Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 marca 2012

Najbezpieczniejsze banki 2012

Dziś mam do zaproponowania kolejny wpis dotyczący rankingu przygotowanego przez magazyn Global Finance rankingu najbezpieczniejszych banków na świecie w 2012. Powstał on na bazie ocen wiarygodności kredytowej dokonanej przez agencje Moody’s, Standard&Poor’s oraz Fitch, a także wielkość aktywów każdej z instytucji. Poprzednie edycje tego rankingu za lata 2011 i 2009, znajdziesz pod linkami.

Kryzys zadłużenia nadal szaleje w Europie i obawy o zarażenie się nim od krajów południa Europy ma wpływ na rynek bankowy i prognozy na całym wzrostu na całym świecie. Na zmiany w rankingu wpływ miały także przewroty na Bliskim Wschodzie i w Afryce czy problemy z obniżeniem ratingu kredytowego USA przez standard & Poors. Ponad 40 z 50 największych banków z ubiegłorocznego rankingu pojawiło się znów na tegorocznej liście. Oznacza to, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można je uznać na godne zaufania i bezpieczne. "Zdolność kredytowa kontrahenta ma zasadnicze znaczenie dla firm i inwestorów na całym świecie", mówi wydawca Global Finance Joseph D. Giarraputo. "Bardziej niż kiedykolwiek, firmy na całym świecie analizują długoterminową siłę kredytową swoich banków i współpracują tylko z tymi bankami, które mają sprawdzoną wytrzymałości i stabilność."

Na szczycie rankingu bez zmian - nadal najbezpieczniejszym bankiem na świecie jest niemiecki KfW. Ale w końcu to niemiecki bank państwowy, a przez ostatni rok, chyba żaden kraj na świecie nie kojarzył się z bezpieczeństwem finansowym tak często i mocno jak Niemcy. Stąd wynik KfW wcale nie dziwi. Tymczasem jak co roku proponuję przyjrzeć się pozycją instytucji obecnych w Polsce...

8. (-2) Rabobank z Holandii (właściciel Rabobank Polska i akcjonariusz w BGŻ)
19. (-3) HSBC z Wielkiej Brytanii (właściciel HSBC Polska)
20. (+2) Nordea Bank ze Szwecji (właściciel Nordea Bank Polska)
27. (-12) BNP Paribas z Francji (właściciel BNP Paribas Polska)
29. (Nowy) DZ Bank z Niemiec (właściciel DZ Bank Polska)
35. (-2) Deutsche Bank z Niemiec (właściciel Deutsche Bank PBC)
39. (Nowy) DNB Bank z Norwegii (właściciel DnB NORD Bank Polska)
48. (-27) Credit Agricole z Francji (właściciel Credit Agricole Bank Polska)
50. (-40) Banco Santander z Hiszpanii (właściciel m.in. BZ WBK a już nie długo także Kredyt Banku)

W porównaniu z zestawieniem z zeszłego roku z banków obecnych w Polsce w tym nie pojawiło się Societe Generale z Francji (właściciel Eurobanku). I jeszcze krótkie podsumowanie z których krajów pochodzą najbezpieczniejsze banki (jest ich więcej niż 50, gdyż niektóre miejsca zajmowane były ex aequo:

Kanada - 7
Niemcy - 6
Francja - 5
USA - 5
Australia - 4
Holandia - 3
Singapur - 3
Chiny - 2
Japonia - 2
Szwajcaria - 2
Szwecja - 2
Wielka Brytania - 2
Arabia Saudyjska - 1
Finlandia - 1
Katar - 1
Kuwejt - 1
Luksemburg - 1
Norwegia - 1
Tajwan - 1
Zjednoczone Emiraty Arabskie - 1

Pełny ranking znajdziesz tutaj.

niedziela, 11 marca 2012

Niekończąca się dyskusja - jak rozwiązać kryzys zadłużenia?

Co państwa zachodnie powinny zrobić w celu przezwyciężenia kryzysu - wpompować jeszcze więcej pieniędzy w gospodarkę jak chcą Amerykanie? Czy może zwiększyć oszczędności, jak do tej pory robiły to państwa strefy euro? Jest to moim zdaniem najważniejszy spór gospodarczy z którym przyszło się zmierzyć naszemu pokoleniu, a wybrane rozwiązanie uwarunkuje dalszy rozwój na lata.

John Maynard Keynes wiedział to już prawie sto lat temu: "Idee ekonomistów i filozofów politycznych, niezależnie czy uważane za dobre czy złe, są bardziej skuteczne niż ludzie myślą." Teraz, w środku kryzysów finansowego oraz zadłużenia publicznego, coraz mocniejsza staje się walka o to które prawdy ekonomiczne uznać za te właściwe i wszystko wskazuje na to, że rok 2012 sprawi, że stanie się ona tylko jeszcze bardziej zacięta. Tego gdzie przebiega linia podziału nikt nie wyjaśnił lepiej niż brytyjski premier David Cameron, gdy w grudniu zawetował rozmowy prowadzone na szczycie Unii Europejskiej i wrócił na Wyspy. Dyktat paktu stabilności dla Europy, mieszanka oszczędności i regulacji bankowych - może być wprowadzona wszędzie ale bez Wielkiej Brytanii.

Od tego czasu jest jasne to co widzimy od początku kryzysu, że Anglosasi są w dużej mierze przekonani o tym, że kontynentalni Europejczycy są po prostu inni. Za mało, za późno - te słowa powtarzają Amerykanie do Niemców jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy. Nawet rząd Busha w 2008 roku wezwał niemiecki rząd do możliwego ratowania banków za dużych by upaść. Chwilę później Amerykanie wymogli na Angeli Merkel wprowadzenie programów stymulujących gospodarkę np. wsparcie zakupu nowych samochodów. Za oceanem uznano je jednak za zbyt małe.

Obecnie nie ustają rozmowy i spekulacje o jeszcze większych bodźcach ekonomicznych. Nawołuje się do zmiany spojrzenia na niektóre zasady w celu wykupienia Europy z kryzysu. Niezależnie od tego, czy uratuje to zagrożone kraje śródziemnomorskie z zapaści czy nie, Berlin powinien zagwarantować ich dług i pozwolić na dużo większe działania Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Podobnie jak ich odpowiednik w Stanach Zjednoczonych, EBC powinien skupować bez żadnych ograniczeń obligacje rządowe krajów pogrążonych w kryzysie i w ten sposób obniżyć ich stopy procentowe.

Zbyt dużo, zbyt wcześnie - można usłyszeć z Londynu i Waszyngtonu na temat postulatów krajów Europy aby nie tylko przyjąć nowe regulacje dla banków, ale także regulować rynki finansowe. USA i Wielka Brytania są przeciwnikami projektowanego przez Francuzów i Niemców podatku od transakcji finansowych. Kontrast jest ogromny i nie jest ograniczony do stanowiska rządów. Także światowi ekonomiści biorą udział w toczących się obecnie wojnach religijnych. Światowe media ekonomiczne i ekonomiści opowiadają się po jednej lub drugiej stronie konfliktu.

Po II wojnie światowej Amerykanie i Europejczycy byli keynesistami i twierdzili, że wyjścia z kryzysu gospodarczego trzeba dokonać poprzez wzrost wydatków rządowych. Kiedy w latach siedemdziesiątych takie podejście przestało działać, większość stała się 'pseudo-liberałami' i popierała obniżenie podatków. W ten sposób narodziły się dwie doktryny ekonomiczne, które ścierają się na naszych oczach.

Niemieckie podejście skłania się tego, aby bank centralny stał na straży stabilności waluty, a w ciężkich czasach rządy mają zacieśniać dyscyplinę budżetową i oszczędzać poprzez ograniczenie wydatków. Dreszcz przechodzi Niemcom po plecach, gdy słyszą o łamaniu konstytucyjnych limitów zadłużenia, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że sami robili to w przeszłości. Kolejna oś podziału dotyczy tego jak powinna wyglądać w Europie odpowiedzialność za długi i tego czy państwa powinny pożyczać pieniądze na rynku wspólnie w ramach euroobligacji. Wyjście z obecnego kryzysu zadłużenia potrwa 15 do 25 lat, gdyż tyle zajmie powrót do poziomu 60% PKB uznawanego jako rozsądny górny limit zadłużenia państwa. Jeśli jakiś kraj się na to nie godzi może opuścić pakt stabilności i strefę euro. Nikt jednak nie może zapewnić, że przyjęcie niemieckich rozwiązań, zawartych w pakcie stabilizacyjnym, nie będzie drogą do finansowej śmierci i dalszej degradacji państw Europy, jak określił takie działanie Josep Stiglitz.

Tak jak duże są różnice pomiędzy zdaniami ekspertów co do słusznej drogi wyjścia z kryzysu, tak nawet jeszcze większe są różnice pomiędzy politykami i liderami największych krajów. Angela Merkel i Barack Obama są dla siebie mili przed kamerami, ale już na przykład Nicolas Sarkozy i David Cameron obrażają się publicznie. Jest to walka między dwiema tradycjami, a także dwiema grupami interesów. Ameryka chce wykupić się z kryzysu, nie lęka się niczego więcej niż długiej recesji. Zaakceptuje inflację, choć będzie ona kosztować ją utratę części swojego majątku. Tymczasem Niemcy chcą ograniczyć ryzyko inflacji i zmniejszyć zadłużenie państwa, gdyż według nich to tylko zwiększa ryzyko popadnięcia w przyszłości w jeszcze większe kłopoty. Ich rozwiązaniem jest trwałe zwiększanie dobrobytu poprzez utrzymywanie pod kontrolą finansów państwa i zwiększanie poczucia stabilności. Obecny kryzys pokazuje, że nie da się pogodzić obu tych podejść.

Jak zawsze poza nauką i przekonaniami w tle znajdują się interesy i realne pieniądze. Nowy Jork i Londyn są światowymi centrami finansowymi. Siedziby mają tam największe zachodnie banki oraz fundusze inwestycyjne, które przysłużyły się do znaczącego wzrostu bogactwa wielu grup społecznych w tych krajach. W czasie ostatniego kryzysu wartość majątku sektora finansowego w USA spadła o ponad jedną trzecią, podczas gdy w pozostałej części gospodarki było to jedynie pięć procent wartości sprzed kryzysu. Tak duża rozbieżności pokazuje jak wiele w Stanach Zjednoczonych zależy od branży finansowej.

Nie inaczej jest w Wielkiej Brytanii. Nowy Jork i Londyn są domem dla bankowości inwestycyjnej oraz funduszy inwestycyjnych i venture capital. Są domem pierwszej i drugiej rewolucji przemysłowej a także rewolucji internetowej. Oba te kraje mają liberalne społeczeństwa o porównywalnym podejściu do ryzyka, migracji i historii kolonialnej. Wiele uwagi poświęca się kapitalizmowi, który napędza tamtejsze życie. I tak jak wykupili obecną bańkę, tak samo postąpią z kolejną.

Tymczasem wielu twierdzi, że Europa kontynentalna i w szczególności Niemcy są inni. Tysiące ich małych i średnich przedsiębiorstw dominują na światowych rynkach maszyn czy chemii. W ciągu kilku lat rozwój przemysłu eksportowego znacznie silniej decydował o rozwoju gospodarki niemieckiej niż branża finansowa. Mniej było tu także spekulacji, ponieważ może poza przykładem upadku i nacjonalizacji banku Hypo Real Estate, który stracił wiele pieniędzy na kredytach subprime, głównym zadaniem banków nadal było dostarczanie gospodarce pieniędzy poprzez udzielanie kredytów. Różna skala sektora finansowego oznacza także różne korzyści i koszty podejmowanych działań. Wall Street i City w Londynie masowo skorzystają z kolejnych projektów drukowania pieniądza przez banki centralne w celu utrzymania system przy życiu. Niemcy z drugiej strony znacznie bardziej niż upadku banków, boją się spowolnienia światowego handlu, dzięki któremu udało im się zbudować swoje bogactwo. Zdają się jednak nie dostrzegać, o czym już było na moim blogu we wpisie o dwóch kręgach kryzysu strefy euro, że oba te systemy są ze sobą powiązane i kłopoty jednego automatycznie przełożą się na drugi.

