszy kraje południa Europy i coraz wyższe kwoty o których co chwilę słyszysz, że tylko one mogą pozwolić je uratować. Chodzi mi o wszystkie kraje europejskie, które żyją w stanie permanentnego deficytu budżetowego i muszą co roku emitować nowe obligacje, aby sfinansować swoją działalność. Ile pieniędzy potrzebują kraje strefy euro w 2012?

1. Włochy - Kraj Mario Montiego musi w 2012 roku zrolować dług w wysokości 307 miliardów euro, który pojawi się w postaci przedstawianych do wykupu obligacjach rządowych. To 19,3% PKB Włoch za 2011r. W 2013 r. będzie to kolejne 154.6 mld euro do wykupu.

2. Niemcy - W 2012 Niemcy muszą znaleźć nabywców na 273 miliardów euro, i jest to drugie największe do obsłużenia zadłużenie. Wynosi ono 10,6% PKB przewidywanego na rok 2011. W 2013 r. kanclerz Angela Merkel będzie musiała pozyskać nowe 186 mld euro.

3. Francja - Sama Francja ma 240 miliardów euro długu w obligacjach, które musi wykupić w 2012 roku, co stanowi 12% jej PKB w 2011 r. 2013 r. przyniesie dodatkowe 125,3 miliardów euro do wykupu.

4. Hiszpania - Pod rosnącą presją ze strony rynków finansowych, kraj ten musi pozyskać 132,2 miliardów euro w 2012 roku na spłatę obligacji rządowych. Stanowił to 12,2% PKB przewidywanego na rok 2011. 2013 r. dług do wykupu będzie mniejszy - 82,8 mld euro.

5. Belgia - kraj w którym nie było rządu przez ponad 500 dni po wyborach parlamentarnych w 2010 roku. W 2012 roku musi obsłużyć 56,6 miliardów euro zapadającego zadłużenia. Jest to 15% PKB za 2011 rok. W następnym roku będzie to 30 mld euro.

6. Holandia - Premier Holandii Mark Rutte w 2012 r. musi wykupić obligacje na łączną kwotę 55,6 miliardów euro, czyli 9,2% PKB tego kraju za 2011. W 2013 do wykupu jest kolejne 31 mld euro.

7. Grecja - W dniu 11 listopada 2011 r. Lucas Papademos, były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, został zaprzysiężony jako nowy premier Grecji. Jego kraj bardzo zadłużony kraj będzie musiał znaleźć 43,3 miliardów euro na spłatę długów wymagalnych w 2012 r. Jest to solidne 19,6% greckiego PKB na 2011 rok. W następnym roku będzie trzeba pozyskać 27,8 mld €.

8. Portugalia - Od czerwca 2011 nowym premierem Portugalii jest Passos Coelho. Jego kraj będzie musiał spłacić 22,2 miliardów euro w 2012 roku, które wynoszą 12% PKB. W 2013 do pozyskania 10,8 mld euro.

9. Austria - Ten mały alpejski kraj rządzony przez kanclerza Wernera Faymanna musi zapewnić 18 mld euro na spłatę obligacji w 2012 roku, co stanowi 6% PKB. 2013 r. to konieczność spłaty kolejnych 17,5 mld euro.

10. Finlandia - kraj ten będzie musiał refinansować 14,8 miliardów euro w roku 2012. To 7,7% fińskiego PKB. W następnym roku do spłaty będzie znacznie mniej, bo 6,3 mld €. Finlandia niedawno zażądała zastawu od Grecji za swój udział w europejskim pakiecie ratunkowym.

11. Irlandia - Premiera Irlandii Enda Kennyego, który urzęduje od marca 2011 roku, będzie musiał spłacić 5,6 miliardów euro obligacji, które zapadają w 2012 r. To 3,6% PKB za rok 2011 - nie wiele w porównaniu do innych krajów. W następnym roku do spłaty będzie ponownie 6,1 mld euro.

12. Słowacja - Słowacja ma do spłaty w 2012 roku obligacje na kwotę 4.8 miliarda euro, a w 2013 kolejne 3,7 mld euro. Obligacje, które trzeba będzie wykupić w 2012 r. odpowiadają ok. 7.5% PKB za 2011.

Podsumowując powyższe dwanaście największych krajów strefy euro musi pożyczyć w 2012 r. 1 173.1 mld euro (1.2 biliona euro!). Piszę musi pożyczyć, bo przecież nie da się obecnie sfinansować wykupu tych obligacji w żaden inny sposób, one po prostu muszą być zrolowane.

