Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2012

Najgorsze już za nami czy może koniec kryzysu się oddala?

Prezes EBC Mario Draghi daje nadzieję na zakończenie kryzysu finansowego. W swoim wywiadzie dla niemieckiego dziennika Bild powiedział, że "najgorsze już minęło". Choć nadal istnieje ryzyko, to sytuacja nieco się ustabilizowała. W podobnym tonie wypowiadał się członek zarządu EBC, Niemiec Joerg Asmussen, który zaznaczył, że choć jest jeszcze zbyt wcześnie na zakończenie polityki taniego pieniądza to "już teraz musimy zacząć przygotować się do ostrożnego wyjścia". Obie te opinie mają związek z kolejną operacją LTRO (Long-Term Refinancing Operation), w ramach której EBC pożył bankom 530 mld euro na trzy lata z oprocentowaniem 1%. Łączna pomoc EBC dla banków w ramach LTRO wyniosła już ponad 1 bln euro! O tym jak działania EBC wpisują się w politykę antykryzysową pisałem już w tekście o dwóch kręgach kryzysu w strefie euro.

Wpompowanie tak dużych pieniędzy do systemu finansowego, a także udana operacja umorzenia długu Grecji poprawiły nastroje na rynkach. Wzrosła nadzieja na koniec kryzysu zadłużenia. Razem z nią rosną jednak obawy o wzrost inflacji. A podwyższanie stóp procentowych w pogrążonych w recesji gospodarkach tylko pogorszyło by sprawę. EBC nie ma tutaj zbyt dużego pola manewru. Tak duży dopływ taniej gotówki do rynku może prowadzić do powstania bańki spekulacyjnej. Pierwsze jej oznaki widać w rosnących cenach nieruchomości w Niemczech. Na razie nie ma jeszcze powodów do paniki, ale wydaje się, że próby rozruszania gospodarek w Europie mogą skończyć się dużymi problemami w największej z nich.

Całkowicie innego zdania niż Draghi jest Nouriel Roubini, którego zdaniem koniec kryzysu się tylko oddala. Dzieje się tak z kilku powodów - związanych nie tylko bezpośrednio ze strefą euro. Nadal widać co najmniej cztery realne zagrożenia dla osłabienia wzrostu gospodarczego na całym świecie, wpływające na poziom zaufania konsumentów i rynkową wycenę aktywów.

Po pierwsze, strefa euro jest w głębokiej recesji, szczególnie na jej południowych peryferiach, ale teraz także w jej kluczowych krajach. Ostatnie dane wskazują na spadek produkcji w Niemczech i Francji. Narasta kryzys kredytowy w systemie bankowym, a tani pieniądz dostarczony przez EBC został wykorzystany raczej na podreperowanie bilansów i wyników niż na wzrost akcji kredytowej. Proponowane przez europejski nadzór bankowy zmiany oznaczają potrzebę dokapitalizowania tutejszych banków na poziomie 114,7 mld euro! Nie zachęca to do udzielania kolejnych kredytów, a raczej do zmniejszania portfela, sprzedaży aktywów, ograniczania działalności i zwalniania pracowników, o czym pisałem już w swoim tekście. To oczywiście tylko pogarsza recesję.

Jednocześnie, o czym mówił już Stiglitz wspominając o europejskim pakcie samobójczym, polityka oszczędności prowadzi gospodarki strefy euro na jej południowych peryferiach do niekontrolowanego upadku. Oszczędności zamiast naprawiać sytuację, powiększają tylko recesję. Zamiast poprawy sytuacji dojdzie tam do utraty konkurencyjności w związku z perspektywą potrzebnych kolejnych oddłużeń tych gospodarek. W celu przywrócenia konkurencyjności i wzrostu, kraje te muszą dokonać wewnętrznej dewaluacji w stosunku do kursu euro-dolara. Wiąże się to z koniecznością przeprowadzenia wielu bolesnych cięć, co może powodować obawy o niestabilność polityczną i niepokoje społeczne. Dużym testem będą tutaj kwietniowe wybory parlamentarne w Grecji.

Po drugie, widać już oznaki spowolnienia tempa wzrostu w Chinach i innych krajach w Azji. Spadło nie tylko tempo wzrostu eksportu, ale także wzrost importu. Ponadto ceny mieszkań zaczynają spadać i maleją także inwestycje w infrastrukturę. Gospodarka Singapuru skurczyła się pod koniec 2011 roku po raz drugi w ciągu trzech kwartałów. Indyjskie prognozy rządu na 2012 r. mówią o rocznym wzroście PKB o 6.9%, co będzie najniższym wzrostem od 2009 roku. Gospodarka Tajwanu znalazła się w czwartym kwartale 2011 roku w technicznej recesji (dwa kolejne kwartały spadku PKB), a południowokoreańska rosła w tym samym okresie tylko o 0.4% - najwolniej od dwóch lat. Japoński PKB skurczył się o 2.3%, znacząco więcej niż oczekiwano, z powodu wpływu umocnienia jena na eksport. Świat nie kręci się wokół Europy, ale problemy gospodarcze konsumentów na starym kontynencie mogą odbić się czkawką na całym globie.

Po trzecie, wzrost w Ameryce osiągnął już swój szczyt. Restrykcyjna polityka fiskalna będzie zaciskana w 2012 i 2013 roku i - podobnie jak zakończenie ulgi podatkowej - przyczyni się do kryzysu. Dodatkowo konsumpcja prywatna w obliczu problemów z akcją kredytową i na rynku mieszkaniowym będzie nadal minimalna. Aż dwa punkty procentowe z 2.8-procentowego wzrostu gospodarczego w ostatnim kwartale 2011 roku pochodziły ze wzrostu zapasów. Kiedyś miejsce w magazynach się skończy i produkcja stanie.

Po czwarte, rośnie ryzyko geopolityczne na Bliskim Wschodzie. Strach przed reakcją militarną Izraela w sprawie ambicji nuklearnych Iranu powoduje, że ceny ropy naftowej szybują w górę. Nie pomagają także wojna domowa w Syrii, czy niepewność o rozwój sytuacji w Egipcie, Libii i Tunezji po zeszłorocznej arabskiej wiośnie. Pomimo słabego wzrostu gospodarczego w gospodarkach rozwiniętych i spowolnienia gospodarczego na wielu rynkach wschodzących, cena ropy wynosi obecnie ponad 100 dolarów za baryłkę. A pod wpływem lęku o dalszy rozwój sytuacji w regionie może odjechać znacznie wyżej.

Przy tak wielu zagrożeń w tak wielu miejscach, nadal panuje bardzo duża niepewność o rozwój sytuacji na rynkach i przyszłość globalnego wzrostu gospodarczego. Szybkie wpompowanie dużych pieniędzy w rynek pozwoliło złapać trochę oddechu, ale na pewno do trwałego ożywienia jeszcze daleko. Wydaje się, że koniec drugiej fazy kryzysu za nami, ale na horyzoncie widać już trzecią.

niedziela, 11 marca 2012

Niekończąca się dyskusja - jak rozwiązać kryzys zadłużenia?

Co państwa zachodnie powinny zrobić w celu przezwyciężenia kryzysu - wpompować jeszcze więcej pieniędzy w gospodarkę jak chcą Amerykanie? Czy może zwiększyć oszczędności, jak do tej pory robiły to państwa strefy euro? Jest to moim zdaniem najważniejszy spór gospodarczy z którym przyszło się zmierzyć naszemu pokoleniu, a wybrane rozwiązanie uwarunkuje dalszy rozwój na lata.

John Maynard Keynes wiedział to już prawie sto lat temu: "Idee ekonomistów i filozofów politycznych, niezależnie czy uważane za dobre czy złe, są bardziej skuteczne niż ludzie myślą." Teraz, w środku kryzysów finansowego oraz zadłużenia publicznego, coraz mocniejsza staje się walka o to które prawdy ekonomiczne uznać za te właściwe i wszystko wskazuje na to, że rok 2012 sprawi, że stanie się ona tylko jeszcze bardziej zacięta. Tego gdzie przebiega linia podziału nikt nie wyjaśnił lepiej niż brytyjski premier David Cameron, gdy w grudniu zawetował rozmowy prowadzone na szczycie Unii Europejskiej i wrócił na Wyspy. Dyktat paktu stabilności dla Europy, mieszanka oszczędności i regulacji bankowych - może być wprowadzona wszędzie ale bez Wielkiej Brytanii.

Od tego czasu jest jasne to co widzimy od początku kryzysu, że Anglosasi są w dużej mierze przekonani o tym, że kontynentalni Europejczycy są po prostu inni. Za mało, za późno - te słowa powtarzają Amerykanie do Niemców jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy. Nawet rząd Busha w 2008 roku wezwał niemiecki rząd do możliwego ratowania banków za dużych by upaść. Chwilę później Amerykanie wymogli na Angeli Merkel wprowadzenie programów stymulujących gospodarkę np. wsparcie zakupu nowych samochodów. Za oceanem uznano je jednak za zbyt małe.

Obecnie nie ustają rozmowy i spekulacje o jeszcze większych bodźcach ekonomicznych. Nawołuje się do zmiany spojrzenia na niektóre zasady w celu wykupienia Europy z kryzysu. Niezależnie od tego, czy uratuje to zagrożone kraje śródziemnomorskie z zapaści czy nie, Berlin powinien zagwarantować ich dług i pozwolić na dużo większe działania Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Podobnie jak ich odpowiednik w Stanach Zjednoczonych, EBC powinien skupować bez żadnych ograniczeń obligacje rządowe krajów pogrążonych w kryzysie i w ten sposób obniżyć ich stopy procentowe.

Zbyt dużo, zbyt wcześnie - można usłyszeć z Londynu i Waszyngtonu na temat postulatów krajów Europy aby nie tylko przyjąć nowe regulacje dla banków, ale także regulować rynki finansowe. USA i Wielka Brytania są przeciwnikami projektowanego przez Francuzów i Niemców podatku od transakcji finansowych. Kontrast jest ogromny i nie jest ograniczony do stanowiska rządów. Także światowi ekonomiści biorą udział w toczących się obecnie wojnach religijnych. Światowe media ekonomiczne i ekonomiści opowiadają się po jednej lub drugiej stronie konfliktu.

Po II wojnie światowej Amerykanie i Europejczycy byli keynesistami i twierdzili, że wyjścia z kryzysu gospodarczego trzeba dokonać poprzez wzrost wydatków rządowych. Kiedy w latach siedemdziesiątych takie podejście przestało działać, większość stała się 'pseudo-liberałami' i popierała obniżenie podatków. W ten sposób narodziły się dwie doktryny ekonomiczne, które ścierają się na naszych oczach.

Niemieckie podejście skłania się tego, aby bank centralny stał na straży stabilności waluty, a w ciężkich czasach rządy mają zacieśniać dyscyplinę budżetową i oszczędzać poprzez ograniczenie wydatków. Dreszcz przechodzi Niemcom po plecach, gdy słyszą o łamaniu konstytucyjnych limitów zadłużenia, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że sami robili to w przeszłości. Kolejna oś podziału dotyczy tego jak powinna wyglądać w Europie odpowiedzialność za długi i tego czy państwa powinny pożyczać pieniądze na rynku wspólnie w ramach euroobligacji. Wyjście z obecnego kryzysu zadłużenia potrwa 15 do 25 lat, gdyż tyle zajmie powrót do poziomu 60% PKB uznawanego jako rozsądny górny limit zadłużenia państwa. Jeśli jakiś kraj się na to nie godzi może opuścić pakt stabilności i strefę euro. Nikt jednak nie może zapewnić, że przyjęcie niemieckich rozwiązań, zawartych w pakcie stabilizacyjnym, nie będzie drogą do finansowej śmierci i dalszej degradacji państw Europy, jak określił takie działanie Josep Stiglitz.

Tak jak duże są różnice pomiędzy zdaniami ekspertów co do słusznej drogi wyjścia z kryzysu, tak nawet jeszcze większe są różnice pomiędzy politykami i liderami największych krajów. Angela Merkel i Barack Obama są dla siebie mili przed kamerami, ale już na przykład Nicolas Sarkozy i David Cameron obrażają się publicznie. Jest to walka między dwiema tradycjami, a także dwiema grupami interesów. Ameryka chce wykupić się z kryzysu, nie lęka się niczego więcej niż długiej recesji. Zaakceptuje inflację, choć będzie ona kosztować ją utratę części swojego majątku. Tymczasem Niemcy chcą ograniczyć ryzyko inflacji i zmniejszyć zadłużenie państwa, gdyż według nich to tylko zwiększa ryzyko popadnięcia w przyszłości w jeszcze większe kłopoty. Ich rozwiązaniem jest trwałe zwiększanie dobrobytu poprzez utrzymywanie pod kontrolą finansów państwa i zwiększanie poczucia stabilności. Obecny kryzys pokazuje, że nie da się pogodzić obu tych podejść.