Nie da się jednak nie zauważyć, że nawet demograficznie oba systemy są znacząco inne. Dzięki imigracji i rodzeniu się dzieci Ameryce uda się zachować swoją wielkość, a wiele narodów europejskich tylko starzeje się i kurczy. Dlatego dług publiczny waży więcej w Niemczech czy we Włoszech niż w USA, ponieważ będzie spłacany w przyszłości przez mniejsze społeczeństwa. Dlatego też polityka ratunkowa w wygląda w tych krajach inaczej.

Różne jest także podejście do ryzyka. Mieszkańcy starej Europy mają większą awersję do ryzyka niż amerykanie. Jeśli mają do wyboru stabilność a dynamikę, na ogół na pierwszym miejscu postawią bezpieczeństwo. Skrajnym przykładem tego jest strach przed inflacją w Niemczech, podczas gdy Amerykanie po prostu tłumnie idą na zakupy. Powoduje to, że chociaż oficjalnie na cały zachodzie jest kapitalizm, to jednak nie wszędzie jest on taki sam. A może już czas przyznać, że kontynentalna Europa pogrążyła się w socjalu i nie jest jeszcze gotowa z niego zrezygnować? Tym gorzej brzmią słowa Mario Draghiego o końcu europejskiego państwa dobrobytu. Z drugiej strony mamy kapitalizm finansowy z którego korzyści czerpią Anglosasi.

Skończyły się czasy obowiązywania Konsensusu Waszyngtońskiego, którego politykę realizowały Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Ale ponieważ natura nie lubi próżni to na naszych oczach powstaje pewnego rodzaju konsensus Wall Street. Objawia się on w dyktacie amerykańskich agencji ratingowych i podporządkowaniu polityki gospodarczej państw nastrojom 'rynków'. Gdy europejscy politycy zaproponowali, aby poprzez ograniczone i podobno dobrowolne (jak spowiedź w czasach hiszpańskiej inkwizycji zdaniem prezesa Commerzbanku) umorzenie długu pomóc pogrążonej w kryzysie Grecji, wiele instytucji finansowych powiedziało, że nie będzie dłużej kupować europejskich obligacji rządowych, co wywindowało ich oprocentowanie. W konsekwencji Angela Merkel zapowiedziała, że w przyszłości nie będzie już zwracała się do prywatnych wierzycieli, aby dołączyli do pakietów ratunkowych. Było to małe zwycięstwo banków na koszt podatników.

Niezależnie jak oceniać obecne działania - Europa musi pokazać, że jest zdolna pokonać obecny kryzys zadłużenia i że wybrana przez nią droga oszczędzania nie jest tylko kupowaniem czasu do kolejnych wyborów, które w ciągu dwóch najbliższych lat przetoczą się przez kontynent. Co prawda Polska nie jest ani centrum finansowym, ani zagłębiem produkcyjnym Europy, ale wyzwania związane z kryzysem zadłużenia dotyczą także jej. I każdy z nas musi sobie odpowiedzieć, czy jest bardziej anglosasem czy socjal-europejczykiem.

czwartek, 8 marca 2012

Mieszkaniowe problemy chińskiego smoka

Chińska gospodarka radziła sobie dobrze w czasie spowolnienia gospodarczego na świecie. O jej sile niech świadczy niedawna chińsko-japońska umowa walutowa zwiastująca koniec ery dolara. Ale na tym pięknym wizerunku widać pewne rysy. Gdy zaczął się globalny kryzys, duże państwowe banki w Chinach pożyczały pieniądze na finansowanie ogromnych projektów budowlanych. Pozwalało to nadal rosnąć gospodarce, ale pieniądze pochodziły głównie z rachunków oszczędnościowych zwykłych chińczyków. Dzięki temu chińska gospodarka radziła sobie tak dobrze jak nigdy dotąd.

- Ale co, jeśli okaże się, że Chiny nie potrzebują wszystkich nowych mieszkań, które buduje się kraju. Wtedy przyjdzie dzień zapłaty dla gospodarki, mówi wykładowca finansów na Uniwersytecie Pekińskim Michael Pettis.

Pettis uważa, że wzrost w Chinach wpisuje się w długi i dobrze znany model. Rozwijający się kraj wydaje ogromne kwoty pieniędzy w projektach budowlanych. Gospodarka ma się dobrze do czasu, dopóki nie okaże się że zbudowano więcej niż potrzeba. Następną rzeczą, która się wtedy wydarzy jest pogorszenie się spłacalności kredytów.

- W każdym przypadku kończyło się to zbyt dużym zadłużeniem, mówi Pettis. - W niektórych przypadkach doprowadziło to do kryzysu zadłużenia, w innych przypadkach doprowadziło do dziesięciolecia bardzo powolnego wzrostu i galopującego wzrostu zadłużenia. I nikt nie zaszedł tak daleko jak Chiny.

Ale Chiny to również skrajny przypadek, z populacją 1,3 mld rozwija się w szalonym tempie, co pociąga za sobą wielkie zapotrzebowanie na rozwój infrastruktury. Arthur Kroeber z chińskiej firmy badawczej Dragonomics powiedział, że Chiny budowały w ten sposób już przez dziesiątki lat wcześniej. - W ciągu ostatnich 25 lat wielu mówiło "Oni tyle tam budują, ale czy ktoś kiedykolwiek z tego skorzysta?". Wrócisz tutaj pięć lat później i zobaczysz, że to co zostało zbudowane jest już niewystarczające. Myślę, że ta logika w końcu znika.

Gdzie najlepiej płacą?

Chińskie Biuro Statystyczne poinformowało, że ceny domów spadają, pisze Inwestor NuWire. Spadek cen od grudnia 2011 do stycznia 2012 r. jest widoczny w 70 największych miastach Chin, co oznacza wzrost z 52 miast w grudniu. Od początku 2011 roku rząd wprowadził ograniczenia w celu ograniczenia tempa spadków na rynku nieruchomości. Zwiększono minimalne limity spłat, ograniczono liczbę mieszkań które rodzina może posiadać i wprowadzono podatek od nieruchomości w Szanghaju i Chongqing. A to nie wszystkie z zastosowanych ograniczeń. Firma doradcza EC Harris napisała w swoim raporcie, że oczekuje dalszego spowolnienia na rynku, ale boją się, że środki zaradcze wprowadzone przez władze mogą spowolnić tempo wzrostu gospodarczego zbyt mocno.

W raporcie badawczym banku Nomura z dnia 24 lutego mówi się, że jednym z najważniejszych czynników, z powodu którego Chiny mogą doświadczyć tzw. "twardego lądowania" jest korekta na rynku nieruchomości. Ponadto, raport opisuje, że jednym z głównych problemów chińskiej gospodarki jest przeinwestowanie i przekredytowanie. Prawie połowa PKB Chin pochodzi z inwestycji i sektora budowlanego i powstaje coraz więcej powierzchni na sprzedaż.

W którym kraju żyje się najlepiej?

Jednym z przykładów może być miasto Ordos w Mongolii Wewnętrznej. Od rozpoczęcia projektu budowlanego w 2003 roku, nowo wybudowane miasto Kangbashi miało puste ulice, apartamenty, biura i centra handlowe. Osiem lat później, w 2011 rozpoczęły się spadki cen. W celu wybudowania tego opuszczonego miasta, banki udzieliły 180 mln dolarów kredytów, w tym 79 mln dolarów na opuszczone muzeum. Teraz wydaje się, że te pieniądze po prostu zmarnowano.

Samo Ordos nie jest opuszczonym miastem i żyje w nim nadal 1,4 mln mieszkańców. Ale w nowej dzielnicy Kangbashi - dostosowanej do wielkich tłumów, zamieszkało tylko 50.000 ludzi. - Lokalne władze pożyczyły wszystkie swoje pieniądze i zainwestowały je w nieruchomości. Teraz nikt nie może sprzedać mieszkań i wszystkie pieniądze zniknęły, mówi Yang Zhouluo do NTD.

Latem ubiegłego roku media informowały, że w Chinach niezamieszkanych jest między 64 a 65 milionów mieszkań. - To jest bańka nieruchomości. Bańka nieruchomości na poziomie którego nikt nigdy nie widział, powiedział analityk Gillem Tulloch dla australijskiego kanału telewizyjnego SBS. - Nadmierny rozrost przemysłu konstrukcyjnego jest nowoczesną wersją piramid budowlanych. Nie przyczynia się on do niczego w życiu zwykłych ludzi, ale wspiera wzrost PKB. Tulloch powiedział, że jedynym sposobem, którym rząd mógł osiągnąć ambitne cele PKB ustalone dla siebie w każdym roku, było właśnie tworzenie dużych miast. - To tworzy ogromny problem na przyszłość.

Koszt typowego apartamentu w jednym z nowych miast odpowiada około 250.000 złotych. To ponad 10 razy ile wynoszą średnie zarobki w Chinach. Jedyną rzeczą z którą zgadzają się wszyscy włącznie z chińskimi władzami jest to, że chińska gospodarka potrzebuje zmiany. Pytaniem jest tylko kiedy ta zmiana powinna nastąpić i czy nie jest już za późno.

niedziela, 26 lutego 2012

Dwa kręgi kryzysu strefy euro

Kryzys euro trwa nadal. Rok 2011 miał być tym, w którym politycy wreszcie będą mieli go w końcu pod kontrolą. Zamiast tego jest tylko gorzej. To, co zaczęło się jako kryzys w Grecji, było następnie kryzysem w południowej Europie, aż w końcu stało się kryzysem ogólnoeuropejskim. Pod koniec roku zaczęło się mówić głośno o tym, że banki i rządy przygotowują plany awaryjne na wypadek rozpadu strefy euro. Na razie nic takiego się nie wydarzyło. Rozwój kryzysu wynika z niepowodzenia dotychczasowej polityki jego gaszenia. Osoby za to odpowiedzialne nie były w stanie przełamać dwóch zaklętych kręgów.

Pierwszy został stworzony przez związek między długiem publicznym i bankami. Inwestorzy zaczęli wątpić w zdolność krajów do spłaty swoich długów. To spowodowało wzrost stóp procentowych i spadek cen obligacji rządowych. Ale kryzys zadłużenia zaszkodził również samemu zaufaniu do banków w Europie, które posiadają znaczną część z obligacji rządowych. Banki mogły pożyczać pieniądze rządom i dlatego nie musiały udzielać więcej kredytów aby zarabiać. A gdy przyszło spowolnienie gospodarki, perspektywy konsolidacji fiskalnej spowodowały, że było jeszcze bardziej ponuro. Ceny obligacji spadły dalej, co zabolało europejskie banki jeszcze bardziej.

Europejskie banki stara się uratować Europejski Bank Centralny poprzez przełamanie tego błędnego koła i w tym celu stosuje szeroką gamą środków polityki pieniężnej w tym zasilenie banków w tani pieniądz na trzy lata (dodruk pieniądza bocznymi drzwiami). Pozwoliło to przywrócić bankom zaufanie do pożyczania sobie wzajemnie i pewnego wznowienia akcji kredytowej.

Cyniczni obserwatorzy twierdzą, że EBC będzie tylko dawał bankom możliwość odkupienia od nich obligacji krajów pogrążonych w kryzysie. Ale portfele kredytowe banków będą się dalej osłabiać - w czasie, gdy regulatorzy desperacko próbują wzmocnić bilanse banków i wymóc na nich podniesienie kapitału. Decyzja EBC, aby zapewnić bankom nieograniczoną płynność nie jest rozwiązaniem problemu zadłużenia krajów i nie to nie było zamiarem EBC. Ale zastosowany środek pozwoli zapewnić co najmniej, że kryzys zadłużenia nie pociągnie za sobą kryzysu w sektorze bankowym, który w przeciwnym razie zwiększył by tylko problemy z zadłużeniem.