A co u nas? W 2012 Polska musi wykupić obligacje za 103,3 miliardy złotych (ok. 23 mld euro) co stanowi ok 7,3% PKB. To na prawdę nie mała kwota i może być niezwykle ciężko pozyskać ją na rynku. Szczególnie że nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru do lokowania kapitału w długu. Pierwszy duży wykup już 25. stycznia - minister finansów musi pozyskać na rynku wtedy ok. 22.5 mld złotych. Zapowiada się ciekawy rok przed nami!

czwartek, 29 grudnia 2011

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Włochy to chory człowiek Europy - jak powiedział sam Silvio Berlusconi. Jego następnca, Mario Monti, ma przed sobą trudny okres. Nowy rząd musi niezwłocznie zająć się wieloma problemami gospodarczymi.

Co dalej z euro?

Osłabienie wzrostu gospodarczego jest największą negatywną spuścizną po Silvio Berlusconim. Wychodzą teraz na wierzch wszystkie braki i błędy ostatnich lat. Od 2002, pierwszego pełnego roku w którym Berlusconi sprawował władzę gospodarka Włoch rosła z roku na rok wolniej niż średnia dla strefy euro lub państw G7 - grupy najbardziej uprzemysłowionych.

Włochy współdzieliły swój los z Niemcami aż do 2005 r., ale potem Niemcy zabrali się do reform nazywanych "Agenda 2010". We Włoszech także próbowano niezbędnych reform strukturalnych, ale szybko się z nich wycofano. Kraj pilnie potrzebował odbiurokratyzowania, złagodzenia polityki zatrudnienia (szczególnie ułatwienia zwolnień) i prywatyzacji firm, które nadal są w rękach państwa, wyjaśnia włoski ekonomista Alberto Alesina.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Gdy Włochy przystąpiły w 1999 r. jako członek-założyciel do Europejskiej Unii Walutowej, pozycja ich gospodarki i przemysłu nie była gorsza od niemieckiej. Ale podczas gdy Niemcy uchwaliły trudne reformy i zwiększały konkurencyjność poprzez ograniczenie wynagrodzeń i reformy strukturalne, Włochy poszły drogą innych południowych europejczyków i wykorzystały niskie stopy procentowe do wzrostu swojej konsumpcji. Doprowadziło to do wzrostu deficytu rachunku obrotów bieżących. Obecnie kraj ten importuje głównie surowce i energię, ale także środki transportu, chemię, włókna syntetyczne i elektronikę.

1. Ostry podział na północ-południe

Podstawowym problemem włoskiej gospodarki jest ogromna przepaść pomiędzy uprzemysłowioną północą kraju, która jest jednym z najbogatszych regionów w Europie, i biednym rolniczym południem nękanym przez mafię. Oba regiony po dziesięcioleciach transferów finansowych nadal nie są połączone w jeden organizm.

Berlusconi współrządził z separatystyczną Ligą Północną, która doszła do władzy wykorzystując niezadowolenie w północnych Włoszech na transfery dla biednego południa. W związku z tym niewiele zrobiono, aby rozwiązać podziały pomiędzy północą i południem. PKB na mieszkańca w najbogatszym regionie Lombardia w 2003 był ponad dwukrotnie wyższy niż w najbiedniejszym regionie Kalabria. Pięć lat później wszystko wciąż wyglądało tak samo. W żadnym innym kraju Europy Zachodniej regionalne różnice w zakresie stopy bezrobocia i dochodu na mieszkańca nie są tak duże jak we Włoszech.

Siła nabywcza wszystkich Włochów wynosi prawie miliard euro - w Europie wyższa jest jedynie w Niemczech i Francji. Ale średnia 16 333 € per capita w parytecie siły nabywczej, zgodnie z badaniami instytutu GfK ukrywa ogromne różnice regionalne. Tak więc Mediolańczycy mają dwa razy tyle pieniędzy co w Neapolu. Siła nabywcza na południu jest o jedną czwartą niższa niż na północy. Siedem z dziesięciu najbiedniejszych gmin w kraju leży w prowincji Neapol. Rząd Berlusconiego nie zrobił nic, aby rozwiązać te problemy i pozostawił je swojemu następcy.

2. Spadek konkurencyjności

Włochy przestały być rywalem dla niemieckiego przemysłu na światowych rynkach. Stało się tak z dwóch powodów: Po pierwsze, utracono przewagę konkurencyjną z powodu rosnących kosztów. Po drugie, włoskie firmy nawet silniejsze niż niemieckie na rynkach w Europie i Ameryce Północnej są silnie skoncentrowane a tym samym bardziej narażone na skutki kryzysu finansowego.