Jak zawsze poza nauką i przekonaniami w tle znajdują się interesy i realne pieniądze. Nowy Jork i Londyn są światowymi centrami finansowymi. Siedziby mają tam największe zachodnie banki oraz fundusze inwestycyjne, które przysłużyły się do znaczącego wzrostu bogactwa wielu grup społecznych w tych krajach. W czasie ostatniego kryzysu wartość majątku sektora finansowego w USA spadła o ponad jedną trzecią, podczas gdy w pozostałej części gospodarki było to jedynie pięć procent wartości sprzed kryzysu. Tak duża rozbieżności pokazuje jak wiele w Stanach Zjednoczonych zależy od branży finansowej.

Nie inaczej jest w Wielkiej Brytanii. Nowy Jork i Londyn są domem dla bankowości inwestycyjnej oraz funduszy inwestycyjnych i venture capital. Są domem pierwszej i drugiej rewolucji przemysłowej a także rewolucji internetowej. Oba te kraje mają liberalne społeczeństwa o porównywalnym podejściu do ryzyka, migracji i historii kolonialnej. Wiele uwagi poświęca się kapitalizmowi, który napędza tamtejsze życie. I tak jak wykupili obecną bańkę, tak samo postąpią z kolejną.

Tymczasem wielu twierdzi, że Europa kontynentalna i w szczególności Niemcy są inni. Tysiące ich małych i średnich przedsiębiorstw dominują na światowych rynkach maszyn czy chemii. W ciągu kilku lat rozwój przemysłu eksportowego znacznie silniej decydował o rozwoju gospodarki niemieckiej niż branża finansowa. Mniej było tu także spekulacji, ponieważ może poza przykładem upadku i nacjonalizacji banku Hypo Real Estate, który stracił wiele pieniędzy na kredytach subprime, głównym zadaniem banków nadal było dostarczanie gospodarce pieniędzy poprzez udzielanie kredytów. Różna skala sektora finansowego oznacza także różne korzyści i koszty podejmowanych działań. Wall Street i City w Londynie masowo skorzystają z kolejnych projektów drukowania pieniądza przez banki centralne w celu utrzymania system przy życiu. Niemcy z drugiej strony znacznie bardziej niż upadku banków, boją się spowolnienia światowego handlu, dzięki któremu udało im się zbudować swoje bogactwo. Zdają się jednak nie dostrzegać, o czym już było na moim blogu we wpisie o dwóch kręgach kryzysu strefy euro, że oba te systemy są ze sobą powiązane i kłopoty jednego automatycznie przełożą się na drugi.

Nie da się jednak nie zauważyć, że nawet demograficznie oba systemy są znacząco inne. Dzięki imigracji i rodzeniu się dzieci Ameryce uda się zachować swoją wielkość, a wiele narodów europejskich tylko starzeje się i kurczy. Dlatego dług publiczny waży więcej w Niemczech czy we Włoszech niż w USA, ponieważ będzie spłacany w przyszłości przez mniejsze społeczeństwa. Dlatego też polityka ratunkowa w wygląda w tych krajach inaczej.

Różne jest także podejście do ryzyka. Mieszkańcy starej Europy mają większą awersję do ryzyka niż amerykanie. Jeśli mają do wyboru stabilność a dynamikę, na ogół na pierwszym miejscu postawią bezpieczeństwo. Skrajnym przykładem tego jest strach przed inflacją w Niemczech, podczas gdy Amerykanie po prostu tłumnie idą na zakupy. Powoduje to, że chociaż oficjalnie na cały zachodzie jest kapitalizm, to jednak nie wszędzie jest on taki sam. A może już czas przyznać, że kontynentalna Europa pogrążyła się w socjalu i nie jest jeszcze gotowa z niego zrezygnować? Tym gorzej brzmią słowa Mario Draghiego o końcu europejskiego państwa dobrobytu. Z drugiej strony mamy kapitalizm finansowy z którego korzyści czerpią Anglosasi.

Skończyły się czasy obowiązywania Konsensusu Waszyngtońskiego, którego politykę realizowały Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Ale ponieważ natura nie lubi próżni to na naszych oczach powstaje pewnego rodzaju konsensus Wall Street. Objawia się on w dyktacie amerykańskich agencji ratingowych i podporządkowaniu polityki gospodarczej państw nastrojom 'rynków'. Gdy europejscy politycy zaproponowali, aby poprzez ograniczone i podobno dobrowolne (jak spowiedź w czasach hiszpańskiej inkwizycji zdaniem prezesa Commerzbanku) umorzenie długu pomóc pogrążonej w kryzysie Grecji, wiele instytucji finansowych powiedziało, że nie będzie dłużej kupować europejskich obligacji rządowych, co wywindowało ich oprocentowanie. W konsekwencji Angela Merkel zapowiedziała, że w przyszłości nie będzie już zwracała się do prywatnych wierzycieli, aby dołączyli do pakietów ratunkowych. Było to małe zwycięstwo banków na koszt podatników.

Niezależnie jak oceniać obecne działania - Europa musi pokazać, że jest zdolna pokonać obecny kryzys zadłużenia i że wybrana przez nią droga oszczędzania nie jest tylko kupowaniem czasu do kolejnych wyborów, które w ciągu dwóch najbliższych lat przetoczą się przez kontynent. Co prawda Polska nie jest ani centrum finansowym, ani zagłębiem produkcyjnym Europy, ale wyzwania związane z kryzysem zadłużenia dotyczą także jej. I każdy z nas musi sobie odpowiedzieć, czy jest bardziej anglosasem czy socjal-europejczykiem.

niedziela, 4 marca 2012

Draghi: Koniec europejskiego państwa dobrobytu

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ostrzegł kraje strefy euro, że nie ma ucieczki od trudnych działań oszczędnościowych i że właśnie kończy się europejskie państwo dobrobytu. Jest to jego głos w debacie o tym jak poradzić sobie z fiskalnymi i gospodarczymi kłopotami Europy. W rozmowie z The Wall Street Journal zwrócił uwagę na to, że dotychczasowy model społeczny w Europie, który kładzie nacisk na bezpieczeństwo pracy i zabezpieczenia socjalne nie ma szans na przetrwanie. Jako przykład podał wysokie bezrobocie wśród młodzieży w Hiszpanii, gdzie dochodzi ono do 50 proc. Wezwał do zmiany podejścia i tworzenia nowych miejsc pracy dla młodych ludzi.

"Nie ma szybkich rozwiązań dla problemów Europy", powiedział, dodając, że oczekiwania, że bogate Chiny przyjdą na ratunek są nierealistyczne, a utrzymujące się wstrząsy gospodarcze zmuszą kraje do zmian strukturalnych na rynku pracy oraz w innych aspektach gospodarki, aby powrócić do długofalowego wzrostu.

"Były czasy, gdy [ekonomista] Rudi Dornbusch zwykł mawiać, że Europejczycy są tak bogaci, że mogą sobie pozwolić na płacenie wszystkim za to, że nie pracują. Ale to minęło." powiedział Draghi. "Nie istnieje kompromis między wspieraniem zmian dla podmiotów gospodarczych i fiskalnym zaciskaniem pasa. Wycofywanie się z postawionych wcześniej celów fiskalnych wywołało by natychmiastową reakcję na rynku i wywindowało stopy procentowe jeszcze wyżej."

Komentarz Draghiego wpisuje się w toczącą się obecnie debatę w Europie o tym czy głębsze oszczędności są najlepszą receptą dla krajów stojących w obliczu poważnych recesji i umieszcza go w obozie Angeli Merkel i innych niemieckich urzędników. Jest to tym ważniejsze, że najnowsze prognozy dla Unii Europejskiej są coraz mroczniejsze i wskazują na duże ryzyko recesji w strefie euro. Niektóre rządy, zaczęły opierać się dalszym cięciom wydatków na rzecz podwyżek podatków, choć te mogą tłumić działalność przedsiębiorstw. Zwiększanie podatków konsumpcyjnych może również zwiększyć inflację, co utrudni EBC utrzymywanie niskich stóp procentowych oraz pobudzanie wzrostu.

Draghi z zadowoleniem przyjął względny spokój, który panuje obecnie na europejskich rynkach obligacji w ciągu ostatnich miesięcy. Pozostało jeszcze troche ufności na rynkach, zwłaszcza w walczącej na skraju przepaści południowej Europie, która mimo ogromnego bogactwa kontynentu musiała się już trzy razy zwracać o pomoc do MFW w sprawie pożyczek dla Grecji, Portugalii i Irlandii i wraca ponownie po dodatkową pomoc dla Grecji. Przywódcy strefy euro naciskają także na rynki wschodzące takie jak Chiny o pomoc poprzez zakup obligacji krajów strefy euro lub obligacji wyemitowanych przez fundusz ratunkowy.

"Było mnóstwo rozmów i konsultacji. Słyszę o nich, ale nie widziałem żadnej oficjalnej inwestycji [z Chin] na europejskich rynkach finansowych" powiedział Draghi. Grecja, mimo najnowszego kredytu pomocowego w kwocie 130 mld euro, pozostaje głównym zagrożeniem. Choć Ateny zgodziły się ograniczyć swój dług i zrestrukturyzować gospodarkę, jego przywódcy muszą pokazać, że nadal popierają te działania i wdrożą niezbędne środki.

"Trudno powiedzieć, czy kryzys się skończył", powiedział. Poprarcie dla reform i programów oszczędnościowych będzie testowane w trakcie wyborów, które odbędą się w nadchodzących miesiącach. Grecja i Francja będą miały wybory wiosną tego roku, których zwycięzcy mogą być mniej skłonni do poparcia obecnych uzgodnień.

Wielu europejskich przywódców, na czele z premierem Włoch Mario Monti, chce przesunąć uwagę Europy z cięć wydatków w kierunku stymulowania wzrostu. Premier Monti i premier Hiszpanii Mariano Rajoy wezwali kraje UE do cięższej pracy w kierunku uczynienia gospodarek bardziej konkurencyjnymi, jako sposobu na wspieranie wzrostu i ograniczenie ostrych działań oszczędnościowych. Draghi twierdzi, że surowość oszczędzania, w połączeniu ze zmianami strukturalnymi, jest jedyną opcją dla odnowy gospodarczej. Cięcie wydatków rządowych boli na krótką metę, ale jego negatywne skutki mogą być rekompensowane poprzez potrzebne zmiany strukturalne.

Jego poglądy wspiera także Komisja Europejska, która wydała oświadczenie w którym mówi, że pomimo prognoz recesji w strefie euro w tym roku, rządy "powinny być gotowe do spełnienia celów budżetowych." Ale krytycy zwracają uwagę na to, że skupienie się tylko na surowych cięciach prowadzi do stagnacji w strefy euro, która stanowi około jedną piątą światowej produkcji, co w konsekwencji zagraża globalnemu ożywieniu.

Twierdzenie Draghiego, że uda się zrównoważyć negatywne skutki oszczędności także spotyka się z pewnym sceptycyzmem. Wykorzenienie nieefektywności na rynkach pracy lub cięcia w biurokracji rządowej zmniejszają wzrost w krótkim okresie, bez względu na długoterminowe korzyści, jak zwracają uwagę niektórzy ekonomiści. "On po prostu stara się osłodzić swój przekaz" powiedział Simon Johnson, były główny ekonomista w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. "Wiele z tych reform strukturalnych jest iluzoryczne w najlepszym wypadku na krótką metę ... ale lepsze to niż opowiadanie o strasznych 10 latach, które nadchodzą" powiedział.

Draghi bronił decyzji EBC o osłonie swoich 50 miliardów euro w greckich obligacjach od strat sektora prywatnego w ramach odrębnej umowy pomiędzy Grecją i jej wierzycielami, w ramach której umorzono 107 mld euro zadłużenia. Powiedział, że EBC "jest zdecydowana chronić pieniądze podatników". Prezes Commerzbanku Martin Blessing skrytykował rzekomo dobrowolne umorzenie greckiego długu w stosunku do sektra prywatnego, nazywając je "jako dobrowolne jak spowiedź w czasie hiszpańskiej inkwizycji".

Zdaniem Draghiego po słabym czwartym kwartale, gospodarka strefy euro się stabilizuje. Rządy poczyniły postępy w redukcji deficytu, dzięki czemu gospodarka jest bardziej konkurencyjna. Banki ustabilizowały się, a rynki obligacji znów działają. Portugalia, która zdaniem wielu analityków jest następna w kolejce po Grecji do zwiększenia kredytu ratunkowego nie będzie tego potrzebowała.

Draghi zdobył uznanie ze strony inwestorów w związku z tym jak radzi sobie z kryzysem w ostatnich miesiącach. Obniżył stopy procentowe z powrotem do rekordowych minimów, a w grudniu zalał banki 489 mld euro w tanich trzyletnich pożyczkach. Wszystkie te działania razem wzięte doprowadziły do uspokojenia na rynkach kapitałowych i pomogły sprowadzić w dół rentowności obligacji Włoch i Hiszpanii, krajów postrzeganych jako kluczowe dla zablokowania kryzysu w strefie euro.