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

Drugie błędne koło w Europie to współoddziaływanie polityki oszczędnościowej rządów i spadku wzrostu gospodarczego. Podwyżki podatków i cięcia w wydatkach rządowych są niezbędne i nie ma co do tego wątpliwości. Ale wszystkie te elementy powodują zmniejszenie popytu, a tym samym wzrostu gospodarczego i prowadzą do tego, że państwa nie osiągają założonych celów redukcji deficytu. Konsolidacja fiskalna wymaga więc dalszych cięć wydatków, które ograniczają wzrost i w ten sposób dalej osłabiają budżety krajów pogrążonych w kryzysie.

W końcu recesja i bezrobocie doprowadzą do reakcji politycznej. Wyborcy niezadowoleni z oszczędności będą chcieli doprowadzić do zmiany rządzących, a do dołoży tylko niepewność jak zmiana rządów wpłynie na wzrost i spokój inwestorów.

Ten drugi krąg może zostać przełamany jedynie poprzez zwiększenie wzrostu gospodarczego, ale to łatwiej powiedzieć niż zrobić. Środowisko zewnętrzne nie jest obecnie łatwe. W Stanach Zjednoczonych widać powolny wzrost, a w krajach rozwijających się wzrost gospodarczy wydaje się maleć. Co więc powinni zrobić europejscy politycy? W celu przywrócenia wzrostu potrzebne jest dwutorowe podejście z działaniami zarówno po stronie popytu jak i podaży.

Badania nad europejską gospodarką wykazały, że małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP) tworzą wiele miejsc pracy. Ale aby rozwijać się i zwiększać zatrudnienie potrzebują kredytów. Podkreśla to znaczenie ostatnich działań EBC w których bank centralny wspierał płynność systemu bankowego.

Inne działania po stronie podaży powinien podjąć rząd. Parlament Włoch postanowił na przykład znieść ograniczenie czasu otwarcia sklepów - jako pierwszy krok w kierunku liberalizacji handlu detalicznego. Ale już np. taksówkarze skutecznie odparli próby liberalizacji swojego zawodu w celu zwiększenia elastyczności i efektywności. Zmierzenie się z interesami korporacji i grup zawodowych jest dużą przeszkodą do ożywienia wzrostu gospodarczego, gdyż kompleksowa reforma jest zawsze bardziej skuteczna niż fragmentaryczne działania.

Aby wygrać tą walkę, każda grupa interesów powinna poświęcić część swoich interesów na rzecz reform. To może pokazać, że europejski model socjalny nadal działa. Pokrzywdzeni przez reformy mogliby otrzymać hojne, lecz tymczasowe zasiłki dla bezrobotnych, a także finansowaną przez państwo i organizowaną przez poszczególne branże dalszą edukację i szkolenia. Rządy państw, które oferowałyby takie możliwości miałyby zapewnione większe poparcie polityczne, a zatem mogłyby łatwiej przetrwać w trakcie reform. Podobnie taksówkarze będą bardziej skłonni zgodzić się, na zwiększenie liczby licencji, jeśli zapotrzebowanie na ich usługi będzie się dynamicznie rozwijać.

Istnieją zatem konieczne działania stymulacyjne po stronie popytu i tam także potrzebne jest wsparcie EBC. Obniżki stóp procentowych nie są wystarczające. Jeżeli EBC chce podnieść ceny aktywów i obniżyć kurs euro, musi kupować obligacje na rynku wtórnym - niekoniecznie obligacje rządowe krajów w kryzysie, ale wszystkich członków strefy euro. Innymi słowy, wymaga to prowadzenia polityki quantitative easing (ilościowego rozluźnienia polityki pieniężnej).

Oszczędności tylko pogarszają kryzys

Nie ma żadnej gwarancji sukcesu, ale Europa może przerwać błędne koło tylko jeśli każdy dobrze odegra swoją rolę. Samo ślepe cięcie wydatków publicznych nic nie zmieni poza pogłębieniem recesji w i tak już ciężko doświadczonych społeczeństwach.

Tekst na podstawie artykułu.

niedziela, 12 lutego 2012

Azjatycka lekcja dla Europy

Kryzys finansowy którego kraje Azji Wschodniej doświadczyły w latach 1997-98 jest przykładem jak przy pomocy realnej gospodarki i cięć w poziomie życia wyjść na prostą. Kraje Europy mogą i powinny uczyć się na jego przykładzie. Istnieje malezyjskie przysłowie, które mówi: Kto zgubił drogę, powinien wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. Każdy kryzys finansowy oznacza, że zgubiono drogę, a zwłaszcza kraje europejskie muszą przemyśleć niektóre ze swoich zasad. W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro, po przytoczeniu przykładu z Argentyny - matki wszystkich kryzysów, chciałbym oddać głos Azjatom.

Świat nie jest już eurocentryczny. To jak Europa walczy z kryzysem, ma znaczenie dla wszystkich. Mocno wątpliwa jest jednak "nieomylność" Europejczyków. Błędne są utrzymywane przez nich podwójne standardy. Stulecia hegemonii sprawiły, że Europejczycy uważają, że wiedzą czego potrzebuje świat, ich wartości należy traktować jako uniwersalne, a wartości azjatyckie nie są uznawane za istotne.

To wyjaśnia proste rozwiązania, które zaoferowano krajom azjatyckim w czasie kryzysu walutowego lat 1997-98. Malezja powinna podnieść stopy procentowe aby uzyskać nadwyżkę budżetową. Banki i przedsiębiorstwa, które znalazły się w trudnej sytuacji mogły zbankrutować. To było panaceum. Ale kiedy Ameryce i Europie zajrzało w oczy widmo kryzysu finansowego, robi się tam dokładnie to czego zakazywano Malezji i Azji Wschodniej. To co zadziałało w Azji, rzekomo nie miałoby racji bytu na Zachodzie.

Przez ostatnie dwa stulecia w Europie kwitł kapitalizm. Europejskie produkty zapełniały półki na światowych rynkach. Zdominowały światowy handel, a ludzie w Europie cieszyli się najwyższym standardem życia. Ta historia europejskiego wzrostu gospodarczego i dobrobytu nie miała prawa nigdy się skończyć. Ale po II wojnie światowej doszło do uprzemysłowienia Japonii - w ten sposób Japończycy zaczęli produkować korzystne cenowo i o wysokiej jakości towary. Następne były Tajwan, Korea Południowa i Chiny. W skrócie Europejczycy utracili swoje rynki.

Nie mogąc dłużej konkurować z Azją, Europejczycy i Amerykanie przenieśli się głównie na rynki finansowe. Wymyślali nowe produkty finansowe: krótką sprzedaż akcji i walut, kredyty subprime, które są przyznawane mimo braku zdolności kredytowej oraz sekurytyzację kredytów lub inwestycji za pośrednictwem dźwigni i funduszy hedgingowych. Wszystko wydawało się nadal rosnąć i dobrze prosperować. Ale na rynkach finansowych nie ma prawdziwych firm. W ten sposób stworzono wiele miejsc pracy, ale nie wspierano handlu. Najważniejsi uczestnicy tego rynku łapczywie nadużywali system poprzez manipulowanie rynkami dla uzyskiwania coraz wyższych zysków.

Gdy analizowano przyczyny azjatyckiego kryzysu na konferencji MFW w Hong Kongu w 1997 roku uznano, że odpowiedzialne za niego go są transakcje walutowe. Waluty nie są dobrami konsumpcyjnymi i nie powinny być przedmiotem obrotu. Nadal jednak nie obchodziło to ani Banku Światowego ani MFW. Uznali oni, że dealerzy walutowi i firmy działające na tym rynku są zwolnione z obowiązku podatkowego i przejrzystości - w imię wolnego handlu, podczas gdy inne przedsiębiorstwa zapewniają przejrzystość i ich działalność została oczywiście uregulowana. Zależność Azjatów od pożyczek z MFW sprawiła, że sprawa została zamieciona pod dywan.

Nie dopuszczano żadnej krytyki obrotu walutowego, ale było przecież jasne że taki system wyzysku i nadużyć na rynku finansowym nie może trwać wiecznie. W 2008 r. bańka pękła. Banki, firmy ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne bankrutowały. Gdyby dolar nie był walutą rezerwową dla światowego handlu, nie byłby dziś wart prawie nic. Pisałem już o początku końca ery dolara.

Tak jak poprzednio w przypadku kryzysu Azji Wschodniej, Ameryka i Europa były w kryzysie. Ale nikt nie chciał przyjąć do wiadomości ich ubóstwa i potrzeby kroków oszczędnościowych. Wiedziano, że obywatele od razu zaczęliby demonstrować i strajkować przeciwko takim środkom. Ale to tylko pogarsza sprawę.

Kraje azjatyckie zachowywały się inaczej. Przełknęły stratę pieniądzy ze względu na dewaluację swoich walut. Niektóre kraje, zwrócił się do Banku Światowego i MFW. Malezja wprowadziła stały kurs wymiany i uniemożliwiła dostęp zagranicznych dealerów walutowych do rynku swojego ringgita. Mówiło się że ich gospodarka może się zapaść i nikt nie pożyczy im pieniędzy, a to wszystko miałoby katastrofalne skutki. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Malezja odchorowała swoje, ale znów cieszy się świetnością jak inne kraje.

Inne kraje regionu przetrwały również dlatego, że ludzie oddawali rządowi swoje własne pieniądze i biżuterię, aby pomóc spłacić dług. Robotnicy pracowali ciężej i tolerowali niższy standard życia. Jedyny sposób, w jaki europejskie gospodarki mogą wyjść z kryzysu to przyznać się do tego, że są biedne i przestać żyć ponad stan. Muszą wrócić do punktu wyjścia i zadbać o realną gospodarkę: produkcję towarów i usług, wynagrodzenia, zmniejszenie premii i innych profitów, aby stać się konkurencyjnym. Ponadto rynki finansowe powinny być monitorowane i kontrolowane przez rządy. Wiele produktów finansowych powinno być ściśle regulowane, jeśli nie zakazane.

Potrzebne jest nowe Bretton Woods, w którym biedne kraje będą dobrze reprezentowane. System stałych kursów walutowych, w oparciu o złoto lub potęgę gospodarczą. Handel na rynku walutowym powinien zostać zakazany. Należy rozważyć powrót do systemu walutowego opartego na złocie. Wahania cen złota byłyby niewielkie a handel nim związany z mniejszą niepewnością.

Banki powinny być lepiej uregulowane, aby zapobiec nadmiernej dźwigni finansowej, ograniczyć pożyczki i całkowicie zakazać kredytów subprime. System finansowy powinien być jednolity i stanowić wsparcie dla realnej gospodarki. Nawet jeśli to wszystko się wydarzy i kryzys się zakończy, to musimy pamiętać o jednym. Nie ma powrotu do status quo sprzed kryzysu. Europejczycy muszą przyjąć, że epoka europocentryzmu się praktycznie skończyła. Rozwiązań trzeba szukać na Wschodzie.

Tekst powstał na bazie artykułu Mahathira Mohamada - premiera Malezji w latach 1981 - 2003.

niedziela, 5 lutego 2012

Argentyna - matka wszystkich bankructw

W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro i czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy, pisałem już o tym, że Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy. Tymczasem mamy także inny przykład kraju, który niedawno musiał sobie poradzić z nie lada wyzwaniem. Dziesięć lat temu Argentyna była w stanie podobnym do dzisiejszej Grecji. Kraj ten nie mógł już spłacać swoich długów. Jakie wnioski z tamtego kryzysu mogą być pomocne w przypadku Grecji? Zapraszam Cię do przeczytania wpisu powstałego na bazie artykułu w Handelsblatt.

Buenos Aires dziesięć lat później, Roberto Lavagna siedzi zrelaksowany w swoim jasnym, przestronnym biurze. Jest początek lata na półkuli południowej, na zewnątrz modna Aleja 9-go Lipca jest pełna życia. Kupujący Argentyńczycy wychodzą na miasto, spotykają się w kawiarniach. Na stole stoi najnowsza książka Lavagny - "un país Pensando" co oznacza "Myślenie o kraju". Lavagna robi to często w ostatnich tygodniach, bo zawsze pytają go o to jak to było dziesięć lat temu, gdy Argentyna ogłosiła bankructwo. Rządy pogrążonych w kryzysie krajów południowej Europy pytają w jaki sposób udało mu się doprowadzić do normalności swój kraj po największym bankructwie w historii.