Brak reform strukturalnych i hojna polityka płacowa oznaczała, że produkcja we Włoszech w ostatniej dekadzie stawała się coraz bardziej kosztowna. Jednostkowe koszty pracy wzrosły we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat o ponad jedną czwartą, podczas gdy w Niemczech tylko około o pięć procent. Wyrównanie tego braku konkurencyjności kosztowej wewnątrz unii walutowej będzie bolesne i portwa wiele lat.

Nowe rynki gospodarek wschodzących zostały przez Włochów zaniedbane. I to nie tylko dlatego, że jak otwarcie narzekają przedstawiciele przedsiębiorców, Berlusconi znacząco słabiej w stosunku do innych szefów rządów wykorzystywał swoje wyjazdy zagraniczne w celu rozwoju nowych rynków eksportowych.

Włochy są jednym z głównych eksporterów w UE i konkurują przede wszystkim w inżynierii mechanicznej z Niemcami. 57 procent eksportu wysyłane jest do krajów europejskich. Chiny zajmują dopiero dziewiąte miejsce na włoskiej liście eksportowej, a kraj rozwijający się taki jak Polska dziesiąte. Niemcy są dużo dalej: ponad połowa ich eksportu wysyłana jest do klientów spoza UE, a Chiny są siódmym kierunkiem eksportowym. Włochy opierają się głównie na Bliskim i Dalekim Wschodzie.

3. Niewydolny system opieki społecznej

Przed wyborami w 2008 roku Silvio Berlusconi obiecał wiele reform - w tym systemu emerytalnego, który wymaga gruntownych zmian. Nic jednak w tej sprawie nie zrobił.

Wiek emerytalny w Niemczech stopniowo podnoszony jest do 67 lat, podczas gdy we Włoszech się to nie udało. Kraj ten nie może pozwolić sobie jednak na kosztowny system emerytalny, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa. Nigdzie w Europie nie przypada tak mało dzieci na kobietę jak w kraju Berlusconiego: średnia wynosi 1,3. Ma to swoje konsekwencje: Następne pokolenie będzie musiało ponosić koszty swoich świadczeń emerytalnych w dużym stopniu samodzielnie.

Szczególnie koalicjant Berlusconiego - Liga Północna silnie opierała się reformie systemu emerytalnego. Partia Umberto Bossiego jest głosem pracowników z północnych Włoszech. Wielu z nich zaczęło pracować w wieku 16 lat. Przejście na emeryturę w wieku 67 lat wydaje się dla nich nierealne.

W liście do UE Berlusconi obiecał przeprowadzić reformę emerytalną i podnieść wiek emerytalny do 67 lat. Ponadto prawo pracy ma stać się wkrótce łatwiejsze i bardziej elastyczne. Berlusconi obiecał także zmniejszenie ochrony pracowników przed zwolnieniem. Celem jest motywowanie przedsiębiorstw do zatrudniania nowych pracowników. We Włoszech zwłaszcza młodzi ludzie pracują na kontraktach terminowych (tzw. umowach śmieciowych), a starsi są prawie nieusuwalni ze stanowiska.

4. Niskie nakłady na badania i rozwój

Jedną z największych słabości konkurencyjnych Włoch w porównaniu z innymi krajami są niskie nakłady na badania i rozwój. Śródziemnomorski kraj wydaje tylko 1,3 procent produktu krajowego brutto na ten cel. To mniej niż połowa tego co zapewniają kraje takie jak Niemcy czy Dania.

W wyniku braku inwestycji nikła jest liczba zgłoszeń patentowych. Według Europejskiego Urzędu Patentowego we Włoszech w zeszłym roku zarejestrowano tylko 2 000 patentów. Z drugiej strony Niemcy zgłosili ich ponad 12 000.

We Włoszech nie tylko nakłady na badania rządowe są znacznie niższe niż gdzie indziej. Jest także mniej firm badawczych. Tylko około połowa pieniędzy na badania pochodzi z przemysłu. W Niemczech odsetek ten jest o prawie dwie trzecie wyższy. Rozbieżności są również związane z tym, że we Włoszech istnieje tylko kilka dużych firm, a wielu małych i średnich przedsiębiorstw nie stać na utrzymywanie kosztownych działów rozwoju. Tym bardziej są one zależne od badań publicznych. Ponadto potrzebne jest wzmocnienie współpracy z uniwersytetami, tak jak to miało miejsce w kilku przypadkach na północy kraju.

Przewodnicząca potężnego stowarzyszenia przemysłowego Confindustria, Emma Marcegaglia wzywa rząd do zwiększenia rządowych funduszy na badania i rozwój i wyraźnie wskazuje Niemcy jako model. Marcegaglia wzywa również do podobnych interakcji między przedsiębiorstwami i uniwersytetami jak w Niemczech.