Grecki kryzys obnażył jednak wiele słabości strukturalnych euro, które regulowane jest przez wspólną politykę stóp procentowych. Draghi odrzuca jednak krytykę, że Europa nie potrafi poradzić sobie z kryzysem zadłużenia. Ostatnie kroki rządów o stworzeniu wiążących narzędzi do kontroli deficytu są "ważnym osiągnięciem politycznym" i "pierwszy krokiem" w kierunku unii fiskalnej. "Jednym z moich celów jest, abyśmy mieli tak dużo porozumienia w najważniejszych sprawach, jak to możliwe. Musimy robić właściwe rzeczy i musimy je zrobić razem" powiedział Draghi.

czwartek, 1 marca 2012

10 rzeczy które powinieneś wiedzieć o Grecji

Wydaje Ci się, że Grecy to lenie, które nic nie robią tylko leżą i czekają aż przyjdą do nich pieniądze z Europy? Pewnie są i tacy, ale jak ze wszystkim - nie można generalizować. Gazety i internet aż huczy o przykładach niegospodarności w Grecji. Tymczasem poniżej znajdziesz dziesięć informacji o Grecji o których większość gazet nie mówi, albo wyciąga tylko wtedy, gdy jest to dla nich korzystne.

1. Grecki PKB spadł do poziomu sprzed 2004 r. i zajmie około dziesięciu lat aby z powrotem osiągnął poziom sprzed kryzysu. PKB Grecji maleje od 4. kwartału 2008 i obecnie znajduje się na poziomie sprzed 2004 r., a najnowsze prognozy mówią o tym, że nie osiągnie poziomu sprzed kryzysu aż do końca obecnej dekady. Dodajmy do tego, że jak na razie żadne z prognoz się nie sprawdziły i było gorzej niż przewidywano.

2. Przychody z turystyki spadły o 28% od 2000 roku. Kiedy analitycy zastanawiają się jak sprawić, aby grecka gospodarka znów rosła, duży nacisk kładziony jest na turystykę. Ale ten sektor gospodarki znajduje się w dołku. W 2000 roku przychody Grecji z turystyki wyniosły 10 mld euro (na podstawie danych celnych). Dziesięć lat później spadły do 9,6 mld euro co oznacza spadek o 4,5%, ale jeśli uwzględnimy inflację to okaże się że spadek wyniósł 28%. Odzwierciedla to strukturalne zmiany w branży turystycznej w Grecji, które dotyczą sprawiają że jest coraz więcej turystów, którzy wydają mniej pieniędzy. Na spadek miało dodatkowo wpływ przejęcie turystów przez kraje takie jak Turcja czy Hiszpania.

George Papandreu: Nieuczciwa krytyka Grecji

3. Eksport netto dot. przemysłu morskiego spadł o 27% od 2000 roku. W roku 2000 dochody Grecji z żeglugi wyniosły 4,6 mld euro, do roku 2010 liczba ta spadła do 4,5 mld euro, co po uwzględnieniu inflacji oznacza spadek o 27%. Z punktu widzenia handlu, transport morski wpływa na dwie strony równania: chodzi zarówno o pieniądze wydane na zakup statki jak i na koszty związane z obsługą całego tej gałęzi przemysłu.

4. Zebranie 40% zaległości podatkowych pokryłoby cały deficyt za 2011 rok. Słaba ściągalność podatków to duży problem dla systemu fiskalnego Grecji. W czerwcu 2011 r. Ministerstwo Finansów poinformowało, że zaległości podatkowe wyniosły 41 mld euro. Z tej liczby, 90% pochodziło od 6 500 ludzi i 8 200 firm, które zalegały po ponad 150 tys. euro każda. W styczniu 2012 greckie ministerstwo finansów publikowało listę oszustów podatkowych na której znalazło się ponad 4 tysiące nazwisk ludzi, którzy narazili państwo na 15 miliardów euro straty.

5. Pracownicy przedsiębiorstw państwowych (tzw. SOE) zarabiają dwa razy tyle co pracownicy zatrudnieni w sektorze prywatnym. Jednym z powracających tematów dot. Grecji jest ogromna różnica pomiędzy dobrze płatnymi i chronionymi miejscami pracy w sektorze publicznym i nisko płatnymi w sektorze prywatnym. Według danych opublikowanych przez ministerstwo finansów, pracownicy w przedsiębiorstw państwowych zarobili w 2008 r. przeciętnie 38 287 euro, podczas gdy w sektorze prywatnym było to 19 147 euro. To pracownicy sektora państwowego głównie prostowali na ulicach Aten, nie godząc się na niekorzystne dla nich zmiany.

6. Grecy płacą łapówki równie często co Nigeryjczycy i Pakistańczycy. Według Transparency International 18% gospodarstw domowych w Grecji przyznało się do zapłacenia łapówki w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, w porównaniu do średniej w Europie wynoszącej 5%.

7. Jeśli uwzględnić dług prywatny, poziom zadłużenia Grecji byłby jednym z niższych w Europie. Każdy wie, że problemem Grecji jest dług. Ale w rzeczywistości problemem jest tylko dług publiczny. Jeśli analizować poziom zadłużenia dla połączonych długów publicznego i prywatnego to Grecja jest jednym z najmniej zadłużonych społeczeństw w Europie.

W którym kraju żyje się najlepiej?

8. Dług Grecji nagromadził się głównie w latach 80-tych i na początku 90-tych. W 1980 roku dług publiczny Grecji wynosił jedynie 22% PKB by do roku 1993 wzrosnąć do 98% PKB i balansować na tym poziomie przez ponad dziesięć lat, aż do wybuchu obecnego kryzysu. Nawet jeśli założyć, że od końca lat 90-tych Grecy nauczyli się fałszować swoje statystyki, to trzeba uznać, że problem z długiem powstał głównie w czasie tych 13 lat (1980-1993) i został potem utrwalony i doprowadzony do obecnej sytuacji.

9. Grecja miała stosunkowo mały sektor publiczny w 1980 r. Niektórzy uważają, że duży udział greckiego państwa w gospodarce był taki od zawsze. Nie jest to jednak prawda i etatyzm który widzimy teraz zwiększał się po 1980. W 1980 r. wydatki rządowe wynosiły 24% PKB, w roku 1990 liczba ta wzrosła do 45%, a obecnie urosła już nieco skromniej do 51% PKB w 2009 roku. Grecki rząd ma na celu zmniejszenie tej kwoty do 45% PKB w 2015 roku.

10. Względny standard życia w Grecji spadł po roku 1980. W roku 1978 w którym Grecja wstąpiła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki dzisiejszej Unii Europejskiej) jej PKB per capita był tylko 5% poniżej europejskiej średniej (w PPP). W roku 2000 różnica ta wynosiła już 30%. Z perspektywy czasu, wejście Grecji do EWG jest postrzegane jako gest polityczny, a pod wieloma względami różnica między Grecją i europejską średnią była znacznie niższa w punkcie wejścia niż obecnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że członkostwo w UE nie szkodzi, ale nie jest także lekiem na wszystkie problemy.

A Ty wiedziałeś o tym?

niedziela, 12 lutego 2012

Azjatycka lekcja dla Europy

Kryzys finansowy którego kraje Azji Wschodniej doświadczyły w latach 1997-98 jest przykładem jak przy pomocy realnej gospodarki i cięć w poziomie życia wyjść na prostą. Kraje Europy mogą i powinny uczyć się na jego przykładzie. Istnieje malezyjskie przysłowie, które mówi: Kto zgubił drogę, powinien wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. Każdy kryzys finansowy oznacza, że zgubiono drogę, a zwłaszcza kraje europejskie muszą przemyśleć niektóre ze swoich zasad. W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro, po przytoczeniu przykładu z Argentyny - matki wszystkich kryzysów, chciałbym oddać głos Azjatom.

Świat nie jest już eurocentryczny. To jak Europa walczy z kryzysem, ma znaczenie dla wszystkich. Mocno wątpliwa jest jednak "nieomylność" Europejczyków. Błędne są utrzymywane przez nich podwójne standardy. Stulecia hegemonii sprawiły, że Europejczycy uważają, że wiedzą czego potrzebuje świat, ich wartości należy traktować jako uniwersalne, a wartości azjatyckie nie są uznawane za istotne.

To wyjaśnia proste rozwiązania, które zaoferowano krajom azjatyckim w czasie kryzysu walutowego lat 1997-98. Malezja powinna podnieść stopy procentowe aby uzyskać nadwyżkę budżetową. Banki i przedsiębiorstwa, które znalazły się w trudnej sytuacji mogły zbankrutować. To było panaceum. Ale kiedy Ameryce i Europie zajrzało w oczy widmo kryzysu finansowego, robi się tam dokładnie to czego zakazywano Malezji i Azji Wschodniej. To co zadziałało w Azji, rzekomo nie miałoby racji bytu na Zachodzie.

Przez ostatnie dwa stulecia w Europie kwitł kapitalizm. Europejskie produkty zapełniały półki na światowych rynkach. Zdominowały światowy handel, a ludzie w Europie cieszyli się najwyższym standardem życia. Ta historia europejskiego wzrostu gospodarczego i dobrobytu nie miała prawa nigdy się skończyć. Ale po II wojnie światowej doszło do uprzemysłowienia Japonii - w ten sposób Japończycy zaczęli produkować korzystne cenowo i o wysokiej jakości towary. Następne były Tajwan, Korea Południowa i Chiny. W skrócie Europejczycy utracili swoje rynki.

Nie mogąc dłużej konkurować z Azją, Europejczycy i Amerykanie przenieśli się głównie na rynki finansowe. Wymyślali nowe produkty finansowe: krótką sprzedaż akcji i walut, kredyty subprime, które są przyznawane mimo braku zdolności kredytowej oraz sekurytyzację kredytów lub inwestycji za pośrednictwem dźwigni i funduszy hedgingowych. Wszystko wydawało się nadal rosnąć i dobrze prosperować. Ale na rynkach finansowych nie ma prawdziwych firm. W ten sposób stworzono wiele miejsc pracy, ale nie wspierano handlu. Najważniejsi uczestnicy tego rynku łapczywie nadużywali system poprzez manipulowanie rynkami dla uzyskiwania coraz wyższych zysków.

Gdy analizowano przyczyny azjatyckiego kryzysu na konferencji MFW w Hong Kongu w 1997 roku uznano, że odpowiedzialne za niego go są transakcje walutowe. Waluty nie są dobrami konsumpcyjnymi i nie powinny być przedmiotem obrotu. Nadal jednak nie obchodziło to ani Banku Światowego ani MFW. Uznali oni, że dealerzy walutowi i firmy działające na tym rynku są zwolnione z obowiązku podatkowego i przejrzystości - w imię wolnego handlu, podczas gdy inne przedsiębiorstwa zapewniają przejrzystość i ich działalność została oczywiście uregulowana. Zależność Azjatów od pożyczek z MFW sprawiła, że sprawa została zamieciona pod dywan.

Nie dopuszczano żadnej krytyki obrotu walutowego, ale było przecież jasne że taki system wyzysku i nadużyć na rynku finansowym nie może trwać wiecznie. W 2008 r. bańka pękła. Banki, firmy ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne bankrutowały. Gdyby dolar nie był walutą rezerwową dla światowego handlu, nie byłby dziś wart prawie nic. Pisałem już o początku końca ery dolara.

Tak jak poprzednio w przypadku kryzysu Azji Wschodniej, Ameryka i Europa były w kryzysie. Ale nikt nie chciał przyjąć do wiadomości ich ubóstwa i potrzeby kroków oszczędnościowych. Wiedziano, że obywatele od razu zaczęliby demonstrować i strajkować przeciwko takim środkom. Ale to tylko pogarsza sprawę.

Kraje azjatyckie zachowywały się inaczej. Przełknęły stratę pieniądzy ze względu na dewaluację swoich walut. Niektóre kraje, zwrócił się do Banku Światowego i MFW. Malezja wprowadziła stały kurs wymiany i uniemożliwiła dostęp zagranicznych dealerów walutowych do rynku swojego ringgita. Mówiło się że ich gospodarka może się zapaść i nikt nie pożyczy im pieniędzy, a to wszystko miałoby katastrofalne skutki. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Malezja odchorowała swoje, ale znów cieszy się świetnością jak inne kraje.