Dzisiaj kraj ma solidne podstawy. Nasiona soi i pszenicy, argentyńskie złoto są poszukiwanymi towarami, a w kraju montuje się także coraz więcej samochodów. Argentyna rośnie stale od prawie dziesięciu lat o osiem do dziewięciu procent rocznie. Lavagna, szczupły mężczyzna w niebieskiej koszuli uśmiecha się ujmująco. Niezwykłe działania polityka, który od kwietnia 2002 do listopada 2005 r. był Ministrem Gospodarki stały się fundamentem dla dzisiejszego boomu.

Tak jak każdemu Argentyńczykowi, również Lavagnie zapadły w pamięci ostatnie tygodnie grudnia 2001 r., gdy ludzie rozpoczęli zamieszki między Świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, po tym jak Argentyna padła na kolana pod ciężarem długu wynoszącego 140 procent PKB. Kryzys dotknął wszystkich - zubożała klasa średnia, a biedni stali się jeszcze bardziej ubodzy. Gdy konta bankowe zostały zamrożone, ludzie szturmowali banki i sklepy i wszyscy chcieli polować na tych cholernych polityków. "Que se vayan todos" - "tylko skóra i kości". To zdanie wyrażało w tamtym momencie nastrój całego kraju.

W dniu 20 grudnia prezydent Fernando de la Rua uciekł helikopterem przed wściekłym tłumem z Pałacu Prezydenckiego "Casa Rosada". W następnych dniach, które przypominały wojnę domową, zginęło 25 osób. Większość z nich zginęło w starciach między demonstrantami a policją. Ostatecznie największe bankructwo w historii tego państwa kosztowało nie tylko stratę 130 miliardów dolarów, ale także 39 żyć ludzkich.

"Sytuacja w Argentynie była nieskończenie bardziej dramatyczna niż w Grecji", mówi Lavagna. "Nikt nie odzyskał swoich pieniędzy, bieda ogarnęła ponad 50 procent populacji, do łask powrócił ponownie nawet handel wymienny (barter), w który zaangażowanych było sześć milionów ludzi. W Grecji do tego jeszcze długa droga."

W zamieszaniu wywołanym protestami społecznymi przewinęło się czterech prezydentów w dwanaście dni, aż dopiero senatorowi Eduardo Duhalde udało się zasiąść w fotelu prezydenta 2 stycznia i sprawował swoje rządy około 15 miesięcy. Jego pierwszym rozporządzeniem było zakończenie parytetu kursu walutowego wobec dolara, w wyniku czego z dnia na dzień peso straciło trzy czwarte swojej wartości. "To co łączy Argentynę z dzisiejszą Grecją to to, że oba kraje żyły ponad stan", porównuje Lavagna. Roczna recesja, deficyt budżetowy i na rachunku obrotów bieżących, silna waluta, która jest poza kontrolą państwa. Argentyna była odosobnionym krajem w międzynarodowym systemie finansowym. "Ateny są członkiem jednego z najpotężniejszych politycznego i gospodarczego sojuszu świata". Jesienią Argentyna była już dużo dalej.

Prezydent Carlos Menem w 1991 roku związał peso z dolarem w celu walki z hiperinflacją. Pozwoliło to natychmiast ograniczyć inflację i dało ludności nieznana dotąd siłę nabywczą. Argentyńczycy podróżowali po całym świecie, kupowali domy, duże samochody.

Walter Molana ekspert ds. Ameryki Łacińskiej w BCP Securities uważa, że parytet dolara na końcu złamał Argentyńczykom karki. "Rosła tylko konsumpcja, a nie realna siła gospodarcza". Firmy nie były już konkurencyjne, ponieważ towary z importu był dużo tańsze. Od 1995 do 2001 zbankrutowało siedemnaście tysięcy firm. Setki tysięcy miejsc pracy zostało utracone. Chociaż Menem sprywatyzował nierentowne przedsiębiorstwa państwowe to uzyskane w ten sposób pieniądze nie zostały zainwestowane w infrastrukturę, ale wydane na bieżące potrzeby rządu.

W połowie lat dziewięćdziesiątych wybuchł kryzys finansowy w Meksyku, ale został opanowany dzięki entuzjazmowi inwestorów dla Ameryki Łacińskiej. Potem pojawiły się bańki na rynku produktów rolnych, rosła wartość dolara i argentyńskie produkty były coraz rzadziej kupowane. Rząd musiał pożyczać więcej i więcej aż Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który popierał argentyńską neoliberalną ścieżkę zaczął mieć wątpliwości. Także Argentyńczycy zaczęli mieć podejrzenia: "Nie zostało już wiele czasu." Tak rozpoczął się proces wycofywania dużych sum pieniędzy z kraju. Tylko 30 listopada z krajowego systemu finansowego odpłynęło 1.5 miliarda dolarów. Trzy dni później fundusze zostały zamrożone. Kryzys był już na ostatniej prostej.

"Wszystko co MFW sugeruje obecnie Grecja, zalecał również Argentynie", powiedział Lavagna - w dół płace i emerytury, a w górę podatki. "Są to oszczędności kosztem ludności tak, aby banki otrzymały swoje pieniądze z powrotem. Jeśli stosować się do tych zaleceń, to stworzysz program chroniący interesy wierzycieli, ale nie pomoże to rozwiązać problemów kraju i sparaliżuje wszelką działalność gospodarczą." Poprzednicy Lavagna rozmawiali z MFW w sprawie programu restrukturyzacji oraz kredytu na kwotę od 20 do 25 miliardów dolarów. Gdy rozpoczął swoją pracę na stanowisku ministra gospodarki w kwietniu 2002r., razem z Prezydentem Duhalde udali się natychmiast do Waszyngtonu gdzie dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego Horst Köhler powiedział, że Argentyna nie dostanie więcej żadnych dodatkowych pieniędzy z funduszu.

Nawet dzisiaj Lavagna opowiada anegdotę o dialogu z Köhlerem: "Musiałem powtórzyć to kilka razy. Köhler myślał, że mnie nie rozumie z powodu mojego angielskiego. Nie mógł uwierzyć, że ktoś chce odrzucić błogosławieństwo MFW" mówi były minister gospodarki - i nie może powstrzymać uśmiechu. "Robiliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami MFW" powiedział Lavagna. Ale wystąpiły duże różnice zdań między nami. "Chcieliśmy także wygenerować nadwyżkę budżetową. Naszym pomysłem była restrukturyzacja długu, obniżenie stóp procentowych i wykorzystanie zaoszczędzonych pieniędzy dla dobra kraju." Pieniądze, których Lavagna nie chciał wypłacić na rzecz wierzycieli zostały wykorzystane do stymulacji rynku wewnętrznego, infrastruktury, badań, technologii i edukacji. "Chcieliśmy zmniejszyć inflację, zwiększyć produkcję i tworzyć nowe miejsca pracy". Lavagna wygenerował nadwyżkę budżetową w wysokości 4.5 punktu procentowego PKB.

Prywatni wierzyciele Argentyny musieli zaakceptować 70-procentową redukcję długu. Opór był wielki - nawet do dzisiaj, szczególnie w Niemczech. Kiedy Prezydent Cristina Kirchner składała rok temu wizytę w Berlinie, ostrożnościowo zrezygnowano z lotu rządowym samolotem Tango 01, gdyż niemieccy wierzyciele grozili że mogą go zająć.

Ale kryzys i dewaluacja peso pogrążyła Argentyńczyków w biedzie. Roczny dochód na jednego mieszkańca spadła z 7 400 do 3 300 dolarów. Wiele towarów było dostępnych tylko na czarnym rynku. Nieruchomości straciły znacznie na wartości. W spichlerzu Ameryki Południowej ludzie musieli głodować a tysiące dzieci plądrowały kosze na śmieci w poszukiwaniu jedzenia. Ci, którzy mieli krewnych za granicą, uciekli. Dziesiątki tysięcy Argentyńczyków złożyło wnioski o wizy w Hiszpanii czy Włoszech. Inni przenieśli się do Meksyku.

"Było tak, jakby ktoś zabrał Argentyńczykom grunt spod nóg" mówi psycholog Mónica Arredondo. "Wszystko co ludzie zbudowali na przestrzeni pokoleń, rozpłynęło się w powietrzu." Ponieważ nie było ani pieniędzy, ani kredytów, w całym kraju powstawały ośrodki, gdzie ludzie mogli się wymieniać między sobą, nawet dentyści oferowali swoje zabiegi za żywność. Zdarzały się zakupy nowych samochodów za kilka ton zboża. Około 45 ton soi było potrzebnych na nowego pick-upa. W tym samym czasie około 150 upadłych fabryk, sklepy, hoteli i szpitali zostało przejętych przez pracowników, którzy prowadzili je dalej jako spółdzielnie. Pakowacze, ślusarze i pokojówki stali się nagle przedsiębiorcami i biznesmenami - musieli nauczyć się księgowości, a także sprzedaży. Było to połączenie teorii Adama Smitha i Karola Marksa.

W marcu 2003 roku, 15 miesięcy po tym jak rozpoczął się kryzys wybory prezydenckie wygrał prawie nieznany dotąd gubernator prowincji Santa Cruz - Nestor Kirchner. Pod jego rządami powrócił wzrost gospodarczy i zaufanie do kraju. Słabe peso sprawiło, że kwitł eksport. Argentyna miała również szczęście. Chiński apetyt na soję, pszenicę i inne surowce dał krajowi boom, który trwa do dziś. Z tytułu eksportu towarów rolnych do Argentyny płynie rocznie 35 miliardów dolarów. To podstawowa różnica w stosunku do Grecji.

Dla pogrążonego w kryzysie południowoeuropejskiego kraju Lavagna sugeruje, aby nie iść ortodoksyjną drogą: "Jeśli Grecja postąpi tak jak Argentyna, w ciągu dziesięciu lat znów stanie się konkurencyjna. UE musi wesprzeć ją w konsolidacji budżetu. Albo Ateny wyjdą tymczasowo ze strefy euro, albo będą miały dwie waluty - drachmę wewnątrz niej, a euro na zewnątrz." Można oczywiście dyskutować z opiniami Pana Lavagna, ale ja słyszałem że jak dwie osoby mówią Ci że jesteś pijany to lepiej się połóż. A co Ty sądzisz na ten temat?

* Intencją wpisu nie jest sugerowanie jakoby wszystkie kryzysy spowodowała Argentyna. Tytuł jest przenośnią sugerującą, że kraj ten jako doświadczony kryzysem dużo wcześniej mógłby obecnie służyć swoimi radami dla państw takich jak Grecja.

czwartek, 26 stycznia 2012

Reklamy banków 2011

Oceniałem już reklamy banków, które emitowane były w 2008 roku. Chociaż telewizję oglądam rzadko to i w tym roku sróbowałem wybrać dla Ciebie kilka tych, na które warto zwrócić uwagę. Niektóre są na prawdę zabawne!


Alior Bank - Obecność pana w meloniku w reklamach tego banku to już standard. Trzeba przyznać, że od początku konsekwentnie budują w ten sposób rozpoznawalność swojej marki. I do tego ciągle opowiadają o swojej wyższej kulturze bankowości (czy na pewno zawsze?)



Lukas Bank - Ktoś mógłby przetłumaczyć co tam mówią? Próbowali się trochę wyróżnić, ale nie wiem czy im się udało...



Credit Agricole - A tutaj kolejna reklama tego samego kredytu, tylko że już pod nową marką. Ta wydaje mi się o wiele lepsza.



ING - To on... doradca hipoteczny
Muszę przyznać, że mnie ta reklama rozbawiła :-)



Pekao SA - Reklama średnia, ale chociaż muzyka fajna.