5. Zadłużenie państwa na rekordowym poziomie

Gdy Silvio Berlusconi został premierem w 2001 roku odziedziczył kraj w całkiem niezłym stanie. Kierując się pragnieniem, aby być wśród członków-założycieli Europejskiej Unii Monetarnej, jego poprzednicy prowadzili umiarkowaną politykę konsolidacji: zadłużenie państwa, które dziś wynosi ponad 120 procent PKB było w okolicy 100 procent. Berlusconi - sam będąc przedsiębiorcą - także miał trochę ambicji, ale mimo obietnic dalszej redukcji długu w kierunku wymaganych 60 procent, które złożył w czasie przystąpienia kraju do strefy euro, po 2004 r. dług publiczny nadal rósł niebezpiecznie.

Za wzrost do 120 procent odpowiedzialny jest gwałtowny wzrost deficytu budżetowego. Tylko dwa razy od 2001 r. deficyt Włoch pozostawał poniżej poziomu trzech procent PKB - w latach w których rządził Romano Prodi.

Podobne jak w pogrążonej w kryzysie Grecji, we Włoszech również wysoki jest poziom szarej strefy, a oszustwa podatkowe są ogromnym problemem. Ekonomiści oceniają szarą strefę na 15 do 25 procent PKB. Ale Berlusconi nigdy nie odważył się zacząć zwalczać oszustwa podatkowe. Co więcej, publicznie wyrażał dla nich zrozumienie. W trzech amnestiach dla oszustów podatkowych odzyskał kilka miliardów euro, ale dzięki temu wzrosły tylko zachęty do ukrywania dochodów (zawsze można je będzie ujawnić w czasie amnestii gdy zacznie się nam palić grunt pod nogami).

6. Powszechna korupcja

Szerząca się korupcja jest poważnym problemem we Włoszech. Rząd Silvio Berlusconiego tylko obserwował jak problem ten się nasila. Według organizacji Transparency International Włochy znajdowały się na liście najmniej skorumpowanych krajów na 29. miejscu w 2001 r. i spadły na 67. miejsce w 2010 roku. Dla porównania Niemcy w tym samym okresie awansowały z 20. na 15. miejsce.

Na każdym kroku włoska gospodarka cierpi z powodu wysokich barier administracyjnych. Problem pogarsza fakt, że przedstawiciele jej organów ciągle wstrzymują rozwój przedsiębiorstw - pozwolenia na budowę, przyłączenie do sieci drogowej lub elektrycznej - wszystko trwa nieskończenie długo. Często miesza się to z przestępczością zorganizowaną.

Korupcja sprawia, że firma funkcjonują w stanie ogólnej niepewności. W żadnym innym kraju nowe ustawy i ramy prawne nie zmieniają się tak często jak we Włoszech. Ponadto każdy, kto kładzie nacisk na jego prawa i idzie do sądu musi liczyć się, że postępowanie będzie się ciągnęło latami.

Berlusconi chwali się swoją reformą wymiaru sprawiedliwości, która nakłada maksymalny czas trwania procesów oraz skraca ścieżkę sądową. To co pomija to że reforma dotyczy tylko prawa karnego. Dla firm przyspieszenie w sprawach cywilnych byłby znacznie bardziej istotne. To pokazuje, że wzrost korupcji i brak bezpieczeństwa prawnego straszy nie tylko włoskich inwestorów, ale również zagranicznych.

7. Utrata dobrego wizerunku

Nie tylko wyniki gospodarcze Włoch ucierpiały pod rządami Silvio Berlusconiego. Spowodowane jest to konfliktami interesów i licznymi ekscesami seksualnymi premiera. Włoscy eksporterzy skarżą się coraz bardziej, że podczas pobytu za granicą muszą spotykać się z uwagami o "Bunga Bunga" i przepraszać swoich partnerów biznesowy jakby byli z republiki bananowej.

To niezwykle złe dla biznesu, zwłaszcza dla tych przedsiębiorstw które opierają się na pozytywnej niegdyś marce "Made in Italy". Są to głównie firmy odzieżowe i producenci żywności, którzy nie sprzedają tylko wysokiej jakości materiały i smaki, ale także styl życia kraju z którego pochodzą. Nie na darmo jednym z najgłośniejszych krytyków rządu jest założyciel i szef marki butów Tod - Diego della Valle.

Głośne narzekania słychać także z innych branż gdzie menedżerowie włoskich firm w Chinach i Brazylii są coraz bardziej zobowiązani do uzasadniania zachowania Berlusconiego. Prezes Stowarzyszenia Przemysłu Confindustria, Emma Marcegaglia powiedziała ostatnio: "Jesteśmy zmęczeni byciem międzynarodowym pośmiewiskiem".