Inne kraje regionu przetrwały również dlatego, że ludzie oddawali rządowi swoje własne pieniądze i biżuterię, aby pomóc spłacić dług. Robotnicy pracowali ciężej i tolerowali niższy standard życia. Jedyny sposób, w jaki europejskie gospodarki mogą wyjść z kryzysu to przyznać się do tego, że są biedne i przestać żyć ponad stan. Muszą wrócić do punktu wyjścia i zadbać o realną gospodarkę: produkcję towarów i usług, wynagrodzenia, zmniejszenie premii i innych profitów, aby stać się konkurencyjnym. Ponadto rynki finansowe powinny być monitorowane i kontrolowane przez rządy. Wiele produktów finansowych powinno być ściśle regulowane, jeśli nie zakazane.

Potrzebne jest nowe Bretton Woods, w którym biedne kraje będą dobrze reprezentowane. System stałych kursów walutowych, w oparciu o złoto lub potęgę gospodarczą. Handel na rynku walutowym powinien zostać zakazany. Należy rozważyć powrót do systemu walutowego opartego na złocie. Wahania cen złota byłyby niewielkie a handel nim związany z mniejszą niepewnością.

Banki powinny być lepiej uregulowane, aby zapobiec nadmiernej dźwigni finansowej, ograniczyć pożyczki i całkowicie zakazać kredytów subprime. System finansowy powinien być jednolity i stanowić wsparcie dla realnej gospodarki. Nawet jeśli to wszystko się wydarzy i kryzys się zakończy, to musimy pamiętać o jednym. Nie ma powrotu do status quo sprzed kryzysu. Europejczycy muszą przyjąć, że epoka europocentryzmu się praktycznie skończyła. Rozwiązań trzeba szukać na Wschodzie.

Tekst powstał na bazie artykułu Mahathira Mohamada - premiera Malezji w latach 1981 - 2003.

czwartek, 9 lutego 2012

George Papandreu: Nieuczciwa krytyka Grecji

Były premier Grecji George Papandreu przyznaje, że poważnie zadłużony kraj pożyczał zbyt dużo podczas jego rządów, ale twierdzi że kontrola ze strony Unii Europejskiej nie była dokładna i musi ona wziąć część winy za obecną sytuację tego kraju na siebie. Papandreu potępia tych, którzy krytykują greckie władze za to, że nie robią wystarczająco dużo, aby uporać się z kryzysem.

- Tak, krytyka Grecji jest nieuczciwa mówi Papandreou w rozmowie z norweską gazetą VG. Zrobiliśmy wielkie cięcia i sytuacja się zmienia. Ale potrzebujemy nie tylko cięć budżetowych i reform legislacyjnych. Musimy przeprowadzić zmiany strukturalne, a to wymaga czasu. Rok temu wszyscy mówili, że Grecja była znowu na dobrej drodze i byliśmy komplementowani. Ale potrzebne zmiany trwają dłużej niż niektórzy oczekiwali. Musimy zmienić naszą mentalność.

Grecja cały czas potrzebuje pożyczek. Ponieważ nie może ich otrzymać na rynku finansowym, do akcji wkroczyły UE, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, które wspólnie utworzyły tzw trojkę. Teraz od ich decyzji zależy, czy Grecja otrzyma kolejną transzę - 130 mld euro z uzgodnionego kredytu awaryjnego. Jeśli tak się nie stanie, Grecja ogłosi bankructwo.

Papandreu zrezygnował z funkcji premiera w listopadzie ubiegłego roku, po ogromnej krytyce, kiedy zasugerował, że Grecy sami powinni zdecydować, czy kraj powinien przyjąć pakiet ratunkowy z Unii Europejskiej w drodze referendum. Powstał wtedy rząd koalicyjny, a najbliższe wybory odbędą się w kwietniu. Papandreou wciąż wierzy, że referendum byłoby dobrym rozwiązaniem i oskarża Unię o to, że nie zrobiła wystarczająco dużo, aby zapobiec kryzysowi w Grecja, a jej pierwsze działania tylko go pogłębiły.

- Tak, pożyczyliśmy zbyt dużo w trakcie moich rządów. Ale w tym okresie byliśmy również pod kontrolą Komisji Europejskiej. Ta kontrola nie była wyraźnie wystarczająco dobra, powiedział Papandreu.

Dwa dominujące kraje UE: Francja i Niemcy pogorszyły sytuację, gdy zasugerowały że sektor prywatny odzyska swoje pieniądze tylko, gdy kraj wywiąże się ze swoich płatności. - Wniosek został wycofany, ale szkoda już się wydarzyła. Europa została podzielona na kraje o wysokim i niskim ryzyku, a inwestorzy nie chcieli inwestować w Grecji, Portugalii i Irlandii mówi Papandreu, który ostrzegał kanclerz Niemiec Angelę Merkel przed takim działaniem. - Powiedziałem, że to samospełniająca się przepowiednia, i tak właśnie było.

Teraz Papandreu ostrzega UE przed stosowaniem tego samego leku dla wszystkich krajów europejskich. - Ogłoszono wstrzemięźliwość, umiar i jeszcze raz umiar. Należy ciąć wydatki w Grecji, ale nie jest to poprawna droga we wszystkich krajach europejskich. Spowoduje to, że Europa znajdzie się w recesji. Zamiast tego powinniśmy inwestować w infrastrukturę i edukację. Transport pomiędzy sąsiednimi krajami jest wciąż taki jaki był w czasach zimnej wojny.

Lider partii PASOK, Papandreu jest trzecim pokoleniem, które rządziło Grecją. To za czasu rządów jego ojca Andreasa doszło do znacznego zwiększenia wydatków publicznych i nadmiernego rozrostu biurokracji. Ale George Papandreu nie zamierza składać samokrytyki.

- Nie miałem nic wspólnego z długiem, który odziedziczyłem. W 2004 r. zadłużenie kraju wynosiło 180 mld euro. Kiedy zostałem wybrany na premiera w 2009 roku wzrosło do 320 mld euro. Odchodzący rząd mówił, że deficyt był na poziomie 6 procent PKB. W rzeczywistości deficyt wyniósł 16 procent. Prawdopodobnie mógłbym zrobić coś lepiej, ale w czasie kryzysu dałem z siebie wszystko.

- Znajdujemy się w krytycznym psychologicznie momencie. Kryzys trwa już dwa lata, a my przeszliśmy wiele trudnych cięć. Teraz okazuje się, że jest potrzeba nowych cięć. W tym momencie ważne jest, aby ludzie widzieli światełko w tunelu. Wtedy będziemy mogli uznać, że zmiany nadejdą.

Kiedy pyta się Papandreu czy Grecy sami są problemem, odpowiada: Granie na ludzkim strachu nie rozwiązuje niczego. Widzę początkowe oznaki rasizmu i nacjonalizmu w dyskusji na temat kryzysu euro.

Słowa Papandreu trzeba odczytywać w kontekście zbliżających się wyborów w Grecji. Były pan premier ładnie opowiada, jak to sam dawał z siebie wszystko, a tylko wicie, rozumicie, no chciał dobrze a wyszło jak zwykle. Wszyscy po kolei dołożyli się do obecnego kryzysu w Grecji. Ważne jest jednak to, aby nie winić za niego tylko Greków (a już na pewno nie tych zwykłych zjadaczy chleba). Bo co prawda to oni pożyczali, ale z drugiej strony były niemieckie i francuskie banki, które chętnie im te pieniądze dawały. Każdy medal ma dwie strony, a prawda jak zwykle leży po środku.

A swoją drogą co Papandreu ma na myśli, gdy mówi że jego rząd był pod kontrolą Unii Europejskiej? Czyżbyśmy czegoś nie wiedzieli?

niedziela, 5 lutego 2012

Argentyna - matka wszystkich bankructw

W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro i czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy, pisałem już o tym, że Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy. Tymczasem mamy także inny przykład kraju, który niedawno musiał sobie poradzić z nie lada wyzwaniem. Dziesięć lat temu Argentyna była w stanie podobnym do dzisiejszej Grecji. Kraj ten nie mógł już spłacać swoich długów. Jakie wnioski z tamtego kryzysu mogą być pomocne w przypadku Grecji? Zapraszam Cię do przeczytania wpisu powstałego na bazie artykułu w Handelsblatt.

Buenos Aires dziesięć lat później, Roberto Lavagna siedzi zrelaksowany w swoim jasnym, przestronnym biurze. Jest początek lata na półkuli południowej, na zewnątrz modna Aleja 9-go Lipca jest pełna życia. Kupujący Argentyńczycy wychodzą na miasto, spotykają się w kawiarniach. Na stole stoi najnowsza książka Lavagny - "un país Pensando" co oznacza "Myślenie o kraju". Lavagna robi to często w ostatnich tygodniach, bo zawsze pytają go o to jak to było dziesięć lat temu, gdy Argentyna ogłosiła bankructwo. Rządy pogrążonych w kryzysie krajów południowej Europy pytają w jaki sposób udało mu się doprowadzić do normalności swój kraj po największym bankructwie w historii.

Dzisiaj kraj ma solidne podstawy. Nasiona soi i pszenicy, argentyńskie złoto są poszukiwanymi towarami, a w kraju montuje się także coraz więcej samochodów. Argentyna rośnie stale od prawie dziesięciu lat o osiem do dziewięciu procent rocznie. Lavagna, szczupły mężczyzna w niebieskiej koszuli uśmiecha się ujmująco. Niezwykłe działania polityka, który od kwietnia 2002 do listopada 2005 r. był Ministrem Gospodarki stały się fundamentem dla dzisiejszego boomu.

Tak jak każdemu Argentyńczykowi, również Lavagnie zapadły w pamięci ostatnie tygodnie grudnia 2001 r., gdy ludzie rozpoczęli zamieszki między Świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, po tym jak Argentyna padła na kolana pod ciężarem długu wynoszącego 140 procent PKB. Kryzys dotknął wszystkich - zubożała klasa średnia, a biedni stali się jeszcze bardziej ubodzy. Gdy konta bankowe zostały zamrożone, ludzie szturmowali banki i sklepy i wszyscy chcieli polować na tych cholernych polityków. "Que se vayan todos" - "tylko skóra i kości". To zdanie wyrażało w tamtym momencie nastrój całego kraju.

W dniu 20 grudnia prezydent Fernando de la Rua uciekł helikopterem przed wściekłym tłumem z Pałacu Prezydenckiego "Casa Rosada". W następnych dniach, które przypominały wojnę domową, zginęło 25 osób. Większość z nich zginęło w starciach między demonstrantami a policją. Ostatecznie największe bankructwo w historii tego państwa kosztowało nie tylko stratę 130 miliardów dolarów, ale także 39 żyć ludzkich.

"Sytuacja w Argentynie była nieskończenie bardziej dramatyczna niż w Grecji", mówi Lavagna. "Nikt nie odzyskał swoich pieniędzy, bieda ogarnęła ponad 50 procent populacji, do łask powrócił ponownie nawet handel wymienny (barter), w który zaangażowanych było sześć milionów ludzi. W Grecji do tego jeszcze długa droga."

W zamieszaniu wywołanym protestami społecznymi przewinęło się czterech prezydentów w dwanaście dni, aż dopiero senatorowi Eduardo Duhalde udało się zasiąść w fotelu prezydenta 2 stycznia i sprawował swoje rządy około 15 miesięcy. Jego pierwszym rozporządzeniem było zakończenie parytetu kursu walutowego wobec dolara, w wyniku czego z dnia na dzień peso straciło trzy czwarte swojej wartości. "To co łączy Argentynę z dzisiejszą Grecją to to, że oba kraje żyły ponad stan", porównuje Lavagna. Roczna recesja, deficyt budżetowy i na rachunku obrotów bieżących, silna waluta, która jest poza kontrolą państwa. Argentyna była odosobnionym krajem w międzynarodowym systemie finansowym. "Ateny są członkiem jednego z najpotężniejszych politycznego i gospodarczego sojuszu świata". Jesienią Argentyna była już dużo dalej.

Prezydent Carlos Menem w 1991 roku związał peso z dolarem w celu walki z hiperinflacją. Pozwoliło to natychmiast ograniczyć inflację i dało ludności nieznana dotąd siłę nabywczą. Argentyńczycy podróżowali po całym świecie, kupowali domy, duże samochody.

Walter Molana ekspert ds. Ameryki Łacińskiej w BCP Securities uważa, że parytet dolara na końcu złamał Argentyńczykom karki. "Rosła tylko konsumpcja, a nie realna siła gospodarcza". Firmy nie były już konkurencyjne, ponieważ towary z importu był dużo tańsze. Od 1995 do 2001 zbankrutowało siedemnaście tysięcy firm. Setki tysięcy miejsc pracy zostało utracone. Chociaż Menem sprywatyzował nierentowne przedsiębiorstwa państwowe to uzyskane w ten sposób pieniądze nie zostały zainwestowane w infrastrukturę, ale wydane na bieżące potrzeby rządu.