PKO BP - Nie da się ukryć, że w tym roku królował Szymon. Czyżby w polskiej bankowości zajął miejsce M.Kondrata?



Firma Kantar Media, monitorująca rynek reklamy, podliczyła, że od stycznia do listopada 2011 banki wydały na spoty w telewizji, radio, prasie w kinie i plakaty na billboardach 1,2 mld zł. Są to dane cennikowe, od których reklamodawcy targują spore upusty. Ale nawet przy takim założeniu, wydatki reklamowe w 2011 r. były znacznie wyższe niż w ciągu 11 miesięcy 2010 r., kiedy koszty, też mierzone oficjalnymi taryfami, wyniosły 860 mln zł.

Największym sponsorem rynku był PKO BP. Reklama kosztowała lidera branży 132 mln zł i jest to kwota niemal 2,5-krotnie wyższa niż rok wcześniej. BZ WBK z budżetem 91 mln zł zajmuje drugie miejsce. Kampanie z Antonio Banderasem były znacznie droższe niż z Gerardem Depardieu, który w 2010 r. płacił po 100 zł matkom, żonom i córkom za otwarcie rachunku. Wtedy bank wydał na reklamę 55 mln zł. Na trzecim miejscu znalazł się Getin Noble.

piątek, 6 stycznia 2012

Szokujące prognozy Saxo Banku na rok 2012

Saxo Bank opublikował swoje szokujące prognozy na rok 2012. Większość z nich wydaje się dziś mało prawdopodobne, ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy. Prognozy jak to prognozy, wcale nie muszą się wydarzyć, ale gdyby nawet część z nich miała miejsce to miałyby one znaczący wpływ na rynki.

A oto odważne i szokujące prognozy Saxo Banku na 2012 r.:

1. Akcji Apple Inc spadną o 50 procent w stosunku do maksymalnej wartości z 2011
We właśnie się rozpoczynającym roku 2012 Apple będzie musiał stawić czoła wielu konkurentom, takim jak Google, Amazon, Microsoft / Nokia i Samsung, na rynku najbardziej innowacyjnych produktów - iPhone oraz iPad. Apple nie będzie w stanie utrzymać swojego 55% udziału w rynku (trzy razy tyle co Android) oraz 66% na rynku iOS i iPad.

2. UE ogłosi przedłużony urlop dla banków w 2012
Grudniowe zmiany traktatu UE okażą się niewystarczające do rozwiązania potrzeb finansowych UE, zwłaszcza Włoch i kryzys zadłużenia powróci na rynki z impetem w połowie roku. W odpowiedzi to giełdy spadną o 25% w krótkim czasie, co skłoni polityków aby ogłosić dłuższy urlop dla banków. Wszystkie europejskie giełdy i banki zostaną zamknięte na tydzień lub więcej. Co dalej z euro?

3. Nieznany dotąd kandydat wygra wybory do Białego Domu
W 1992 roku miliarderowi z Texasu, Ross Perot, udało się wykorzystać recesję i obrzydzenie do polityki, aby zebrać 18,9% głosów. Trzy lata rządów Obamy przyniosło zbyt mało zmian i tylko dodatkowe powszechne rozczarowanie z całego amerykańskiego systemu politycznego, w związku z czym warunki dla kandydat z trzeciej partii nigdy nie były lepsze niż obecnie. Ktoś z silnym programem prawdziwych zmian zgłosi swoją nominację na początku 2012 roku i zgarnie prezydencję w listopadzie w jednym z najbardziej kluczowych głosowaniu w historii Stanów Zjednoczonych, przy poparciu 38% głosów.

4. Australia wejdzie w recesję
Skutkiem spowolnienia chińskiej gospodarki będzie wepchnięcie innych krajów Azji i Pacyfiku w recesję. Jednym z krajów silnie zależnych od rozwoju chińskiej gospodarki jest Australia z jej dużym uzależnieniem od górnictwa i zasobów naturalnych. Jak tylko chiński popyt na te towary osłabnie, Australia wejdzie w recesję, która zostanie pogłębiona przez załamanie w sektorze mieszkaniowym - pół dekady po pozostałych krajach rozwiniętych.

5. Nowe regulacje Basel III doprowadzą do nacjonalizacji 50-ciu banków w Europie
Rośnie ciśnienie na europejski system bankowy w związku z nowymi wymogami kapitałowymi i nowe regulacje powodują, że banki muszą znaleźć dodatkowy kapitał w wielkim pośpiechu. To powoduje wyprzedaż aktywów finansowych mimo, że na rynku jest mało chętnych na zakupy. Zamrożenie europejskiego rynku międzybankowego spowoduje że, nieufni w systemy gwarancji depozytów poręczanych przez niewypłacalne rządy, oszczędzający zaczną run na banki (zaczną masowo wypłacać swoje depozyty). Ponad 50 banków będzie wymagało wsparcia poprzez nacjonalizację, a kilka znanych marek przestanie istnieć. (Pisałem już o tym, że banki zwalniają, gdyż muszą poprawić swoje wyniki)

6. Szwecja i Norwegia zastąpią Szwajcarię jako bezpieczną przystań
Jak widzieliśmy na przykładzie Szwajcarii, bycie bezpieczną przystanią w świecie kryzysu zadłużenia powoduje szereg zagrożeń dla gospodarki kraju. Rynki kapitałowe obu krajów są znacznie mniejsze niż Szwajcarii, ale Szwajcarzy agresywnie dewaluują własną walutę i zarządzający funduszami poszukują nowych bezpiecznych przystani dla kapitału. Przepływ pieniędzy na rynki obligacji obu państw stanie się tak popularny, że 10-letnie obligacje będą oprocentowane ponad 100 punktów bazowych poniżej także uważanych za bezpieczne niemieckich bundów.

7. Szwajcarski Bank Narodowy wygra i przesunie kurs EURCHF do 1,50
Szwajcarski upór w walce przeciwko aprecjacji swojej waluty opłaci się w 2012 roku. Z powodu zależności szwajcarskiej gospodarki od eksportu, w dalszym ciągu będzie ona cierpiała w 2012 roku z powodu siły CHF, w związku z tym SNB i rząd podejmą dalsze kroki aby zapobiec kolejnym szkodom i wprowadzenie nawet ujemne stopy procentowe, aby wywołać ucieczkę kapitału z tego kraju i dzięki temu uda im się sprowadzić kurs EURCHF do poziomu 1,50 w ciągu najbliższego roku.

8. Kurs USDCNY urośnie o 10 procent do 7,00
Z powodu malejących zysków z rynku mieszkaniowego i coraz niższych marż eksporterów Chiny znajdą się na krawędzi "recesji", czyli 5-6 proc wzrostu PKB. Chińscy decydenci przyjdą na ratunek eksporterom poprzez umożliwienie spadku renminbi wobec dolara - podsycanego przez amerykański status bezpiecznej przystani w czasie globalnego spowolnienia gospodarczego i obecnych problemów z zadłużeniem w strefie euro. Doprowadzi to do zmiany pary USDCNY do 7,00, czyli 10 procentowego wzrostu.
Jak na razie to ruchy były raczej w drugą stronę i mówi się o końcu ery dolara.

9. Baltic Dry Index wzrośnie o 100 procent
Niższe ceny ropy naftowej w roku 2012 mogą doprowadzić do wzrostu indeksu Baltic Dry w związku ze spadkiem kosztów. Brazylia i Australia zwiększą dostawy rudy żelaza co doprowadzi do dalszego obniżenia cen i zaspokoi rosnące zapotrzebowanie na ich import ze strony Chin w celu zapewniania surowców produkcji przemysłowej. W połączeniu z łagodzeniem polityki pieniężnej doprowadzi to do masowego skoku popytu na rudę żelaza.

10. Ceny pszenicy wzrosną dwukrotnie
Cena pszenicy CBOT podwoi się w 2012 roku po najgorszych zbiorach w 2011 roku. Razem z 7 miliardami ludzi na ziemi i ciągłym dodrukiem pieniędzy przez banki centralne, złe warunki pogodowe na całym świecie sprawiają, że będą to trudne lata na rynku produktów rolnych. Wzrost cen będzie szczególnie widoczny na rynku pszenicy, gdzie spekulanci którzy mają obecnie jedną z największych krótkich pozycji w historii, będą napędzać ceny w kierunku rekordowego 2008 roku.

Steen Jakobsen, Główny Ekonomista Saxo Bank, powiedział: "Nasze straszne prognozy zostały przygotowane w celu zachęcania inwestorów do niestandardowego myślenia i przygotowania się do zmian zachodzących na świecie . Nieszablonowe myślenie rzadko jest łatwym ćwiczeniem, ale nie jest nim także radzenie sobie z przykrą niespodzianką do której nie udało się nam przygotować w żaden sposób."

Wierzyć lub nie. Faktycznie lepiej to przemyśleć i spróbować przygotować się na najgorsze. Szczególnie, że nic nie wskazuje na to, żeby miało nam być jakoś lepiej.

czwartek, 29 grudnia 2011

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Włochy to chory człowiek Europy - jak powiedział sam Silvio Berlusconi. Jego następnca, Mario Monti, ma przed sobą trudny okres. Nowy rząd musi niezwłocznie zająć się wieloma problemami gospodarczymi.

Co dalej z euro?

Osłabienie wzrostu gospodarczego jest największą negatywną spuścizną po Silvio Berlusconim. Wychodzą teraz na wierzch wszystkie braki i błędy ostatnich lat. Od 2002, pierwszego pełnego roku w którym Berlusconi sprawował władzę gospodarka Włoch rosła z roku na rok wolniej niż średnia dla strefy euro lub państw G7 - grupy najbardziej uprzemysłowionych.

Włochy współdzieliły swój los z Niemcami aż do 2005 r., ale potem Niemcy zabrali się do reform nazywanych "Agenda 2010". We Włoszech także próbowano niezbędnych reform strukturalnych, ale szybko się z nich wycofano. Kraj pilnie potrzebował odbiurokratyzowania, złagodzenia polityki zatrudnienia (szczególnie ułatwienia zwolnień) i prywatyzacji firm, które nadal są w rękach państwa, wyjaśnia włoski ekonomista Alberto Alesina.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Gdy Włochy przystąpiły w 1999 r. jako członek-założyciel do Europejskiej Unii Walutowej, pozycja ich gospodarki i przemysłu nie była gorsza od niemieckiej. Ale podczas gdy Niemcy uchwaliły trudne reformy i zwiększały konkurencyjność poprzez ograniczenie wynagrodzeń i reformy strukturalne, Włochy poszły drogą innych południowych europejczyków i wykorzystały niskie stopy procentowe do wzrostu swojej konsumpcji. Doprowadziło to do wzrostu deficytu rachunku obrotów bieżących. Obecnie kraj ten importuje głównie surowce i energię, ale także środki transportu, chemię, włókna syntetyczne i elektronikę.

1. Ostry podział na północ-południe

Podstawowym problemem włoskiej gospodarki jest ogromna przepaść pomiędzy uprzemysłowioną północą kraju, która jest jednym z najbogatszych regionów w Europie, i biednym rolniczym południem nękanym przez mafię. Oba regiony po dziesięcioleciach transferów finansowych nadal nie są połączone w jeden organizm.

Berlusconi współrządził z separatystyczną Ligą Północną, która doszła do władzy wykorzystując niezadowolenie w północnych Włoszech na transfery dla biednego południa. W związku z tym niewiele zrobiono, aby rozwiązać podziały pomiędzy północą i południem. PKB na mieszkańca w najbogatszym regionie Lombardia w 2003 był ponad dwukrotnie wyższy niż w najbiedniejszym regionie Kalabria. Pięć lat później wszystko wciąż wyglądało tak samo. W żadnym innym kraju Europy Zachodniej regionalne różnice w zakresie stopy bezrobocia i dochodu na mieszkańca nie są tak duże jak we Włoszech.