Wpis na podstawie artykułu.

piątek, 16 grudnia 2011

Portugalczycy: Mamy finansową bombę atomową i nie zawachamy się jej użyć

Pisałem już o tym jak Słowacy pytali czemu mają płacić za długi Grecji, skoro nie stać ich na szkoły. Dziś wpis z drugiej strony - z pogrążonej w kryzysie Portugalii. Tekst pochodzi ze strony e24.no. Przyznaję że chętnie przeczytałbym teraz opinię tych chciwych niemieckich banków...

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

- Mamy finansową bombę atomową i możemy jej użyć przeciwko Niemcom i Francji - możemy odmówić zapłaty, mówi Pedro Nuno Santos wiceprzewodniczący największej opozycyjnej partii w portugalskim parlamencie - Partii Socjalistycznej.

- Dług jest naszą jedyną bronią i musimy ją wykorzystać, aby wymusić lepsze warunki. Recesja sprawia, że nie osiągniemy tego, co wymaga od nas 'troika'(UE, MFW, EBC). Musimy sprawić, aby dużym niemieckim bankom zadrżały kolana, powiedział Santos podczas protestu w czwartek wieczorem. Uważa on, że Portugalia, Włochy, Hiszpania i Grecja mogą być odgórnie sterowaney przez Francję i Niemcy, które stały się sobie bliskie w związku z kryzysem finansowym, a ostatnio w związku z piątkowym szczytem UE.

- To niepojęte, że kraje południa Europy nie robią tego samego co Niemcy i Francja. Oni byli zjednoczeni, powiedział Santos brytyjskiej gazecie 'The Telegraph'.

W czwartkowy wieczór odbył się kolejny protest przeciwko trudnym cięciom, które zaproponował rząd, aby przezwyciężyć deficyt. Przez ostatnie dwa lata Portugalia zmagała się z deficytem budżetowym w wysokości 10 procent produktu krajowego brutto, co spowodowało że zadłużenie państwa wzrosło ponad 100 procent PKB. Socjaldemokratyczny rząd kierowany przez Pedro Manuela Coelho, ma zamiar wprowadzić cięcia budżetowe w celu zmniejszenia deficytu do 3 procent PKB, jak uzgodniono w warunkach udzielonej Portugalii w kwietniu pożyczki 78 mld euro z UE i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wśród proponowanych zmian jest zmniejszenie wynagrodzenia pracowników publicznych przez między 8 a 16 procent w zależności od wysokości płacy. Ponadto wydłużono tydzień pracy do 42 godzin.

Poniżej treść zarysów nowego traktatu UE. Wyciekła w Wielkiej Brytanii po tym jak Francuzi zaczęli atakować brytyjską gospodarkę :-)

- Powinni zacząć obniżki od Wielkiej Brytanii, która ma większy deficyt, podobne zadłużenie i niższy wzrost niż my powiedział Christian Noyer, szef francuskiego banku centralnego. Francja jest jednym z 15 krajów, które agencja ratingowa Standard & Poor ostrzegła, że może obniżyć ich rating, ale teraz Francuzi próbują odwrócić jej uwagę na północ. Sam możesz porównać wyniki gospodarek Wlk. Brytanii i Francji.
New Treaty

środa, 14 grudnia 2011

Czechy Estonia i Bułgaria otwarcie - Nie będziemy płacić za długi strefy euro!

W nawiązaniu do wpisów na moim blogu dot. obecnego kryzysu zadłużenia w strefie euro - Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy? oraz Nie mamy pieniędzy na szkoły. Czemu mamy się zrzucać na fundusz ratunkowy UE? - mam dla Ciebie dodatkowe informacje. Czechy Estonia i Bułgaria powiedziały już otwarcie - Nie będziemy płacić za długi strefy euro! Z utęsknieniem czekam na taką samą odpowiedź z Warszawy.

Minister Finansów Estonii powiedział, że jego kraj nie weźmie udziału w pomocy w wysokości 200 mld euro (265 mld USD), którą inne kraje Unii Europejskiej za pośrednictwem Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) mają przekazać w celu ratowania strefy euro. Estonia nie uczestniczyła także w poprzedniej akcji ratunkowej MFW w 2009 roku.

Republika Czeska nie powinna przekazywać żadnych pieniędzy dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) w celu pomocy najbardziej zadłużonym krajom strefy euro - Powiedział prezydent Vaclav Klaus. Klaus powiedział także, że taki krok byłby bardzo nieodpowiedzialny w sytuacji, gdy sama ​​Republika Czeska nie może poradzić sobie z własnymi długami.
Republika Czeska sama żyje z deficytem, którego jak widać, nie jest w stanie wyeliminować. W takiej sytuacji byłoby nieodpowiedzialnym zwiększanie naszego zadłużenia poprzez udzielanie dodatkowych pożyczek dla bardzo zadłużonych krajów, które pozwalają jedynie na dalsze odroczenie realnych rozwiązań - powiedział Klaus.
Czechy miały zapewnić 3,5 mld euro w całkowitym planie wynoszącym 200 mld euro.