W połowie lat dziewięćdziesiątych wybuchł kryzys finansowy w Meksyku, ale został opanowany dzięki entuzjazmowi inwestorów dla Ameryki Łacińskiej. Potem pojawiły się bańki na rynku produktów rolnych, rosła wartość dolara i argentyńskie produkty były coraz rzadziej kupowane. Rząd musiał pożyczać więcej i więcej aż Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który popierał argentyńską neoliberalną ścieżkę zaczął mieć wątpliwości. Także Argentyńczycy zaczęli mieć podejrzenia: "Nie zostało już wiele czasu." Tak rozpoczął się proces wycofywania dużych sum pieniędzy z kraju. Tylko 30 listopada z krajowego systemu finansowego odpłynęło 1.5 miliarda dolarów. Trzy dni później fundusze zostały zamrożone. Kryzys był już na ostatniej prostej.

"Wszystko co MFW sugeruje obecnie Grecja, zalecał również Argentynie", powiedział Lavagna - w dół płace i emerytury, a w górę podatki. "Są to oszczędności kosztem ludności tak, aby banki otrzymały swoje pieniądze z powrotem. Jeśli stosować się do tych zaleceń, to stworzysz program chroniący interesy wierzycieli, ale nie pomoże to rozwiązać problemów kraju i sparaliżuje wszelką działalność gospodarczą." Poprzednicy Lavagna rozmawiali z MFW w sprawie programu restrukturyzacji oraz kredytu na kwotę od 20 do 25 miliardów dolarów. Gdy rozpoczął swoją pracę na stanowisku ministra gospodarki w kwietniu 2002r., razem z Prezydentem Duhalde udali się natychmiast do Waszyngtonu gdzie dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego Horst Köhler powiedział, że Argentyna nie dostanie więcej żadnych dodatkowych pieniędzy z funduszu.

Nawet dzisiaj Lavagna opowiada anegdotę o dialogu z Köhlerem: "Musiałem powtórzyć to kilka razy. Köhler myślał, że mnie nie rozumie z powodu mojego angielskiego. Nie mógł uwierzyć, że ktoś chce odrzucić błogosławieństwo MFW" mówi były minister gospodarki - i nie może powstrzymać uśmiechu. "Robiliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami MFW" powiedział Lavagna. Ale wystąpiły duże różnice zdań między nami. "Chcieliśmy także wygenerować nadwyżkę budżetową. Naszym pomysłem była restrukturyzacja długu, obniżenie stóp procentowych i wykorzystanie zaoszczędzonych pieniędzy dla dobra kraju." Pieniądze, których Lavagna nie chciał wypłacić na rzecz wierzycieli zostały wykorzystane do stymulacji rynku wewnętrznego, infrastruktury, badań, technologii i edukacji. "Chcieliśmy zmniejszyć inflację, zwiększyć produkcję i tworzyć nowe miejsca pracy". Lavagna wygenerował nadwyżkę budżetową w wysokości 4.5 punktu procentowego PKB.

Prywatni wierzyciele Argentyny musieli zaakceptować 70-procentową redukcję długu. Opór był wielki - nawet do dzisiaj, szczególnie w Niemczech. Kiedy Prezydent Cristina Kirchner składała rok temu wizytę w Berlinie, ostrożnościowo zrezygnowano z lotu rządowym samolotem Tango 01, gdyż niemieccy wierzyciele grozili że mogą go zająć.

Ale kryzys i dewaluacja peso pogrążyła Argentyńczyków w biedzie. Roczny dochód na jednego mieszkańca spadła z 7 400 do 3 300 dolarów. Wiele towarów było dostępnych tylko na czarnym rynku. Nieruchomości straciły znacznie na wartości. W spichlerzu Ameryki Południowej ludzie musieli głodować a tysiące dzieci plądrowały kosze na śmieci w poszukiwaniu jedzenia. Ci, którzy mieli krewnych za granicą, uciekli. Dziesiątki tysięcy Argentyńczyków złożyło wnioski o wizy w Hiszpanii czy Włoszech. Inni przenieśli się do Meksyku.

"Było tak, jakby ktoś zabrał Argentyńczykom grunt spod nóg" mówi psycholog Mónica Arredondo. "Wszystko co ludzie zbudowali na przestrzeni pokoleń, rozpłynęło się w powietrzu." Ponieważ nie było ani pieniędzy, ani kredytów, w całym kraju powstawały ośrodki, gdzie ludzie mogli się wymieniać między sobą, nawet dentyści oferowali swoje zabiegi za żywność. Zdarzały się zakupy nowych samochodów za kilka ton zboża. Około 45 ton soi było potrzebnych na nowego pick-upa. W tym samym czasie około 150 upadłych fabryk, sklepy, hoteli i szpitali zostało przejętych przez pracowników, którzy prowadzili je dalej jako spółdzielnie. Pakowacze, ślusarze i pokojówki stali się nagle przedsiębiorcami i biznesmenami - musieli nauczyć się księgowości, a także sprzedaży. Było to połączenie teorii Adama Smitha i Karola Marksa.

W marcu 2003 roku, 15 miesięcy po tym jak rozpoczął się kryzys wybory prezydenckie wygrał prawie nieznany dotąd gubernator prowincji Santa Cruz - Nestor Kirchner. Pod jego rządami powrócił wzrost gospodarczy i zaufanie do kraju. Słabe peso sprawiło, że kwitł eksport. Argentyna miała również szczęście. Chiński apetyt na soję, pszenicę i inne surowce dał krajowi boom, który trwa do dziś. Z tytułu eksportu towarów rolnych do Argentyny płynie rocznie 35 miliardów dolarów. To podstawowa różnica w stosunku do Grecji.

Dla pogrążonego w kryzysie południowoeuropejskiego kraju Lavagna sugeruje, aby nie iść ortodoksyjną drogą: "Jeśli Grecja postąpi tak jak Argentyna, w ciągu dziesięciu lat znów stanie się konkurencyjna. UE musi wesprzeć ją w konsolidacji budżetu. Albo Ateny wyjdą tymczasowo ze strefy euro, albo będą miały dwie waluty - drachmę wewnątrz niej, a euro na zewnątrz." Można oczywiście dyskutować z opiniami Pana Lavagna, ale ja słyszałem że jak dwie osoby mówią Ci że jesteś pijany to lepiej się połóż. A co Ty sądzisz na ten temat?

* Intencją wpisu nie jest sugerowanie jakoby wszystkie kryzysy spowodowała Argentyna. Tytuł jest przenośnią sugerującą, że kraj ten jako doświadczony kryzysem dużo wcześniej mógłby obecnie służyć swoimi radami dla państw takich jak Grecja.

niedziela, 29 stycznia 2012

Oszczędności tylko pogarszają kryzys

Europę straszy obecnie widmo bankructwa. Drżą przed nim wszystkie europejskie rządy. Aby wypędzić demona, ich gospodarki muszą przejść terapię szokową. Na razie nic nie wydaje się pomagać. Gospodarki nadal się chwieją, dług nadal rośnie. Agencja ratingowa Standard Poor`s obniżyła ratingi dziewięciu krajom strefy euro, w tym Francji. Agencja Fitch zrobiła to samo w stosunku do pięciu. Każdy, kto nie jest zaślepiony przez głupotę, zwróci uwagę na uzasadnienie tych obniżek. Jeśli produkt krajowy brutto (PKB) się skurczy, automatycznie pociągnie to za sobą zwiększenie wskaźnika zadłużenia. Jedynym sposobem na zmniejszenie długu (z wyjątkiem zawieszenia płatności publicznych pieniędzy do gospodarki poprzez ich dodruk) jest stymulowanie wzrostu gospodarczego.

Strach przed zadłużaniem się jest zakorzeniony w ludzkiej naturze, więc przeciętny człowiek uzna zmniejszanie zadłużenia jako uzasadniony cel polityczny. Każdy z nas ma jakieś zobowiązania płatnicze - często w formie kredytu. Dług może powodować lęki, jeśli nie wiemy czy będziemy w stanie go spłacić.

Obawy te są łatwo przenoszone na poziom długu publicznego - pieniędzy, które rząd jest winien wierzycielom. Jak wytłumaczyć o co chodzi ludziom, którzy chcą od rządów spłaty tych setek miliardów długów? Brytyjski premier David Cameron ujął to: "Dług publiczny jest taki sam jak zadłużenie w karcie kredytowej, musisz je spłacić". Wynika z tego natychmiast kolejny krok - aby spłacić dług publiczny lub przynajmniej go ograniczyć, rząd musi wyeliminować deficyt budżetowy, ponieważ potrzebny jest wzrost dochodów budżetowych ponad kwotę zaciąganego długu uzyskany w sposób trwały. Jeśli rząd nie robi nic, dług publiczny staje się nie możliwy do utrzymania.

Stiglitz: UE planuje "pakt samobójczy"

Na co zwrócić uwagę przyszłych pokoleń? Tutaj również można posłużyć się analogią do zadłużenia gospodarstwa domowego. Moja śmierć nie spowoduje całkowitego wymazania moich długów. Moi wierzyciele będą mieli do niego dostęp np. poprzez mój majątek - wszystko, co chciałem zostawić dzieciom. Podobnie jeśli rząd zbyt długo zaciąga długi w sposób niekontrolowany to obciąża nim przyszłe pokolenia. Ja sam mogę korzystać z rozrzutności rządu, ale moje dzieci będą musiały to kiedyś spłacić.

To tłumaczy dlaczego w centrum zainteresowania polityki fiskalnej większości rządów jest dzisiaj redukcja deficytu. Rządy z "wiarygodnymi" planami "konsolidacji fiskalnej" są podobno lepiej postrzegane niż inni dłużnicy. Oznacza to, że przy założeniu, że jeśli rząd będzie w stanie pożyczyć taniej, to z kolei powinno obniżyć stopy procentowe dla prywatnych kredytobiorców i w efekcie dać dodatkowe korzyści dla całej gospodarki. Tak więc konsolidacja fiskalna jest uważana za złoty środek do ożywienia gospodarki. Ten nurt oficjalnej doktryny najbardziej rozwiniętych krajów świata zawierać co najmniej pięć głównych wad, które w dużej mierze są niezauważane, przez co całe powyższe rozumowanie wydaje się być niewiarygodne.

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Po pierwsze rządy mają więcej możliwości spłaty swojego długu niż osoby prywatne. Rząd kraju z własnym bankiem centralnym może po prostu finansować się pożyczkami z tego banku poprzez dodruk pieniądza. Odnosi się to także do krajów strefy euro i ich rządów, które muszą spłacić swoje długi. Jeśli ich (zagraniczni) wierzyciele, będą naciskać zbyt mocno, to wystarczy zaniechać płatności. Będzie to oznaczało bankructwo, ale jak pokazał przykład Islandii i Argentyny, potem życie toczy się dalej tak jak wcześniej.

Po drugie, celowe zmniejszenie deficytu nie jest dziś najlepszą metodą dla rządu na zbilansowanie budżetu. Zmniejszenie deficytu w samym środku spowolnienia gospodarczego nie doprowadzi do wyzdrowienia, ale do dalszego załamania, bo skutkuje tym, że zmniejsza dochód narodowy z którego pochodzą przychody budżetu państwa. To tylko dodatkowo utrudnia, a nie ułatwia osiągnięcie zamierzonego celu, czyli zmniejszenie deficytu budżetowego. Rząd brytyjski zanotował już 112 miliardów funtów więcej długu niż planował w momencie ogłaszania programu zmniejszenia deficytu w czerwcu 2010.

Po trzecie, dzisiejszy dług nie ma powiązania z obciążeniami przyszłych pokoleń. Nawet jeśli może to doprowadzić do powstania przyszłych zobowiązań podatkowych (a czasami tak to się kończy), aby zaspokoić transfery od podatników do obligatariuszy. Może to mieć niepożądane skutki dystrybucyjne. Ale staranie się, aby spłacić wszystkie długi teraz jest także w rzeczywistości obciążaniem przyszłych pokoleń: natychmiastowe obniżenie dochodów, spadek zysków, ucierpią fundusze emerytalne, projekty inwestycyjne zostaną zaniechane lub przełożone, a domy, szkoły i szpitale nie zostaną wybudowane. Przyszłe pokolenia będą w gorszej sytuacji, ponieważ nie będą miały do dyspozycji pewnych aktywów, które mogłyby mieć.

Po czwarte, nie ma związku między poziomem długu publicznego i ceną, którą rząd musi płacić za jego sfinansowanie. Stopy procentowe, które za swój dług płacą takie kraje jak Japonia, USA, Wielka Brytania i Niemcy są równie niskie, pomimo ogromnych różnic w poziomie zadłużenia i polityki fiskalnej.

I wreszcie po piąte, zmniejszenie kosztu finansowania zewnętrznego dla rządów nie spowoduje automatycznej obniżki kosztu kapitału dla sektora prywatnego. Pożyczki dla firm i ludności nie odbywają się po tzw. stopie wolnej od ryzyka, za którą przyjmuje się oprocentowanie amerykańskich obligacji skarbowych i wykazano, że ekspansywna polityka pieniężna może co prawda sprowadzić oprocentowanie obligacji rządowych w dół, ale będzie to miało niewielki wpływ na udzielanie nowych kredytów przez banki. W rzeczywistości zachodzi tutaj odwrotna reakcja: powodem, dla którego odsetki płacone przez państwo w Wielkiej Brytanii i innych krajach są tak niskie jest to, że oprocentowanie kredytów dla sektora prywatnego jest tak wysokie.