Siła nabywcza wszystkich Włochów wynosi prawie miliard euro - w Europie wyższa jest jedynie w Niemczech i Francji. Ale średnia 16 333 € per capita w parytecie siły nabywczej, zgodnie z badaniami instytutu GfK ukrywa ogromne różnice regionalne. Tak więc Mediolańczycy mają dwa razy tyle pieniędzy co w Neapolu. Siła nabywcza na południu jest o jedną czwartą niższa niż na północy. Siedem z dziesięciu najbiedniejszych gmin w kraju leży w prowincji Neapol. Rząd Berlusconiego nie zrobił nic, aby rozwiązać te problemy i pozostawił je swojemu następcy.

2. Spadek konkurencyjności

Włochy przestały być rywalem dla niemieckiego przemysłu na światowych rynkach. Stało się tak z dwóch powodów: Po pierwsze, utracono przewagę konkurencyjną z powodu rosnących kosztów. Po drugie, włoskie firmy nawet silniejsze niż niemieckie na rynkach w Europie i Ameryce Północnej są silnie skoncentrowane a tym samym bardziej narażone na skutki kryzysu finansowego.

Brak reform strukturalnych i hojna polityka płacowa oznaczała, że produkcja we Włoszech w ostatniej dekadzie stawała się coraz bardziej kosztowna. Jednostkowe koszty pracy wzrosły we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat o ponad jedną czwartą, podczas gdy w Niemczech tylko około o pięć procent. Wyrównanie tego braku konkurencyjności kosztowej wewnątrz unii walutowej będzie bolesne i portwa wiele lat.

Nowe rynki gospodarek wschodzących zostały przez Włochów zaniedbane. I to nie tylko dlatego, że jak otwarcie narzekają przedstawiciele przedsiębiorców, Berlusconi znacząco słabiej w stosunku do innych szefów rządów wykorzystywał swoje wyjazdy zagraniczne w celu rozwoju nowych rynków eksportowych.

Włochy są jednym z głównych eksporterów w UE i konkurują przede wszystkim w inżynierii mechanicznej z Niemcami. 57 procent eksportu wysyłane jest do krajów europejskich. Chiny zajmują dopiero dziewiąte miejsce na włoskiej liście eksportowej, a kraj rozwijający się taki jak Polska dziesiąte. Niemcy są dużo dalej: ponad połowa ich eksportu wysyłana jest do klientów spoza UE, a Chiny są siódmym kierunkiem eksportowym. Włochy opierają się głównie na Bliskim i Dalekim Wschodzie.

3. Niewydolny system opieki społecznej

Przed wyborami w 2008 roku Silvio Berlusconi obiecał wiele reform - w tym systemu emerytalnego, który wymaga gruntownych zmian. Nic jednak w tej sprawie nie zrobił.

Wiek emerytalny w Niemczech stopniowo podnoszony jest do 67 lat, podczas gdy we Włoszech się to nie udało. Kraj ten nie może pozwolić sobie jednak na kosztowny system emerytalny, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa. Nigdzie w Europie nie przypada tak mało dzieci na kobietę jak w kraju Berlusconiego: średnia wynosi 1,3. Ma to swoje konsekwencje: Następne pokolenie będzie musiało ponosić koszty swoich świadczeń emerytalnych w dużym stopniu samodzielnie.

Szczególnie koalicjant Berlusconiego - Liga Północna silnie opierała się reformie systemu emerytalnego. Partia Umberto Bossiego jest głosem pracowników z północnych Włoszech. Wielu z nich zaczęło pracować w wieku 16 lat. Przejście na emeryturę w wieku 67 lat wydaje się dla nich nierealne.

W liście do UE Berlusconi obiecał przeprowadzić reformę emerytalną i podnieść wiek emerytalny do 67 lat. Ponadto prawo pracy ma stać się wkrótce łatwiejsze i bardziej elastyczne. Berlusconi obiecał także zmniejszenie ochrony pracowników przed zwolnieniem. Celem jest motywowanie przedsiębiorstw do zatrudniania nowych pracowników. We Włoszech zwłaszcza młodzi ludzie pracują na kontraktach terminowych (tzw. umowach śmieciowych), a starsi są prawie nieusuwalni ze stanowiska.

4. Niskie nakłady na badania i rozwój

Jedną z największych słabości konkurencyjnych Włoch w porównaniu z innymi krajami są niskie nakłady na badania i rozwój. Śródziemnomorski kraj wydaje tylko 1,3 procent produktu krajowego brutto na ten cel. To mniej niż połowa tego co zapewniają kraje takie jak Niemcy czy Dania.

W wyniku braku inwestycji nikła jest liczba zgłoszeń patentowych. Według Europejskiego Urzędu Patentowego we Włoszech w zeszłym roku zarejestrowano tylko 2 000 patentów. Z drugiej strony Niemcy zgłosili ich ponad 12 000.

We Włoszech nie tylko nakłady na badania rządowe są znacznie niższe niż gdzie indziej. Jest także mniej firm badawczych. Tylko około połowa pieniędzy na badania pochodzi z przemysłu. W Niemczech odsetek ten jest o prawie dwie trzecie wyższy. Rozbieżności są również związane z tym, że we Włoszech istnieje tylko kilka dużych firm, a wielu małych i średnich przedsiębiorstw nie stać na utrzymywanie kosztownych działów rozwoju. Tym bardziej są one zależne od badań publicznych. Ponadto potrzebne jest wzmocnienie współpracy z uniwersytetami, tak jak to miało miejsce w kilku przypadkach na północy kraju.

Przewodnicząca potężnego stowarzyszenia przemysłowego Confindustria, Emma Marcegaglia wzywa rząd do zwiększenia rządowych funduszy na badania i rozwój i wyraźnie wskazuje Niemcy jako model. Marcegaglia wzywa również do podobnych interakcji między przedsiębiorstwami i uniwersytetami jak w Niemczech.

5. Zadłużenie państwa na rekordowym poziomie

Gdy Silvio Berlusconi został premierem w 2001 roku odziedziczył kraj w całkiem niezłym stanie. Kierując się pragnieniem, aby być wśród członków-założycieli Europejskiej Unii Monetarnej, jego poprzednicy prowadzili umiarkowaną politykę konsolidacji: zadłużenie państwa, które dziś wynosi ponad 120 procent PKB było w okolicy 100 procent. Berlusconi - sam będąc przedsiębiorcą - także miał trochę ambicji, ale mimo obietnic dalszej redukcji długu w kierunku wymaganych 60 procent, które złożył w czasie przystąpienia kraju do strefy euro, po 2004 r. dług publiczny nadal rósł niebezpiecznie.

Za wzrost do 120 procent odpowiedzialny jest gwałtowny wzrost deficytu budżetowego. Tylko dwa razy od 2001 r. deficyt Włoch pozostawał poniżej poziomu trzech procent PKB - w latach w których rządził Romano Prodi.

Podobne jak w pogrążonej w kryzysie Grecji, we Włoszech również wysoki jest poziom szarej strefy, a oszustwa podatkowe są ogromnym problemem. Ekonomiści oceniają szarą strefę na 15 do 25 procent PKB. Ale Berlusconi nigdy nie odważył się zacząć zwalczać oszustwa podatkowe. Co więcej, publicznie wyrażał dla nich zrozumienie. W trzech amnestiach dla oszustów podatkowych odzyskał kilka miliardów euro, ale dzięki temu wzrosły tylko zachęty do ukrywania dochodów (zawsze można je będzie ujawnić w czasie amnestii gdy zacznie się nam palić grunt pod nogami).

6. Powszechna korupcja

Szerząca się korupcja jest poważnym problemem we Włoszech. Rząd Silvio Berlusconiego tylko obserwował jak problem ten się nasila. Według organizacji Transparency International Włochy znajdowały się na liście najmniej skorumpowanych krajów na 29. miejscu w 2001 r. i spadły na 67. miejsce w 2010 roku. Dla porównania Niemcy w tym samym okresie awansowały z 20. na 15. miejsce.

Na każdym kroku włoska gospodarka cierpi z powodu wysokich barier administracyjnych. Problem pogarsza fakt, że przedstawiciele jej organów ciągle wstrzymują rozwój przedsiębiorstw - pozwolenia na budowę, przyłączenie do sieci drogowej lub elektrycznej - wszystko trwa nieskończenie długo. Często miesza się to z przestępczością zorganizowaną.

Korupcja sprawia, że firma funkcjonują w stanie ogólnej niepewności. W żadnym innym kraju nowe ustawy i ramy prawne nie zmieniają się tak często jak we Włoszech. Ponadto każdy, kto kładzie nacisk na jego prawa i idzie do sądu musi liczyć się, że postępowanie będzie się ciągnęło latami.

Berlusconi chwali się swoją reformą wymiaru sprawiedliwości, która nakłada maksymalny czas trwania procesów oraz skraca ścieżkę sądową. To co pomija to że reforma dotyczy tylko prawa karnego. Dla firm przyspieszenie w sprawach cywilnych byłby znacznie bardziej istotne. To pokazuje, że wzrost korupcji i brak bezpieczeństwa prawnego straszy nie tylko włoskich inwestorów, ale również zagranicznych.

7. Utrata dobrego wizerunku

Nie tylko wyniki gospodarcze Włoch ucierpiały pod rządami Silvio Berlusconiego. Spowodowane jest to konfliktami interesów i licznymi ekscesami seksualnymi premiera. Włoscy eksporterzy skarżą się coraz bardziej, że podczas pobytu za granicą muszą spotykać się z uwagami o "Bunga Bunga" i przepraszać swoich partnerów biznesowy jakby byli z republiki bananowej.

To niezwykle złe dla biznesu, zwłaszcza dla tych przedsiębiorstw które opierają się na pozytywnej niegdyś marce "Made in Italy". Są to głównie firmy odzieżowe i producenci żywności, którzy nie sprzedają tylko wysokiej jakości materiały i smaki, ale także styl życia kraju z którego pochodzą. Nie na darmo jednym z najgłośniejszych krytyków rządu jest założyciel i szef marki butów Tod - Diego della Valle.

Głośne narzekania słychać także z innych branż gdzie menedżerowie włoskich firm w Chinach i Brazylii są coraz bardziej zobowiązani do uzasadniania zachowania Berlusconiego. Prezes Stowarzyszenia Przemysłu Confindustria, Emma Marcegaglia powiedziała ostatnio: "Jesteśmy zmęczeni byciem międzynarodowym pośmiewiskiem".

Wpis na podstawie artykułu.

sobota, 24 grudnia 2011

Co dalej z euro?

Jak uratować euro to pytanie które zadają sobie teraz tęgie głowy w całej Europie. Niektórzy uważają, że kluczem w rozwiązaniu tej sytuacji powinien być Europejski Bank Centralny. Inni, że strefa euro powinna być zostać ograniczona a słabsi członkowie usunięci.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Poniżej rozmowa dwóch niemieckich ekonomistów o przyszłości europejskiej waluty. J.Starbatty to emerytowany profesor ekonomii na Uniwersytecie w Tübingen. W 1998 roku złożył oficjalny protest przeciwko wprowadzaniu euro, i ponownie w zeszłym roku przeciwko pomocy dla Grecji. P.Bofinger, jest profesorem na Uniwersytecie w Würzburgu i jest członkiem zespołu ekonomistów, który doradza rządowi Republiki Federalnej Niemiec. Jedyne w czym się ci dwaj Panowi zgadzają to, że trzeba coś zrobić i to szybko.

Panie Starbatty, Panie Bofinger, czy euro można jeszcze uratować?

Starbatty: Wszystkie środki, które są obecnie planowane przyniosą efekty w długoterminowej perspektywie. A plan ratunkowy jest potrzebny już na teraz. Dlatego wielu polityków chce wyciągnąć tzw. bazookę i wpompować pieniądze w rynek poprzez Europejski Bank Centralny (EBC) lub wprowadzenie euroobligacji. Oba te sposoby są złe. Lepiej byłoby, aby zmniejszyć unię walutową do twardego jądra, które może utrzymać euro.