Bułgaria nie będzie uczestniczyć finansowo w planie ratowania euro i nie zgadza się na ujednolicenie podatków - powiedział w parlamencie bułgarskim minister spraw zagranicznych tego kraju Nikołaj Mładenow.
Bułgaria nie jest stroną umowy o europejskim mechanizmie stabilności. Nie podejmowała ona zobowiązań o dobrowolnym wkładzie finansowym w ten mechanizm. Bułgaria nie ma obowiązku i nie zamierza przekazywać MFW dodatkowych środków finansowych - powiedział Mładenow, dodając, że kraj nie dopuści do dostosowania podatków do poziomu ogólnoeuropejskiego.
To nie Bułgaria spowodowała kryzys eurostrefy, nie będzie również krajem, który ją z tego wyciągnie - stwierdził. Mładenow podkreślił, że rząd nie podejmie decyzji o zaangażowaniu finansowym Bułgarii bez uzgodnienia z parlamentem i bez jego zgody na podpisanie zaproponowanego przez Brukselę porozumienia dotyczącego stabilizacji strefy euro. Przypomniał, że Bułgaria, tak jak Czechy i Szwecja, oświadczyła, że nie może podjąć takich decyzji bez zgody parlamentu.

Przywódcy irlandzkiej opozycji wzywają premiera Enda Kenny’ego, aby ogłosił referendum w sprawie nowego paktu – którego wynik prawie na pewno byłby negatywny – a prounijne partie opozycyjne Holandii atakują rząd mniejszościowy premiera Marka Ruttego, za jego zbyt uległe podejście przy negocjowaniu umowy.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Prawie trzy lata po zapaści gospodarki spowodowanej upadkiem trzech dużych banków wydaje się, że Islandia powoli wychodzi na prostą. Czy można wyciągnąć jakieś wnioski z drogi którą przeszedł ten kraj, aby rozwiązać problemy zadłużonych krajów w Europie?

O kryzysie na Islandii pisałem już na swoim blogu, gdy wspominałem o akcji „Icelanders are NOT terrorists” będącej reakcją na blokadę islandzkich kont w UK po tym jak Islandczycy odmówili zwrotu oszczędności obywateli brytyjskich ulokowanych w upadłym islandzkim banku Icesave.

Jak to się zaczęło?

Jeszcze do niedawna wydawało się, że Islandia to istny raj na ziemi. Przeciętny roczny wzrost PKB wynosił 5% i obywatele tego kraju cały czas bogacili się dzięki wolnorynkowym reformom i deregulacji systemu bankowego. Pozwoliło to temu małemu krajowi stać się jednym z sześciu najbogatszych państw OECD.

Trzy największe islandzkie banki - Kaupthing, Landsbanki i Glitnir, przez lata zaciągały pożyczki w jednych krajach, by później inwestować je z zyskiem w drugich (m.in. w Wielkiej Brytanii). W czasach prosperity i taniego pieniądza taka taktyka przynosiła nie małe zyski, dlatego pożyczano na potęgę. Łączny kapitał inwestycyjny trzech największych islandzkich banków wyniósł ponad 100 mld dol. To aż 888 proc. rocznego PKB Islandii, który wynosi tylko 14 mld dol! Gdy cała gospodarka światowa rosła spłata ogromnych długów nie była problemem, ale splot zaczynającego się w 2008 r. kryzysu i nietrafionych inwestycji na rynkach finansowych wpędził Islandczyków w poważne kłopoty.

Jesienią 2008 r. cały dotychczasowy obraz Islandii prysł jak bańka mydlana. Bankierzy stracili na toksycznych długach miliony koron i do akcji ratunkowej wkroczył rząd. Znacjonalizował trzy największe banki na wyspie i przejął nad nimi kontrolę. Zmusił je do jak najszybszej sprzedaży ich zagranicznych aktywów, aby przetransferować zyski do kraju. Wszystko po to, aby wzmocnić spadającą na łeb na szyję koronę, której kurs w pierwszym roku kryzysu osłabił się względem euro aż o 70 proc!

Ze względu na brak możliwości finansowania się na rynku Islandia poprosiła MFW o pomoc. Po negocjacjach ten zgodził się udzielić wsparcia w postaci 6 mld USD pożyczki. W skład kredytującego konsorcjum weszły wtedy MFW, kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Holandia i Polska, która zgodziła się pożyczyć 200 mln USD.