Dzisiaj w Europie nie mówi się o niczym innym jak pakt fiskalny i obniżenie zadłużenia publicznego. Oczywiście temat jest niezwykle ważny, ale trzeba uważać, aby nie wylać dziecka z kąpielą i przy okazji nie doprowadzić do jeszcze większego załamania w gospodarce. Dobrym przykładem niech będą dla nas gospodarki takich krajów jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania w których mimo nieustannych cięć dług wcale nie spada, a jedyne co rośnie to niezadowolenie społeczne. No ale najważniejsze, że nastroje niemieckich przedsiębiorców są pozytywne, prawda?

Tekst na podstawie artykułu.

niedziela, 22 stycznia 2012

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Wiele osób mówi obecnie o "Planie na rzecz wzrostu", który pomógłby europejskim krajom z basenu Morza Śródziemnego pokonać kryzys. Brzmi to rozsądnie, tylko że w tzw. krajach PIIGS - Portugalia, Irlandia, Italia, Grecja i Hiszpania "planów rozwoju" nigdy nie brakowało. Co jest powodem obecnej zapaści i dlaczego tak trudno jest pokonać ten kryzys? Zachęcam Cię do przeczytania tekstu W. Streecka, który przetłumaczyłem na język polski.

Przystąpienie państw południowych do Unii Europejskiej było również wejściem do największego na świecie obszaru jednolitego rynku. Regionalne programy operacyjne i fundusze strukturalne Unii Europejskiej zostały przygotowane w celu sfinansowania infrastruktury potrzebnej biedniejszym krajom do wykorzystania nowych możliwości rynkowych. Następnie nastało euro, które w połączeniu z wysoką inflacją krajów południa Europy doprowadziło tam do niesamowicie niskich stóp procentowych. Rzeczywiście, łatwo dostępne kredyty przyniosły Portugalii i Hiszpanii rozkwit. Ale pieniądze, które powinny zwiększyć konkurencyjność tych krajów i dać im podstawę dla zrównoważonego wzrostu, zostały skierowane w złym kierunku - zamiast wzmacniać przemysł, stymulowały głównie spekulacje na rynku nieruchomości.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Co poszło nie tak? Dziś dowiadujemy się, że mimo udostępnienia nawet najlepszych warunków makroekonomicznych (niskich stóp procentowych) i hojnych funduszy infrastrukturalnych brakuje tam rodzimej klasy średniej - przedsiębiorców gotowych inwestować w długoterminowy rozwój przemysłu w swoim kraju. Przedsiębiorców, którzy chcieliby powiązać swój los z losem ich ojczyzny, w skrócie, patriotycznych elit gospodarczych. To niezwykle trudne zadanie w świecie, w którym przedsiębiorcy mają globalne alternatywy do inwestowania swoich pieniędzy i energii.

W krajach PIIGS istnieją patriotyczni przedsiębiorcy - na przykład w Katalonii i kraju Basków, w północnych Włoszech. Rzeczywiście okazuje się, że te regiony trzymają się całkiem nieźle w czasie kryzysu. Ale tam gdzie pieniądze znajdują się głównie w rękach rodzin arystokratycznych lub pseudoarystokratycznych (oligarchicznych) górę wziął kryzys. Deregulacja rynków kapitałowych sprzyja tym bogatym rodzinom, które nie chcą brudzić sobie rąk inwestowaniem w kraju, ale robią to na świecie - nieruchomości w Nowym Jorku, statki pływające pod koreańską banderą z karaibską lub chińską załogą lub po prostu zakup obligacji USA.

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

W Grecji nie ma pieniędzy? Wręcz przeciwnie - klany rodzinne Onassis i Niarchos znajdują się wysoko na liście najbogatszych na świecie. Inwestują nie tylko w swoim kraju. Wiarygodne dane potwierdzają, że najbogatsi z krajów PIIGS płacą mniej podatków niż ich odpowiednicy w bogatej Europie północnej. Staje się oczywiste, że wszystkie kraje UE które korzystają z pomocy strukturalnej nie są w stanie opodatkować swoich oligarchów.

Jednocześnie ze względu na transfery środków z Unii zmniejsza się potrzeba zapewnienia skutecznego systemu kontroli. Północna Europa uzupełnia dziury spowodowane przez oszustwa podatkowe i eksport kapitału w Europie Południowej. Dotowana jest niepisana umowa z Południowymi post-faszystowskimi elitami, aby pozostawić je samemu sobie, a nie wywłaszczać na rzecz przedsiębiorczej klasy średniej. Zwłaszcza w Grecji, bogactwo koncentruje się w rękach kilku rodzin.

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Czy to nie idzie zbyt daleko? Weźmy na przykład Włochy - kraj, który jest naprawdę dwoma krajami - północne Włochy są częścią zachodniego serca Europy i grają w tej samej lidze co Bawaria, Austria, Dolina Rodanu. Południowe Włochy są z drugiej strony podobne do Grecji, Portugalii lub dużej części Hiszpanii. To niesamowite, że południowe Włochy razem z północnymi mają wspólną walutę, dostęp do rynków i stóp procentowych, a także otrzymały szerokie wsparcie strukturalne, znacznie większe niż to na które mogły liczyć kraje takie jak Grecja. Nie zostało z tego nic z powodu archaicznej pre-kapitalistycznej struktury społecznej, której nie rusza się z powodów politycznych.

Gorzej - tak długo, jak płyną pieniądze z zewnątrz, Rzym nie musi walczyć z tymi, którzy kierują je do nieproduktywnych sektorów, takich jak np. luksusowa konsumpcja. W rzeczywistości środki pomocowe były wykorzystywane do kupowania poparcia politycznego dla partii rządzących w pogrążonych w stagnacji regionach. Bruksela pozytywnie opiniowała opracowane plany rozwoju, co degenerowało systemy korupcyjne.

Północni Włosi odrzucają dziś kategorycznie kolejne transfery do południowców. Liga Północna mówi nawet o możliwym podziale Włoch, co pozwoliłoby zachować Włochom z północy swoje pieniądze. Jeśli północni Włosi nie chcą płacić za południowych, mimo wszystkich swoich nadziei na to, że ich plany pozwolą wreszcie na wzrost, jak możemy oczekiwać od podatników z Niemiec, Danii czy Holandii aby zgadzali się na ciągłe dofinansowanie południowców?

Przedprzemysłowe struktury władzy południowych Włoch były do przyjęcia, gdy były one finansowane przez UE w ramach pomocy regionalnej z Europy Północnej. Środki te były przez pewien czas niemal wyłącznie do dyspozycji Włoch. Od kiedy pękła bańka kryzysu włoska spójność narodowa jest zagrożona.

Co dalej z euro?

Mamy nauczkę - wzrost gospodarczy nie jest jedynie funkcją makroekonomii, ale także struktury społecznej kraju. Krajom PIIGS nie udało się zaimplementować post-fordowskich struktur społecznych, które pobudzają przedsiębiorczość i innowacyjność. Teraz może być już za późno. Stare bogactwo może ulecieć tak szybko jak nigdy przedtem, a zbyt wiele czasu dla ubogich krajów zajmie nadrobienie zaległości do takich potęg jak Niemcy i Chiny.

Mści się obecnie, że post-faszystowskie demokracje Hiszpanii, Portugalii i Grecji przyjęły socjalistyczną drogę do nowoczesności. Zamiast reformowania kraju i ponownej redystrybucji dodano tylko więcej demokracji. Przypomnienie: We wszystkich tych krajach rozwijały się organizacje i partie komunistyczne. Utrzymanie ich z dala od władzy było kluczowe w procesie integracji krajów południa Europy z Unią Europejską, co z kolei było ambicją Niemców i Francuzów. Ale razem z marginalizacją euro-komunistów utracono także stare elity.

Nadzieją południowców był wariant postępu socjaldemokratycznego - pojednanie klas, liberalna demokracja i społeczna gospodarka rynkowa. Wierzono, że zachęcona integracją europejską powoli urośnie klasa średnia, która unowocześni przedsiębiorstwa i obali stare elity. To nie zadziałało. Kraje południowej Europy, które wzmocniły swoją socjaldemokratyczną ścieżkę muszą teraz płacić rachunek w postaci nowych planów wzrostu bez żadnych efektów w postaci wzrostu.

Autor oryginalnego tekstu, Wolfgang Streeck jest dyrektorem Instytutu Badań Społecznych Maxa Plancka.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Wszyscy pytają co dalej z euro? Tak jak głosi tytuł wpisu europejskie państwa potrzebują miliardów! I nie chodzi mi tylko o zadłużone po uszy kraje południa Europy i coraz wyższe kwoty o których co chwilę słyszysz, że tylko one mogą pozwolić je uratować. Chodzi mi o wszystkie kraje europejskie, które żyją w stanie permanentnego deficytu budżetowego i muszą co roku emitować nowe obligacje, aby sfinansować swoją działalność. Ile pieniędzy potrzebują kraje strefy euro w 2012?

1. Włochy - Kraj Mario Montiego musi w 2012 roku zrolować dług w wysokości 307 miliardów euro, który pojawi się w postaci przedstawianych do wykupu obligacjach rządowych. To 19,3% PKB Włoch za 2011r. W 2013 r. będzie to kolejne 154.6 mld euro do wykupu.

2. Niemcy - W 2012 Niemcy muszą znaleźć nabywców na 273 miliardów euro, i jest to drugie największe do obsłużenia zadłużenie. Wynosi ono 10,6% PKB przewidywanego na rok 2011. W 2013 r. kanclerz Angela Merkel będzie musiała pozyskać nowe 186 mld euro.

3. Francja - Sama Francja ma 240 miliardów euro długu w obligacjach, które musi wykupić w 2012 roku, co stanowi 12% jej PKB w 2011 r. 2013 r. przyniesie dodatkowe 125,3 miliardów euro do wykupu.

4. Hiszpania - Pod rosnącą presją ze strony rynków finansowych, kraj ten musi pozyskać 132,2 miliardów euro w 2012 roku na spłatę obligacji rządowych. Stanowił to 12,2% PKB przewidywanego na rok 2011. 2013 r. dług do wykupu będzie mniejszy - 82,8 mld euro.

5. Belgia - kraj w którym nie było rządu przez ponad 500 dni po wyborach parlamentarnych w 2010 roku. W 2012 roku musi obsłużyć 56,6 miliardów euro zapadającego zadłużenia. Jest to 15% PKB za 2011 rok. W następnym roku będzie to 30 mld euro.

6. Holandia - Premier Holandii Mark Rutte w 2012 r. musi wykupić obligacje na łączną kwotę 55,6 miliardów euro, czyli 9,2% PKB tego kraju za 2011. W 2013 do wykupu jest kolejne 31 mld euro.

7. Grecja - W dniu 11 listopada 2011 r. Lucas Papademos, były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, został zaprzysiężony jako nowy premier Grecji. Jego kraj bardzo zadłużony kraj będzie musiał znaleźć 43,3 miliardów euro na spłatę długów wymagalnych w 2012 r. Jest to solidne 19,6% greckiego PKB na 2011 rok. W następnym roku będzie trzeba pozyskać 27,8 mld €.

8. Portugalia - Od czerwca 2011 nowym premierem Portugalii jest Passos Coelho. Jego kraj będzie musiał spłacić 22,2 miliardów euro w 2012 roku, które wynoszą 12% PKB. W 2013 do pozyskania 10,8 mld euro.

9. Austria - Ten mały alpejski kraj rządzony przez kanclerza Wernera Faymanna musi zapewnić 18 mld euro na spłatę obligacji w 2012 roku, co stanowi 6% PKB. 2013 r. to konieczność spłaty kolejnych 17,5 mld euro.

10. Finlandia - kraj ten będzie musiał refinansować 14,8 miliardów euro w roku 2012. To 7,7% fińskiego PKB. W następnym roku do spłaty będzie znacznie mniej, bo 6,3 mld €. Finlandia niedawno zażądała zastawu od Grecji za swój udział w europejskim pakiecie ratunkowym.

11. Irlandia - Premiera Irlandii Enda Kennyego, który urzęduje od marca 2011 roku, będzie musiał spłacić 5,6 miliardów euro obligacji, które zapadają w 2012 r. To 3,6% PKB za rok 2011 - nie wiele w porównaniu do innych krajów. W następnym roku do spłaty będzie ponownie 6,1 mld euro.

12. Słowacja - Słowacja ma do spłaty w 2012 roku obligacje na kwotę 4.8 miliarda euro, a w 2013 kolejne 3,7 mld euro. Obligacje, które trzeba będzie wykupić w 2012 r. odpowiadają ok. 7.5% PKB za 2011.