Bofinger: To byłaby katastrofa. Ale zgadzam się z Tobą, że czas jest najważniejszy. Wysokozadłużone kraje muszą być w stanie pożyczać z rozsądnymi stopami procentowymi, aby nie zbankrutować. Można to osiągnąć poprzez euroobligacje. A jeśli nie można ich wprowadzić tak szybko, EBC musi stabilizować cały system (finansowy). Działając w ten sposób nie powoduje wzrost inflacji, ale w rzeczywistości nie dopuszcza do deflacji.

Czy nie obawiacie się, że presja, aby przeforsować oszczędności i reformy zniknie tak szybko, jak EBC użyje bazooki?

Bofinger: Niemieccy politycy nie zauważyli, że te kraje już znacznie zmniejszyły swoje deficyty. W porównaniu do 2009 r. deficyty spadły we wszystkich krajach pogrążonych w kryzysie. Włochy są drugim najbardziej solidnym państwem grupy G-7, tuż za Niemcami. Rynki tego nawet nie zauważyły.

Starbatty: Politycy chcą zyskać na czasie dla zadłużonych krajów, pożyczając im pieniądze, w nadziei, że odzyskają je gdy te kraje wydobędą się z kłopotów. Ale ta strategia nie działa. Rynki to wiedzą stąd wzrosty stóp po których pożyczają im pieniądze.

Rentowność papierów idzie w górę, ponieważ inwestorzy sprzedają obligacje. Jak można zatrzymać ten odpływ inwestor?

Starbatty: Ponieważ punkty zapalne w strefie euro nie są izolowane, iskry przeskakują na zdrowe kraje. Każdy wie, że jeśli kraje słabsze mają być uratowane, dwa kraje - Niemcy i Francja - ostatecznie poniosą cały ciężar tej operacji. Tak więc najważniejsze pytanie brzmi: Jak długo jeszcze Niemcy są gotowi zapłacić? A jak długo Francuzi są w stanie płacić? Inwestorzy wierzą, że nie potrwa to już długo, tak samo i agencje ratingowe.

Bofinger: Dobrze opisałeś zachowanie strefy euro jak 17 różnymi krajami starającymi się rozwiązać problemy indywidualnie. W rzeczywistości, prawdziwe pytanie brzmi, czy Niemcy mogą być ostatecznym gwarantem dla wszystkich. Dlatego musimy odwrócić kolej rzeczy i powiedzieć: Teraz będziemy działać jako jedno ciało. Jeśli Włochy będą mogły korzystać z długu przez euroobligacje, zawsze będą w stanie zebrać potrzebne pieniądze, nawet jeśli musiałyby refinansować 300 mld euro w długu w przyszłym roku. To pozbawia spekulantów możliwości rozgrywania poszczególnych krajów przeciwko sobie.

Starbatty: Powiem to jeszcze raz: Myślę, że jest to złe rozwiązanie. Uwspólnianie odpowiedzialności zawsze powoduje nieostrożne obchodzenie się z pieniędzmi innych ludzi.

Bofinger: Oczywiście, obligacje muszą być powiązane z bardziej rygorystycznymi wymogami dotyczącymi dyscypliny fiskalnej.

Starbatty: Mieliśmy ustalone zasady: nie ma klauzuli ratunkowej...

... która oznacza, że żaden kraj euro nie może odpowiadać za długi innego.

Starbatty: Ale ta zasada została zepchnięta na margines. Pani Christine Lagarde, była minister finansów Francji, mówi, że naruszamy traktaty w celu ratowania euro. I to się powtórzy.

Bofinger: Nie sądzę, nie jeśli powstaną dobre zasady.

Starbatty: Myślę, że jesteś trochę naiwny. Ludzie wprowadzą nowe zasady budżetowe, aby wprowadzić euroobligacje i jak tylko będą je mieli, to zapomną o zasadach następnym razem gdy tylko pojawi się problem.

Bofinger: Z euroobligacjami, byłoby o wiele trudniej zdestabilizować cały system. Gdy wszystko jest zabezpieczone, mogę, jeśli to konieczne, wyrzucić wszystkie kraje, które nie przestrzegają zasad. Na przykład, każdy kraj będzie musiał mieć akceptację dla swojego budżetu przez Parlament Europejski. Jeśli jego polityka fiskalna zostanie uznana jako niewystarczająca będzie możliwe nałożenie dodatkowych obciążeń w postaci krajowych podatków.

To byłoby równoznaczne z unią fiskalną.

Bofinger: Nawet nie szli byśmy tak daleko. Wystarczyłby czasowy wzrost podatków od przychodu i podatku od towarów i usług (VAT). Możliwość ta będzie musiała być zapisana w konstytucjach poszczególnych krajów.

To jednak wymagałoby zmiany konstytucji krajowych.

Bofinger: Wierzę, że w zamian za euroobligacje większość krajów byłaby skłonna się na to zgodzić.

Starbatty: Cały czas mówisz "może" i "powinien". Takie zdania normatywne są nieprzekonujące dla ekonomisty, który pracuje z faktami. Do tej pory zawsze było tak, że to nie przepisy nie kształtowały zachowania, ale że w rzeczywistości zachowania miały wpływ na zasady.

Bofinger: Jeśli nie ma pewności w procesie politycznym, to przyzwolenie na wysadzenie wszystkiego w powietrze byłoby następnym logicznym krokiem. Ponieważ rynek nie działa jako narzędzie dyscypliny. Rynek jest chaotyczny. Do 2008 r. nie widział co się dzieje w Grecji, a następnie się obudził. Teraz nie zauważył, że kraje zmniejszyły swoje deficyty, w rzeczywistości nie rozróżnia niczego w ogóle.

Starbatty: Wpędzasz się w kłopoty gdy próbujesz wyeliminować prawa ekonomii. Mogę wam powiedzieć, co się stanie, gdy nastaną euroobligacje. Po dwóch lub trzech miesiącach napotkasz te same problemy jak poprzednio.

Więc na sam koniec EBC będzie musiał użyć bazooki?

Starbatty: Inflacja jest zawsze długoterminową konsekwencją finansowania się przez rząd za pośrednictwem banku centralnego. Jeżeli EBC ma taką samą ilość papieru i po prostu drukuje na nim większą wartość pieniężną to jest równoznaczne z fałszowaniem.

Bofinger: Gdzie są drukowane pieniądze? o czym ty mówisz?

Starbatty: Bazooka oznacza nic innego jak drukowanie pieniędzy.

Bofinger: Jeżeli EBC kupuje obligacje od banku komercyjnego, ten bank otrzymuje kredyt na swoim koncie w EBC. Ani jedno euro nie jest drukowane w takim przypadku. Inflacja może wystąpić tylko wtedy, gdy banki, z uwagi na niską stopę procentową banku centralnego, rozpoczęłyby udzielać kredytów na dużą skalę. Sposób, w jaki obecnie rozwija się gospodarka powoduje, że banki nie są teraz zainteresowane rozdawaniem kredytów dookoła. Ale nawet jeśli by tak robiły, EBC może podnieść stopy procentowe w każdej chwili aby ograniczyć akcję kredytową.

Starbatty: Prawo zabrania bankowi centralnemu finansować kraje w sposób bezpośredni. Oczywiście, to zależy od sytuacji gospodarczej, ale w dłuższej perspektywie fałszowanie pieniądza doprowadzi do inflacji. W przeszłości, jeśli władca wybił dwa razy tyle monet z tej samej ilości złota były one warte mniej. EBC powinien robić dokładnie to samo.

Bofinger: Mówisz o rosnącej podaży pieniądza. Ale to co robi EBC nie zwiększa podaży pieniądza. Ona zwiększa się tylko, gdy banki udzielają więcej kredytów. Poza tym to co robi EBC nie jest zabronione. To klasyczne operacje otwartego rynku, a nie bezpośredni zakup nowych obligacji rządowych.

Jeśli odpływ inwestorów od obligacji rządowych nadal się utrzyma, EBC nie będzie prawdopodobnie w stanie uniknąć skupu obligacji bezpośrednio od krajów

Bofinger: EBC ma tylko zasygnalizować, że nie pozwoli na wzrost oprocentowania tych obligacji powyżej 5 proc. Może to kontrolować przez rynek wtórny.

Starbatty: Myślę, że wykorzystanie euroobligacji i bazooki jest niebezpieczne. Myślisz, że one są wspaniałe.

Bofinger: Nie, ja tylko mówię, że jesteśmy w takiej sytuacji jak ta, którą mieliśmy na jesieni 2008 roku. System finansowy musi zostać ustabilizowany bezpośrednio, a następnie tak szybko jak to możliwe muszą zostać zmienione zasady. Ale powiedz mi, co to jest to czego Ty chcesz!

Starbatty: Konsolidacji euro!

Bofinger: Kogo? W jaki sposób?

Starbatty: Programy ratunkowe, które stanowią naruszenie traktatów, muszą być zatrzymane. Kraje, które uważają, że powinny być częścią strefy euro muszą się bardziej postarać. Ci którzy wolą wyjść tak, aby mogli zdewaluować swoje waluty i ponowne odzyskać konkurencyjność powinni to zrobić. W przeciwnym razie cała ta sprawa wybuchnie nam prosto w twarz. Zgadzam się z Tobą w tej sprawie.

Bofinger: Ale w takim przypadku, to naprawdę wybuchnie nam prosto w twarz. Kiedy kraje rozpoczną się wycofywać zadziała reakcja łańcuchowa.

Starbatty: Należy zaakceptować rzeczywistość, że kraje nie rozwiążą ich problemów w unii walutowej.

Bofinger: Ale te problemy nie są nam dane od Boga. Wynikają one z faktu, że Włochy i Hiszpania muszą płacić 7 procent odsetek.

Starbatty: Ze względu na swoje problemy!

Bofinger: Nie, ponieważ rynki są w panice. One nie reagują na dane fiskalne, albo inaczej Japończycy i Amerykanie, którzy nie starają się tak jak Włochy, również powinni płacić 7 lub 8 procent. Inwestorzy obawiają się po prostu o swoje pieniądze i mają stadną mentalność.

Starbatty: Nie. Inwestorzy zwracają szczególną uwagę, czy dany kraj może poradzić sobie ze swoimi długami. I kiedy czują, że nie może, wolą wyjść wcześniej niż później.

Bofinger: Ale to staje się samospełniającą się przepowiednią: im więcej inwestorów ucieka, tym wyższe są stopy procentowe i tym bardziej prawdopodobne staje się, że kraj może nie być w stanie obsługiwać swojego zadłużenia.

Starbatty: Włochy, zanim dołączyły do unii walutowej w 1995 roku miały 6,2-procentowy udział w rynku światowym. W 2009 roku było to tylko 2,8 proc. Jak ten kraj ma wygenerować niezbędne nadwyżki? Te problemy nie zostaną rozwiązane przez euroobligacji lub pieniądze z prasy drukarskiej.

Bofinger: Jeśli kraje takie jak Portugalia mają problem z konkurencyjnością to także dlatego, że, w znacznie większym stopniu niż Niemcy napotkały nową konkurencję z krajów takich jak Chiny i Rosja. To wydarzyłoby się i bez euro.

Starbatty: Ale gdyby mieli swoją własną walutę byliby w stanie ją zdewaluować.

Więc czy kraje strefy euro są zbyt różne, by być zespolone w jednej walucie, tak jak eurokrytycy twierdzili od początku?

Bofinger: Istnieją również duże różnice w zdolnościach produkcyjnych w Stanach Zjednoczonych. Problemem jest to, że my w Niemczech staraliśmy się zwiększyć swoją pozycję przez powstrzymywanie wzrostu płac. Teraz jasne, że była to błędna polityka. Przyczyniliśmy się do zmniejszenia konkurencji w obrębie strefy euro, podobnie jak Hiszpanie i Portugalii na drugim końcu.

Starbatty: Błąd polega na tym, że słabe kraje unii monetarnej nie zmieniły swojej polityki. One korzystały z niskich stóp procentowych zamiast modernizować swoje gospodarki. Niemcy zachowywali się inaczej, dlatego teraz mamy wyraźne różnice w unii walutowej. Niektóre kraje są zbyt konkurencyjne, podczas gdy inni nie mogą już nadążyć. Greckie euro jest znacznie zawyżone, a niemieckie euro jest mocno zaniżone. Dlatego, jak Chińczycy jesteśmy na ławie oskarżonych.