Jak sobie poradzono z kryzysem?

Jedną z inwestycji islandzkiego banku Landsbanki był internetowy Icesave w którym tysiące Brytyjczyków i Holendrów otworzyło konta i trzymało swoje oszczędności. Bank ten oferował dużo wyższe oprocentowanie niż większość brytyjskich instytucji finansowych, więc wiele osób skusiła jego oferta. Jednak po upadłości spółki matki na Islandii, klienci w UK nie mogli wypłacać pieniędzy ze swoich kont. Rozjuszyło to oczywiście Brytyjczyków i Holendrów, którzy zażądali natychmiastowego zwrotu długów.

Islandzki parlament przedstawił ustawę, która miała długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 mld euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. Spowodowało to wybuch niezadowolenia społeczeństwa, które wyszło na ulice i zażądało ogłoszenia referendum w tej sprawie. Sytuacja zrobiła się na prawdę ciężka i prezydent Olafur Grimsson zawetował proponowaną przez parlament ustawę a także ogłosił ogólnonarodowe referendum w tej sprawie. Jego wynik był jednoznaczny i 93% głosujących opowiedziało się za niespłacaniem długu wobec Wlk. Brytanii i Holandii.

W międzyczasie naciskany przez obywateli rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić kto odpowiada za kryzys finansowy i bankructwo banków. Ostatecznie specjalna komisja w liczącym 2 tys. stron raporcie wykazała, że kryzys i jego następstwa mogłyby być mniejsze, gdyby politycy i władze w Reykjaviku zareagowały wcześniej i lepiej, zamiast obarczać się wzajemnie odpowiedzialnością. Na szczycie listy winnych znalazło się siedem osób: były premier Geir Haarde, były szef islandzkiego banku centralnego David Oddsson, były minister finansów, jego kolega z resortu gospodarki, dwaj bankowcy banku centralnego oraz szef nadzoru finansowego.

Z dochodzenia wynika, że już w kwietniu 2008 r. nadzór finansowy informował rząd i bank centralny o niskim stanie kapitału własnego trzech islandzkich banków. Odpowiedzialność za to ponoszą islandzcy bankowcy, a nie błędy w europejskich regulacjach finansowych orzekła komisja.

Islandia przystąpiła do renegocjacji z Wielką Brytanią i Holandią sposobu wypłaty odszkodowań dla klientów upadłych banków. Na początku 2011 r. parlament Islandii zatwierdził porozumienie w tej sprawie, które przewiduje wypłacenie Wielkiej Brytanii i Holandii łącznie 3,8 mld euro tytułem utraconych przez ich obywateli wkładów. Nowa ugoda zapewnia Islandii zmniejszenie obciążeń odsetkowych i dogodniejsze terminy spłat. Władze liczą także na to, że 85 proc. należnej do wypłacenia kwoty sfinansuje z własnych środków islandzki bank Landsbanki, który był właścicielem Icesave.

Jaką naukę na przyszłość można wyciągnąć z islandzkiego kryzysu?

Islandia powoli wychodzi z kryzysu. Kraj notuje dodatni wzrost gospodarczy i wraca na rynki kapitałowe, a koszty kontraktów CDS są kilkukrotnie tańsze, niż podobne ubezpieczenia długu Grecji, Irlandii czy Portugalii. Ponieważ kraj pozwolił upaść swoim bankom, nie musiał zwiększać swojego zadłużenia tylko po to, aby wykupywać ich długi. "Islandia postąpiła bardzo dobrze zapewniając, że jej system płatniczy nadal działał, podczas gdy to wierzyciele a nie podatnicy ponieśli ciężar długów banków" powiedział Bloombergowi laureat Nagrody Nobla w ekonomii Joseph Stiglitz. "Z drugiej strony Irlandia zrobił wszystko źle. To chyba najgorszy model." dodał. Przypomnę, że Irlandia znacjonalizowała banki i przejęła ich długi. Tymczasem Islandia nie tworzyła żadnego specjalnego funduszu, który mógłby wykupić długi banków, ale po prostu pozwoliła im upaść.

Jeżeli członek strefy euro pozwoli upaść swoim bankom, cała strefa może ponieść tego konsekwencje w postaci obniżonego ratingu kredytowego i spadku wartości euro. Dodatkowo zgoda na default oznacza, że (przynajmniej tymczasowo) kredytorzy kraju ponoszą stratę. W przypadku obecnego kryzysu są to w większości niemieckie i francuskie banki. Stąd taka motywacja Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozyego, aby nie dopuścić do niewypłacalności, która uderzy głównie w banki z ich krajów i sprowadzi kłopoty także na Francję i Niemcy. To tłumaczy także, dlaczego na włoskie i greckie długi nie chce się składać Wielka Brytania, której instytucje finansowe nie są tam znacząco zaangażowane.