Podsumowując powyższe dwanaście największych krajów strefy euro musi pożyczyć w 2012 r. 1 173.1 mld euro (1.2 biliona euro!). Piszę musi pożyczyć, bo przecież nie da się obecnie sfinansować wykupu tych obligacji w żaden inny sposób, one po prostu muszą być zrolowane.

A co u nas? W 2012 Polska musi wykupić obligacje za 103,3 miliardy złotych (ok. 23 mld euro) co stanowi ok 7,3% PKB. To na prawdę nie mała kwota i może być niezwykle ciężko pozyskać ją na rynku. Szczególnie że nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru do lokowania kapitału w długu. Pierwszy duży wykup już 25. stycznia - minister finansów musi pozyskać na rynku wtedy ok. 22.5 mld złotych. Zapowiada się ciekawy rok przed nami!

piątek, 6 stycznia 2012

Szokujące prognozy Saxo Banku na rok 2012

Saxo Bank opublikował swoje szokujące prognozy na rok 2012. Większość z nich wydaje się dziś mało prawdopodobne, ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy. Prognozy jak to prognozy, wcale nie muszą się wydarzyć, ale gdyby nawet część z nich miała miejsce to miałyby one znaczący wpływ na rynki.

A oto odważne i szokujące prognozy Saxo Banku na 2012 r.:

1. Akcji Apple Inc spadną o 50 procent w stosunku do maksymalnej wartości z 2011
We właśnie się rozpoczynającym roku 2012 Apple będzie musiał stawić czoła wielu konkurentom, takim jak Google, Amazon, Microsoft / Nokia i Samsung, na rynku najbardziej innowacyjnych produktów - iPhone oraz iPad. Apple nie będzie w stanie utrzymać swojego 55% udziału w rynku (trzy razy tyle co Android) oraz 66% na rynku iOS i iPad.

2. UE ogłosi przedłużony urlop dla banków w 2012
Grudniowe zmiany traktatu UE okażą się niewystarczające do rozwiązania potrzeb finansowych UE, zwłaszcza Włoch i kryzys zadłużenia powróci na rynki z impetem w połowie roku. W odpowiedzi to giełdy spadną o 25% w krótkim czasie, co skłoni polityków aby ogłosić dłuższy urlop dla banków. Wszystkie europejskie giełdy i banki zostaną zamknięte na tydzień lub więcej. Co dalej z euro?

3. Nieznany dotąd kandydat wygra wybory do Białego Domu
W 1992 roku miliarderowi z Texasu, Ross Perot, udało się wykorzystać recesję i obrzydzenie do polityki, aby zebrać 18,9% głosów. Trzy lata rządów Obamy przyniosło zbyt mało zmian i tylko dodatkowe powszechne rozczarowanie z całego amerykańskiego systemu politycznego, w związku z czym warunki dla kandydat z trzeciej partii nigdy nie były lepsze niż obecnie. Ktoś z silnym programem prawdziwych zmian zgłosi swoją nominację na początku 2012 roku i zgarnie prezydencję w listopadzie w jednym z najbardziej kluczowych głosowaniu w historii Stanów Zjednoczonych, przy poparciu 38% głosów.

4. Australia wejdzie w recesję
Skutkiem spowolnienia chińskiej gospodarki będzie wepchnięcie innych krajów Azji i Pacyfiku w recesję. Jednym z krajów silnie zależnych od rozwoju chińskiej gospodarki jest Australia z jej dużym uzależnieniem od górnictwa i zasobów naturalnych. Jak tylko chiński popyt na te towary osłabnie, Australia wejdzie w recesję, która zostanie pogłębiona przez załamanie w sektorze mieszkaniowym - pół dekady po pozostałych krajach rozwiniętych.

5. Nowe regulacje Basel III doprowadzą do nacjonalizacji 50-ciu banków w Europie
Rośnie ciśnienie na europejski system bankowy w związku z nowymi wymogami kapitałowymi i nowe regulacje powodują, że banki muszą znaleźć dodatkowy kapitał w wielkim pośpiechu. To powoduje wyprzedaż aktywów finansowych mimo, że na rynku jest mało chętnych na zakupy. Zamrożenie europejskiego rynku międzybankowego spowoduje że, nieufni w systemy gwarancji depozytów poręczanych przez niewypłacalne rządy, oszczędzający zaczną run na banki (zaczną masowo wypłacać swoje depozyty). Ponad 50 banków będzie wymagało wsparcia poprzez nacjonalizację, a kilka znanych marek przestanie istnieć. (Pisałem już o tym, że banki zwalniają, gdyż muszą poprawić swoje wyniki)

6. Szwecja i Norwegia zastąpią Szwajcarię jako bezpieczną przystań
Jak widzieliśmy na przykładzie Szwajcarii, bycie bezpieczną przystanią w świecie kryzysu zadłużenia powoduje szereg zagrożeń dla gospodarki kraju. Rynki kapitałowe obu krajów są znacznie mniejsze niż Szwajcarii, ale Szwajcarzy agresywnie dewaluują własną walutę i zarządzający funduszami poszukują nowych bezpiecznych przystani dla kapitału. Przepływ pieniędzy na rynki obligacji obu państw stanie się tak popularny, że 10-letnie obligacje będą oprocentowane ponad 100 punktów bazowych poniżej także uważanych za bezpieczne niemieckich bundów.

7. Szwajcarski Bank Narodowy wygra i przesunie kurs EURCHF do 1,50
Szwajcarski upór w walce przeciwko aprecjacji swojej waluty opłaci się w 2012 roku. Z powodu zależności szwajcarskiej gospodarki od eksportu, w dalszym ciągu będzie ona cierpiała w 2012 roku z powodu siły CHF, w związku z tym SNB i rząd podejmą dalsze kroki aby zapobiec kolejnym szkodom i wprowadzenie nawet ujemne stopy procentowe, aby wywołać ucieczkę kapitału z tego kraju i dzięki temu uda im się sprowadzić kurs EURCHF do poziomu 1,50 w ciągu najbliższego roku.

8. Kurs USDCNY urośnie o 10 procent do 7,00
Z powodu malejących zysków z rynku mieszkaniowego i coraz niższych marż eksporterów Chiny znajdą się na krawędzi "recesji", czyli 5-6 proc wzrostu PKB. Chińscy decydenci przyjdą na ratunek eksporterom poprzez umożliwienie spadku renminbi wobec dolara - podsycanego przez amerykański status bezpiecznej przystani w czasie globalnego spowolnienia gospodarczego i obecnych problemów z zadłużeniem w strefie euro. Doprowadzi to do zmiany pary USDCNY do 7,00, czyli 10 procentowego wzrostu.
Jak na razie to ruchy były raczej w drugą stronę i mówi się o końcu ery dolara.

9. Baltic Dry Index wzrośnie o 100 procent
Niższe ceny ropy naftowej w roku 2012 mogą doprowadzić do wzrostu indeksu Baltic Dry w związku ze spadkiem kosztów. Brazylia i Australia zwiększą dostawy rudy żelaza co doprowadzi do dalszego obniżenia cen i zaspokoi rosnące zapotrzebowanie na ich import ze strony Chin w celu zapewniania surowców produkcji przemysłowej. W połączeniu z łagodzeniem polityki pieniężnej doprowadzi to do masowego skoku popytu na rudę żelaza.

10. Ceny pszenicy wzrosną dwukrotnie
Cena pszenicy CBOT podwoi się w 2012 roku po najgorszych zbiorach w 2011 roku. Razem z 7 miliardami ludzi na ziemi i ciągłym dodrukiem pieniędzy przez banki centralne, złe warunki pogodowe na całym świecie sprawiają, że będą to trudne lata na rynku produktów rolnych. Wzrost cen będzie szczególnie widoczny na rynku pszenicy, gdzie spekulanci którzy mają obecnie jedną z największych krótkich pozycji w historii, będą napędzać ceny w kierunku rekordowego 2008 roku.

Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank, powiedział: "Nasze straszne prognozy zostały przygotowane w celu zachęcania inwestorów do niestandardowego myślenia i przygotowania się do zmian zachodzących na świecie . Nieszablonowe myślenie rzadko jest łatwym ćwiczeniem, ale nie jest nim także radzenie sobie z przykrą niespodzianką do której nie udało się nam przygotować w żaden sposób."

Wierzyć lub nie. Faktycznie lepiej to przemyśleć i spróbować przygotować się na najgorsze. Szczególnie, że nic nie wskazuje na to, żeby miało nam być jakoś lepiej.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Chińsko-japońska umowa walutowa - koniec ery dolara!

Japonia i Chiny podpisały umowę w której zdecydowały się na rozliczanie swojej wymiany handlowej we własnych walutach - jenie i renminbi, bez udziału dolara jako waluty pośredniej. Dla dolara i euro będzie to silne uderzenie, szczególnie w tak trudnym dla nich okresie kryzysu. Nie ma wątpliwości, że to początek końca ery dolara.

Chiny i Japonia zamierzają w przyszłości zapewnić bezpośredni i płynny rynek wymiany dla swoich walut - jena i renminbi. Ponadto Japonia planuje zacząć kupować chińskie obligacje rządowe, co było wcześniej prawie niemożliwe ze względów regulacyjnych. Premier Japonii Yoshihiko Noda i chiński premier Wen Jiabao zapowiedzieli te zmiany po swoim grudniowym spotkaniu w Pekinie. Realizacja umowy zawartej między drugą i trzecią największą gospodarką na świecie osłabi w konsekwencji rolę dolara jako światowej waluty rezerwowej, ponieważ do tej pory około 60 procent ich wspólnej wymiany handlowej - w 2010 r. około 340 miliardów dolarów (260 miliardów euro) - dokonywane było za pośrednictwem dolara.

W związku ze stopniową liberalizacją chińskiej waluty, umowa zaboli zarówno członków strefy euro jak i Stany Zjednoczone w związku z ich własnym długiem. Zarówno USA jak i państwa strefy euro są bardziej zależne niż kiedykolwiek od woli innych państw do tego, aby w dalszym ciągu masowo kupowały dolara i denominowane w euro obligacje rządowe. Wielkie nadzieje w tym zakresie pokładane są w Chinach i Japonii, które razem mają około 4.5 biliona dolarów rezerw walutowych i to w dużej mierze w dolarach amerykańskich, ale do tej pory miały trudności aby utrzymywać je odpowiednio w jenach czy renmibi.

Chiny i Japonia w ostatnich tygodniach podeszły raczej z rezerwą do zakupów na większą, niż do tej pory, skalę obligacji rządowych denominowanych w euro. Oba te kraje również czują się nieswojo z uzależnieniem od dolara, które jest tym większe, im wyższe są ich własne rezerwy rezerwy walutowe powstałe w związku z nadwyżkami eksportowymi. "Biorąc pod uwagę samą skalę handlu dwóch największych gospodarek Azji między sobą, ta umowa jest dużo ważniejsza niż wszelkie inne umowy walutowe zawarte przez Chiny w przeszłości" powiedział Ren Xianfang, ekonomista IHS Global Insight w Pekinie dla agencji informacyjnej Bloomberg.

Otwierając swój własny rynek dla obligacji rządowych Chin, Japonia uzyskałaby alternatywę dla dolara i euro. Ze względu na potencjał aprecjacji, renminbi jest główną alternatywą dla dolara amerykańskiego i euro jako atrakcyjna waluta inwestycyjna. Do tej pory chińskie władze nie akceptowały silniejszego umocnienia swojej waluty niż dwa do czterech procent rocznie w celu zwiększenia własnej konkurencyjności w eksporcie. Dlatego zwłaszcza banki centralne krajów o wysokich rezerwach walutowych przez lata starały się inwestować w dolarach i euro zamiast w renminbi.

Japonia wprowadzi teraz formalne zmiany, aby od roku 2012 mieć możliwość zakupu chińskich obligacji denominowanych w renminbi i zainwestuje w nie początkowo "niewielką sumę". Nie wątpliwe pokazuje to, że era dolara chyli się ku upadkowi, a poszczególne kraje szukają bezpiecznych przystani w których będą mogły lokować swoje rezerwy walutowe i nie narażać się na ryzyko monetyzacji długu publicznego poprzez dodruk pustego pieniądza przez USA czy strefę euro.

czwartek, 29 grudnia 2011

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Włochy to chory człowiek Europy - jak powiedział sam Silvio Berlusconi. Jego następnca, Mario Monti, ma przed sobą trudny okres. Nowy rząd musi niezwłocznie zająć się wieloma problemami gospodarczymi.

Co dalej z euro?

Osłabienie wzrostu gospodarczego jest największą negatywną spuścizną po Silvio Berlusconim. Wychodzą teraz na wierzch wszystkie braki i błędy ostatnich lat. Od 2002, pierwszego pełnego roku w którym Berlusconi sprawował władzę gospodarka Włoch rosła z roku na rok wolniej niż średnia dla strefy euro lub państw G7 - grupy najbardziej uprzemysłowionych.