Czy różnice w unii walutowej mogą zostać zmniejszona, czy też silne kraje muszą wspierać słabych stałe?

Starbatty: Transfery są automatyczną konsekwencją, gdy mamy różne gospodarki w jednej unii monetarnej. Słaba stabilność importu i eksport miejsc pracy. Widać to w północnych i południowych Włoszech, a także w zachodniej i wschodniej części Niemiec. Będzie jeszcze więcej transferów, chyba że nastąpią jakieś zmiany. I nie wyniosą ok. 15 mld euro ile wyniosły w UE aż do teraz, ale będą o wiele większe. Ale to nie zadziała bez zmiany konstytucji, ponieważ strefa euro będzie się miała silne cechy federacji. W przeciwnym razie znów znajdziemy się przed Federalnym Sądem Konstytucyjnym. Musi odbyć się referendum w tej sprawie.

Bofinger: Nie widzę powodu, dla transferów na stałe na wysokim poziomie. Kraje są już w proces redukcji deficytu na rachunku bieżącym. Warunkiem jest, że gospodarka się nie zawali, że stopy procentowe pozostaną na rozsądnym poziomie i że potencjał wzrostu się zwiększy.

Starbatty: Ty zawsze mówisz zdania warunkowe. Jako ekonomista powinieneś wiedzieć, że konsekwencją unii i transferów jest nie jest to, że słabi nie są już słabi, ale że silni nie są już dłużej silni.

Jedynym sposobem, aby mówić o rozpadzie unii walutowej jest zdania warunkowe. Panie Starbatty, jak można to sobie wyobrazić w konkretny sposób?

Starbatty: Oczywiście będzie to bolesny moment jeśli rozpada się coś co przez 12 lat było razem. Ale i jest takie powiedzenie: Lepiej mieć przerażający koniec niż horror bez końca. (It's better to have an end with horror than horror without end)

Wyjście Grecji, Włoch i innych krajach miałoby dramatyczne konsekwencje dla systemu finansowego.

Starbatty: Jeśli Grecja przywróci drachmę, rynek będzie rozregulowany na początku. Ale to nie jest problem dla Grecji. Widzieliśmy, to samo stało się w Argentynie, Tajlandii i Indonezji.

Bofinger: Dewaluacja z pewnością nie byłaby rozkoszą dla tych krajów.

Starbatty: Nie, ale kraje te po raz kolejny stałyby się szanowanym członkami globalnej gospodarki. Oczywiście banki miałyby problemy jeśli Grecji by zbankrutowała. Nie da się wyciągnąć nic z kieszeni nagiego mężczyzny. Ale wtedy Grecja mogłaby zacząć wszystko od nowa.

Bofinger: Mówisz o Grecji, ale ignorujesz reakcję łańcuchową. To naiwne wierzyć, że mały statek popłynie po prostu po zrzuceniu trochę balastu za burtę. Kopiemy sobie dołek a na koniec będziemy sami w tym oceanie globalizacji. Nie, jedyne motto którym powinniśmy się kierować jest taki: wszystko albo nic. Jeśli uwolnisz dżina z butelki, nie zatrzyma się, dopóki nie wrócimy do poziomu z 1998 r.

Myślę, że jeden z tych Panów ma rację. Tylko czas pokaże który. Ja myślę, że jak butelka z dżinem stanie się za ciężka aby ją ciągle nosić przy sobie, to dżin sam z niej wyjdzie... tylko że wtedy my będziemy już zmęczeni drogą, którą zdążyliśmy przejść. A i powrót do punktu wyjścia będzie dłuższy.

Słowacy nie mają na szkoły a muszą płacić za długi Grecji, Czechy Estonia i Bułgaria mówią otwarcie o tym, że nie będą płacić za długi strefy euro, a Portugalczycy straszą finansową bombą atomową.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Światowe banki zwalniają!

Właściwie nie ma dnia, abyś czytał lub słyszał o kryzysie zadłużenia. Słowacy nie mają na szkoły a muszą płacić za długi Grecji, Czechy Estonia i Bułgaria mówią otwarcie o tym, że nie będą płacić za długi strefy euro, a Portugalczycy straszą finansową bombą atomową. Tymczasem europejski nadzór bankowy opublikował wyniki badania banków (tzw. stress-testów), wg. których europejskie banki potrzebują dofinansowania na poziomie 114,7 mld euro!

W czołówce najbardziej potrzebujących dofinansowania znajdują się banki greckie (30 mld euro), hiszpańskie (26,2 mld euro), włoskie (15,4 mld euro), niemieckie (13,1 mld euro) oraz francuskie (7,3 mld euro). Dodatkowy kapitał jest potrzebny bankom, aby spełnić przyjęte na szczycie UE w październiku wyższe wymogi dot. współczynnika adekwatności kapitałowej (współczynnika wypłacalności tzw. Core Tier 1 podwyższonego z 5 do 9%). Każdy bank został zobowiązany do przedstawienia regulatorom krajowym konkretnych planów działań dot. podwyższenia kapitału do końca tego roku, a nowe wymogi muszą zostać przez nie spełnione do czerwca 2012 r. Jeżeli banki nie będą w stanie same pozyskać odpowiednich kapitałów, to wesprą je najprawdopodobniej poszczególne rządy lub fundusz ratunkowy strefy euro. Może to jednak oznaczać ich częściową nacjonalizację.

Jednym ze sposobów na wyjście banków z kryzysu jest ograniczanie przez nich zatrudnienia. Poniżej lista największych światowych banków, które już ogłosiły programy zwolnień:

17. Ze względu na gorsze wyniki bankowości inwestycyjnej na zwolnienie 500 pracowników zdecydował się Deutsche Bank.

16. Zwolnienia ogłosił także będący własnością grupy Unicredit Hypovereinsbank (HVB). Zamierza zredukować swoje zatrudnienie o 700 osób, jednak do tej pory w ramach restrukturyzacji zwolnił już 2 500, a zatem pełny obraz zwolnień to 3 200 osób!

15. W celu wypełnienia wymagań Komisji Europejskiej HSH Nordbank musi zwolnić przynajmniej 900 osób do 2014 r.

14. Amerykański bank JP Morgan Chase ogłosił zwolnienie 1 000 swoich pracowników.

13. Nowy plan zwolnienia 1 400 osób ogłosił brytyjski Barclays, który zwolnił już także 1 400 osób w pierwszej połowie roku.

12. Zwolnienia nie ominą także amerykańskiego banku Goldman Sachs, który planuje zredukować swoją załogę o 1 400 osób. Na dziś bank ten zatrudnia ok. 35 000 ludzi.

11. Obecny także w Polsce BNP Paribas ma w planach zwolnienie 1 400 pracowników.

10. Francuskie Societe Generale planuje zwolnić 2 000 z 30 000 osób pracujących głównie w rosyjskiej spółce Rosbank, ale zwolnienia nie ominą także Polski.

9. Danske Bank - największy bank w Danii planuje zwolnić 2 000 osób.

8. Brytyjski Royal Bank of Scotland (RBS) zredukuje 2 000 osób, głównie w bankowości inwestycyjnej. Od początku kryzysu pracę w tym banku straciło już 27 500 osób!

7. ABN Amro planuje w przeciągu najbliższych trzech lat zredukować swoje zatrudnienie o 2 350 etatów. W większości ma to zostać przeprowadzone poprzez nie zatrudnianie nowych osób na miejsce odchodzących, ale wymagać to będzie także 1 500 dodatkowych zwolnień.

6. Swój plan zwolnień ogłosił także bank Credit Agricole, który pożegna się z 2 350 swoimi pracownikami.

5. Szwajcarski bank UBS ogłosił właśnie, że zwolni 3 000 osób.

4. Po znacznych stratach w sektorze asset management Credit Swiss zdecydował się zwiększyć liczbę zwalnianych pracowników do 3 500 (ze wszystkich 50 000!)

3. Plany oszczędnościowe banku Lloyds TSB mówią o zwolnieniu 15 000 osób. Bank ten od początku kryzysu zwolnił już 43 000 osób i został przejęty przez hiszpański Santander.

2. Z powodu zbyt szybkiego wzrostu kosztów w stosunku do przychodów zwolnienia planuje także HSBC. Aby oszczędzić zapowiadane blisko 3,5 mld USD potrzebne będzie rozstanie się z co dziesiątym pracownikiem, czyli pracę straci 30 000 ludzi.

1. Bank of America planuje redukcję 30 000 etatów, co pozwoli mu oszczędzić 5 mld USD. Nie jest to jednak ostatnie słowo i możliwe jest, że zwolnienia obejmą nawet 40 000 osób!

Niektóre z tych planów na pewno dotkną także Polski. Pamiętaj także, że wiele instytucji przeprowadzi ciche zwolnienia, bez nadmiernego angażowania uwagi opinii publicznej. Banki przestają być wymarzonym pracodawcą.

piątek, 16 grudnia 2011

Portugalczycy: Mamy finansową bombę atomową i nie zawachamy się jej użyć

Pisałem już o tym jak Słowacy pytali czemu mają płacić za długi Grecji, skoro nie stać ich na szkoły. Dziś wpis z drugiej strony - z pogrążonej w kryzysie Portugalii. Tekst pochodzi ze strony e24.no. Przyznaję że chętnie przeczytałbym teraz opinię tych chciwych niemieckich banków...

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

- Mamy finansową bombę atomową i możemy jej użyć przeciwko Niemcom i Francji - możemy odmówić zapłaty, mówi Pedro Nuno Santos wiceprzewodniczący największej opozycyjnej partii w portugalskim parlamencie - Partii Socjalistycznej.

- Dług jest naszą jedyną bronią i musimy ją wykorzystać, aby wymusić lepsze warunki. Recesja sprawia, że nie osiągniemy tego, co wymaga od nas 'troika'(UE, MFW, EBC). Musimy sprawić, aby dużym niemieckim bankom zadrżały kolana, powiedział Santos podczas protestu w czwartek wieczorem. Uważa on, że Portugalia, Włochy, Hiszpania i Grecja mogą być odgórnie sterowaney przez Francję i Niemcy, które stały się sobie bliskie w związku z kryzysem finansowym, a ostatnio w związku z piątkowym szczytem UE.

- To niepojęte, że kraje południa Europy nie robią tego samego co Niemcy i Francja. Oni byli zjednoczeni, powiedział Santos brytyjskiej gazecie 'The Telegraph'.

W czwartkowy wieczór odbył się kolejny protest przeciwko trudnym cięciom, które zaproponował rząd, aby przezwyciężyć deficyt. Przez ostatnie dwa lata Portugalia zmagała się z deficytem budżetowym w wysokości 10 procent produktu krajowego brutto, co spowodowało że zadłużenie państwa wzrosło ponad 100 procent PKB. Socjaldemokratyczny rząd kierowany przez Pedro Manuela Coelho, ma zamiar wprowadzić cięcia budżetowe w celu zmniejszenia deficytu do 3 procent PKB, jak uzgodniono w warunkach udzielonej Portugalii w kwietniu pożyczki 78 mld euro z UE i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wśród proponowanych zmian jest zmniejszenie wynagrodzenia pracowników publicznych przez między 8 a 16 procent w zależności od wysokości płacy. Ponadto wydłużono tydzień pracy do 42 godzin.

Poniżej treść zarysów nowego traktatu UE. Wyciekła w Wielkiej Brytanii po tym jak Francuzi zaczęli atakować brytyjską gospodarkę :-)

- Powinni zacząć obniżki od Wielkiej Brytanii, która ma większy deficyt, podobne zadłużenie i niższy wzrost niż my powiedział Christian Noyer, szef francuskiego banku centralnego. Francja jest jednym z 15 krajów, które agencja ratingowa Standard & Poor ostrzegła, że może obniżyć ich rating, ale teraz Francuzi próbują odwrócić jej uwagę na północ. Sam możesz porównać wyniki gospodarek Wlk. Brytanii i Francji.
New Treaty