Co dalej z euro?

Na przykładzie Islandii widać jak na dłoni, że to nie niewyobrażalne wręcz dokręcanie śruby zadłużonym społeczeństwom, ale zapewnienie im odpowiednich warunków i możliwości do spłaty zadłużenia w rozsądnym terminie i na uczciwych warunkach pozwoli im wyjść z kryzysu. Próba wyduszenia z ludzi jak najszybciej, jak największych pieniędzy na pewno nie przyniesie niczego dobrego. Skąd w polskich politykach taka potrzeba dołączenia do zrzutki na wykup obcego długu jakbyśmy naszego mieli za mało? Ja nie rozumiem i nie chcę płacić z własnej kieszeni za greckie czy włoskie długi niemieckim i francuskim bankom!

Argentyna - matka wszystkich bankructw

sobota, 10 grudnia 2011

Nie mamy pieniędzy na szkoły. Czemu mamy się zrzucać na fundusz ratunkowy UE?

Wpis jest tłumaczeniem tekstu opublikowanego na serwisie e24.no po uchwaleniu pierwszego funduszu ratunkowego UE i dotyczy sytuacji na Słowacji.

Jako ostatni z 17 krajów strefy euro, Parlament Słowacji uchwalił w zeszłym tygodniu zgodę na swój wkład do funduszu ratunkowego UE dla krajów z kryzysem zadłużeniem (głównie Grecji). Decyzja o oddaniu 7,7 mld euro zwiększa słowacki dług publiczny o 30 procent. Wśród ludzi jest jednak wielka niechęć do wypłaty pieniędzy. Aby przegłosować w parlamencie stosowną ustawę rząd obiecał podać się do dymisji i rozpisać nowe wybory.

- To szaleństwo. Grecy ukradli wszystko, a teraz chcą pieniędzy od nas?, powiedziała agencji Reuters 31-letnia młoda mama Dana Antasova w komentarzu do głosowania w parlamencie. Słowa Antasovej i innych wściekłych Słowaków obiegły cały świat.

- Grecy nie są problemem. To chciwe niemieckie i francuskie banki są problemem. I one nie chcą stracić ani grosza, mówi Antasova po decyzji Słowacji, która zgodziła się dołożyć do funduszu ratunkowego. Teraz obawia się, że w ten weekend na szczycie Unii Słowacja znów zostanie poproszona o to, aby wyłożyć więcej pieniędzy do wspólnego funduszu.

- Większość ludzi nie chce, abyśmy składali się na ten fundusz i jest zdenerwowana mówi Antasova.

- Wielu Słowaków zarabia 450-550 euro netto miesięcznie i nie akceptuje żadnych wyjaśnień, dlaczego powinni spłacać długi kogoś, kto zarabia trzy do pięciu razy więcej od nich, mówi. Słowacja jest wraz z Estonią jednym z najbiedniejszych krajów strefy euro. Na Słowacji, która zmaga się z 14-procentowym bezrobociem, średnia pensja jest taka sama jak płaca minimalna w Grecji.

- Mówi się nam, że nie ma wystarczających środków na utrzymanie szkół i służby zdrowia. Dlatego ludzie pytają: "Jeśli nie mamy pieniędzy na takie podstawowe usługi, a mamy pieniądze na fundusz ratunkowy?".

Gospodarka Słowacji jest ściśle związana z niemiecką. Wielu Słowaków czuje presję, aby wspierać udział kraju w funduszu ratunkowym, ponieważ obawiają się utraty pracy.

Słowacja była długa doceniana za swoją rygorystyczną politykę gospodarczą. Spełniła ona wymogi UE dot. długu publicznego. W tym samym czasie przeprowadzono także gruntowne reformy.

- Portugalia, Irlandia, Włochy, a nawet Francja i Niemcy nie stosują się do przepisów i ich zadłużenie jest wyższa niż dopuszczalne 60 procent produktu krajowego brutto, mówi Antasova. Jest przekonana, że Słowacja zostanie poproszona o zwiększenie swojego zaangażowania w fundusz ratunkowy UE.

- To co ludzie w UE powinni zrobić, to domagać się referendum. To są pieniądze ludzi i to oni powinni zadecydować, gdyż są tacy, którzy muszą ponieść konsekwencje, mówi Antasova.

O możliwym dalszym rozwoju kryzysu możesz przeczytać także w moim wpisie Co się stanie gdy Grecja ogłosi bankructwo?