Włochy współdzieliły swój los z Niemcami aż do 2005 r., ale potem Niemcy zabrali się do reform nazywanych "Agenda 2010". We Włoszech także próbowano niezbędnych reform strukturalnych, ale szybko się z nich wycofano. Kraj pilnie potrzebował odbiurokratyzowania, złagodzenia polityki zatrudnienia (szczególnie ułatwienia zwolnień) i prywatyzacji firm, które nadal są w rękach państwa, wyjaśnia włoski ekonomista Alberto Alesina.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Gdy Włochy przystąpiły w 1999 r. jako członek-założyciel do Europejskiej Unii Walutowej, pozycja ich gospodarki i przemysłu nie była gorsza od niemieckiej. Ale podczas gdy Niemcy uchwaliły trudne reformy i zwiększały konkurencyjność poprzez ograniczenie wynagrodzeń i reformy strukturalne, Włochy poszły drogą innych południowych europejczyków i wykorzystały niskie stopy procentowe do wzrostu swojej konsumpcji. Doprowadziło to do wzrostu deficytu rachunku obrotów bieżących. Obecnie kraj ten importuje głównie surowce i energię, ale także środki transportu, chemię, włókna syntetyczne i elektronikę.

1. Ostry podział na północ-południe

Podstawowym problemem włoskiej gospodarki jest ogromna przepaść pomiędzy uprzemysłowioną północą kraju, która jest jednym z najbogatszych regionów w Europie, i biednym rolniczym południem nękanym przez mafię. Oba regiony po dziesięcioleciach transferów finansowych nadal nie są połączone w jeden organizm.

Berlusconi współrządził z separatystyczną Ligą Północną, która doszła do władzy wykorzystując niezadowolenie w północnych Włoszech na transfery dla biednego południa. W związku z tym niewiele zrobiono, aby rozwiązać podziały pomiędzy północą i południem. PKB na mieszkańca w najbogatszym regionie Lombardia w 2003 był ponad dwukrotnie wyższy niż w najbiedniejszym regionie Kalabria. Pięć lat później wszystko wciąż wyglądało tak samo. W żadnym innym kraju Europy Zachodniej regionalne różnice w zakresie stopy bezrobocia i dochodu na mieszkańca nie są tak duże jak we Włoszech.

Siła nabywcza wszystkich Włochów wynosi prawie miliard euro - w Europie wyższa jest jedynie w Niemczech i Francji. Ale średnia 16 333 € per capita w parytecie siły nabywczej, zgodnie z badaniami instytutu GfK ukrywa ogromne różnice regionalne. Tak więc Mediolańczycy mają dwa razy tyle pieniędzy co w Neapolu. Siła nabywcza na południu jest o jedną czwartą niższa niż na północy. Siedem z dziesięciu najbiedniejszych gmin w kraju leży w prowincji Neapol. Rząd Berlusconiego nie zrobił nic, aby rozwiązać te problemy i pozostawił je swojemu następcy.

2. Spadek konkurencyjności

Włochy przestały być rywalem dla niemieckiego przemysłu na światowych rynkach. Stało się tak z dwóch powodów: Po pierwsze, utracono przewagę konkurencyjną z powodu rosnących kosztów. Po drugie, włoskie firmy nawet silniejsze niż niemieckie na rynkach w Europie i Ameryce Północnej są silnie skoncentrowane a tym samym bardziej narażone na skutki kryzysu finansowego.

Brak reform strukturalnych i hojna polityka płacowa oznaczała, że produkcja we Włoszech w ostatniej dekadzie stawała się coraz bardziej kosztowna. Jednostkowe koszty pracy wzrosły we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat o ponad jedną czwartą, podczas gdy w Niemczech tylko około o pięć procent. Wyrównanie tego braku konkurencyjności kosztowej wewnątrz unii walutowej będzie bolesne i portwa wiele lat.

Nowe rynki gospodarek wschodzących zostały przez Włochów zaniedbane. I to nie tylko dlatego, że jak otwarcie narzekają przedstawiciele przedsiębiorców, Berlusconi znacząco słabiej w stosunku do innych szefów rządów wykorzystywał swoje wyjazdy zagraniczne w celu rozwoju nowych rynków eksportowych.

Włochy są jednym z głównych eksporterów w UE i konkurują przede wszystkim w inżynierii mechanicznej z Niemcami. 57 procent eksportu wysyłane jest do krajów europejskich. Chiny zajmują dopiero dziewiąte miejsce na włoskiej liście eksportowej, a kraj rozwijający się taki jak Polska dziesiąte. Niemcy są dużo dalej: ponad połowa ich eksportu wysyłana jest do klientów spoza UE, a Chiny są siódmym kierunkiem eksportowym. Włochy opierają się głównie na Bliskim i Dalekim Wschodzie.

3. Niewydolny system opieki społecznej

Przed wyborami w 2008 roku Silvio Berlusconi obiecał wiele reform - w tym systemu emerytalnego, który wymaga gruntownych zmian. Nic jednak w tej sprawie nie zrobił.

Wiek emerytalny w Niemczech stopniowo podnoszony jest do 67 lat, podczas gdy we Włoszech się to nie udało. Kraj ten nie może pozwolić sobie jednak na kosztowny system emerytalny, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa. Nigdzie w Europie nie przypada tak mało dzieci na kobietę jak w kraju Berlusconiego: średnia wynosi 1,3. Ma to swoje konsekwencje: Następne pokolenie będzie musiało ponosić koszty swoich świadczeń emerytalnych w dużym stopniu samodzielnie.

Szczególnie koalicjant Berlusconiego - Liga Północna silnie opierała się reformie systemu emerytalnego. Partia Umberto Bossiego jest głosem pracowników z północnych Włoszech. Wielu z nich zaczęło pracować w wieku 16 lat. Przejście na emeryturę w wieku 67 lat wydaje się dla nich nierealne.

W liście do UE Berlusconi obiecał przeprowadzić reformę emerytalną i podnieść wiek emerytalny do 67 lat. Ponadto prawo pracy ma stać się wkrótce łatwiejsze i bardziej elastyczne. Berlusconi obiecał także zmniejszenie ochrony pracowników przed zwolnieniem. Celem jest motywowanie przedsiębiorstw do zatrudniania nowych pracowników. We Włoszech zwłaszcza młodzi ludzie pracują na kontraktach terminowych (tzw. umowach śmieciowych), a starsi są prawie nieusuwalni ze stanowiska.

4. Niskie nakłady na badania i rozwój

Jedną z największych słabości konkurencyjnych Włoch w porównaniu z innymi krajami są niskie nakłady na badania i rozwój. Śródziemnomorski kraj wydaje tylko 1,3 procent produktu krajowego brutto na ten cel. To mniej niż połowa tego co zapewniają kraje takie jak Niemcy czy Dania.

W wyniku braku inwestycji nikła jest liczba zgłoszeń patentowych. Według Europejskiego Urzędu Patentowego we Włoszech w zeszłym roku zarejestrowano tylko 2 000 patentów. Z drugiej strony Niemcy zgłosili ich ponad 12 000.

We Włoszech nie tylko nakłady na badania rządowe są znacznie niższe niż gdzie indziej. Jest także mniej firm badawczych. Tylko około połowa pieniędzy na badania pochodzi z przemysłu. W Niemczech odsetek ten jest o prawie dwie trzecie wyższy. Rozbieżności są również związane z tym, że we Włoszech istnieje tylko kilka dużych firm, a wielu małych i średnich przedsiębiorstw nie stać na utrzymywanie kosztownych działów rozwoju. Tym bardziej są one zależne od badań publicznych. Ponadto potrzebne jest wzmocnienie współpracy z uniwersytetami, tak jak to miało miejsce w kilku przypadkach na północy kraju.

Przewodnicząca potężnego stowarzyszenia przemysłowego Confindustria, Emma Marcegaglia wzywa rząd do zwiększenia rządowych funduszy na badania i rozwój i wyraźnie wskazuje Niemcy jako model. Marcegaglia wzywa również do podobnych interakcji między przedsiębiorstwami i uniwersytetami jak w Niemczech.

5. Zadłużenie państwa na rekordowym poziomie

Gdy Silvio Berlusconi został premierem w 2001 roku odziedziczył kraj w całkiem niezłym stanie. Kierując się pragnieniem, aby być wśród członków-założycieli Europejskiej Unii Monetarnej, jego poprzednicy prowadzili umiarkowaną politykę konsolidacji: zadłużenie państwa, które dziś wynosi ponad 120 procent PKB było w okolicy 100 procent. Berlusconi - sam będąc przedsiębiorcą - także miał trochę ambicji, ale mimo obietnic dalszej redukcji długu w kierunku wymaganych 60 procent, które złożył w czasie przystąpienia kraju do strefy euro, po 2004 r. dług publiczny nadal rósł niebezpiecznie.

Za wzrost do 120 procent odpowiedzialny jest gwałtowny wzrost deficytu budżetowego. Tylko dwa razy od 2001 r. deficyt Włoch pozostawał poniżej poziomu trzech procent PKB - w latach w których rządził Romano Prodi.

Podobne jak w pogrążonej w kryzysie Grecji, we Włoszech również wysoki jest poziom szarej strefy, a oszustwa podatkowe są ogromnym problemem. Ekonomiści oceniają szarą strefę na 15 do 25 procent PKB. Ale Berlusconi nigdy nie odważył się zacząć zwalczać oszustwa podatkowe. Co więcej, publicznie wyrażał dla nich zrozumienie. W trzech amnestiach dla oszustów podatkowych odzyskał kilka miliardów euro, ale dzięki temu wzrosły tylko zachęty do ukrywania dochodów (zawsze można je będzie ujawnić w czasie amnestii gdy zacznie się nam palić grunt pod nogami).

6. Powszechna korupcja

Szerząca się korupcja jest poważnym problemem we Włoszech. Rząd Silvio Berlusconiego tylko obserwował jak problem ten się nasila. Według organizacji Transparency International Włochy znajdowały się na liście najmniej skorumpowanych krajów na 29. miejscu w 2001 r. i spadły na 67. miejsce w 2010 roku. Dla porównania Niemcy w tym samym okresie awansowały z 20. na 15. miejsce.

Na każdym kroku włoska gospodarka cierpi z powodu wysokich barier administracyjnych. Problem pogarsza fakt, że przedstawiciele jej organów ciągle wstrzymują rozwój przedsiębiorstw - pozwolenia na budowę, przyłączenie do sieci drogowej lub elektrycznej - wszystko trwa nieskończenie długo. Często miesza się to z przestępczością zorganizowaną.

Korupcja sprawia, że firma funkcjonują w stanie ogólnej niepewności. W żadnym innym kraju nowe ustawy i ramy prawne nie zmieniają się tak często jak we Włoszech. Ponadto każdy, kto kładzie nacisk na jego prawa i idzie do sądu musi liczyć się, że postępowanie będzie się ciągnęło latami.

Berlusconi chwali się swoją reformą wymiaru sprawiedliwości, która nakłada maksymalny czas trwania procesów oraz skraca ścieżkę sądową. To co pomija to że reforma dotyczy tylko prawa karnego. Dla firm przyspieszenie w sprawach cywilnych byłby znacznie bardziej istotne. To pokazuje, że wzrost korupcji i brak bezpieczeństwa prawnego straszy nie tylko włoskich inwestorów, ale również zagranicznych.

7. Utrata dobrego wizerunku

Nie tylko wyniki gospodarcze Włoch ucierpiały pod rządami Silvio Berlusconiego. Spowodowane jest to konfliktami interesów i licznymi ekscesami seksualnymi premiera. Włoscy eksporterzy skarżą się coraz bardziej, że podczas pobytu za granicą muszą spotykać się z uwagami o "Bunga Bunga" i przepraszać swoich partnerów biznesowy jakby byli z republiki bananowej.

To niezwykle złe dla biznesu, zwłaszcza dla tych przedsiębiorstw które opierają się na pozytywnej niegdyś marce "Made in Italy". Są to głównie firmy odzieżowe i producenci żywności, którzy nie sprzedają tylko wysokiej jakości materiały i smaki, ale także styl życia kraju z którego pochodzą. Nie na darmo jednym z najgłośniejszych krytyków rządu jest założyciel i szef marki butów Tod - Diego della Valle.

Głośne narzekania słychać także z innych branż gdzie menedżerowie włoskich firm w Chinach i Brazylii są coraz bardziej zobowiązani do uzasadniania zachowania Berlusconiego. Prezes Stowarzyszenia Przemysłu Confindustria, Emma Marcegaglia powiedziała ostatnio: "Jesteśmy zmęczeni byciem międzynarodowym pośmiewiskiem".

Wpis na podstawie artykułu.