czwartek, 9 lutego 2012

George Papandreu: Nieuczciwa krytyka Grecji

Były premier Grecji George Papandreu przyznaje, że poważnie zadłużony kraj pożyczał zbyt dużo podczas jego rządów, ale twierdzi że kontrola ze strony Unii Europejskiej nie była dokładna i musi ona wziąć część winy za obecną sytuację tego kraju na siebie. Papandreu potępia tych, którzy krytykują greckie władze za to, że nie robią wystarczająco dużo, aby uporać się z kryzysem.

- Tak, krytyka Grecji jest nieuczciwa mówi Papandreou w rozmowie z norweską gazetą VG. Zrobiliśmy wielkie cięcia i sytuacja się zmienia. Ale potrzebujemy nie tylko cięć budżetowych i reform legislacyjnych. Musimy przeprowadzić zmiany strukturalne, a to wymaga czasu. Rok temu wszyscy mówili, że Grecja była znowu na dobrej drodze i byliśmy komplementowani. Ale potrzebne zmiany trwają dłużej niż niektórzy oczekiwali. Musimy zmienić naszą mentalność.

Grecja cały czas potrzebuje pożyczek. Ponieważ nie może ich otrzymać na rynku finansowym, do akcji wkroczyły UE, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, które wspólnie utworzyły tzw trojkę. Teraz od ich decyzji zależy, czy Grecja otrzyma kolejną transzę - 130 mld euro z uzgodnionego kredytu awaryjnego. Jeśli tak się nie stanie, Grecja ogłosi bankructwo.

Papandreu zrezygnował z funkcji premiera w listopadzie ubiegłego roku, po ogromnej krytyce, kiedy zasugerował, że Grecy sami powinni zdecydować, czy kraj powinien przyjąć pakiet ratunkowy z Unii Europejskiej w drodze referendum. Powstał wtedy rząd koalicyjny, a najbliższe wybory odbędą się w kwietniu. Papandreou wciąż wierzy, że referendum byłoby dobrym rozwiązaniem i oskarża Unię o to, że nie zrobiła wystarczająco dużo, aby zapobiec kryzysowi w Grecja, a jej pierwsze działania tylko go pogłębiły.

- Tak, pożyczyliśmy zbyt dużo w trakcie moich rządów. Ale w tym okresie byliśmy również pod kontrolą Komisji Europejskiej. Ta kontrola nie była wyraźnie wystarczająco dobra, powiedział Papandreu.

Dwa dominujące kraje UE: Francja i Niemcy pogorszyły sytuację, gdy zasugerowały że sektor prywatny odzyska swoje pieniądze tylko, gdy kraj wywiąże się ze swoich płatności. - Wniosek został wycofany, ale szkoda już się wydarzyła. Europa została podzielona na kraje o wysokim i niskim ryzyku, a inwestorzy nie chcieli inwestować w Grecji, Portugalii i Irlandii mówi Papandreu, który ostrzegał kanclerz Niemiec Angelę Merkel przed takim działaniem. - Powiedziałem, że to samospełniająca się przepowiednia, i tak właśnie było.

Teraz Papandreu ostrzega UE przed stosowaniem tego samego leku dla wszystkich krajów europejskich. - Ogłoszono wstrzemięźliwość, umiar i jeszcze raz umiar. Należy ciąć wydatki w Grecji, ale nie jest to poprawna droga we wszystkich krajach europejskich. Spowoduje to, że Europa znajdzie się w recesji. Zamiast tego powinniśmy inwestować w infrastrukturę i edukację. Transport pomiędzy sąsiednimi krajami jest wciąż taki jaki był w czasach zimnej wojny.

Lider partii PASOK, Papandreu jest trzecim pokoleniem, które rządziło Grecją. To za czasu rządów jego ojca Andreasa doszło do znacznego zwiększenia wydatków publicznych i nadmiernego rozrostu biurokracji. Ale George Papandreu nie zamierza składać samokrytyki.

- Nie miałem nic wspólnego z długiem, który odziedziczyłem. W 2004 r. zadłużenie kraju wynosiło 180 mld euro. Kiedy zostałem wybrany na premiera w 2009 roku wzrosło do 320 mld euro. Odchodzący rząd mówił, że deficyt był na poziomie 6 procent PKB. W rzeczywistości deficyt wyniósł 16 procent. Prawdopodobnie mógłbym zrobić coś lepiej, ale w czasie kryzysu dałem z siebie wszystko.

- Znajdujemy się w krytycznym psychologicznie momencie. Kryzys trwa już dwa lata, a my przeszliśmy wiele trudnych cięć. Teraz okazuje się, że jest potrzeba nowych cięć. W tym momencie ważne jest, aby ludzie widzieli światełko w tunelu. Wtedy będziemy mogli uznać, że zmiany nadejdą.

Kiedy pyta się Papandreu czy Grecy sami są problemem, odpowiada: Granie na ludzkim strachu nie rozwiązuje niczego. Widzę początkowe oznaki rasizmu i nacjonalizmu w dyskusji na temat kryzysu euro.

Słowa Papandreu trzeba odczytywać w kontekście zbliżających się wyborów w Grecji. Były pan premier ładnie opowiada, jak to sam dawał z siebie wszystko, a tylko wicie, rozumicie, no chciał dobrze a wyszło jak zwykle. Wszyscy po kolei dołożyli się do obecnego kryzysu w Grecji. Ważne jest jednak to, aby nie winić za niego tylko Greków (a już na pewno nie tych zwykłych zjadaczy chleba). Bo co prawda to oni pożyczali, ale z drugiej strony były niemieckie i francuskie banki, które chętnie im te pieniądze dawały. Każdy medal ma dwie strony, a prawda jak zwykle leży po środku.

A swoją drogą co Papandreu ma na myśli, gdy mówi że jego rząd był pod kontrolą Unii Europejskiej? Czyżbyśmy czegoś nie wiedzieli?

niedziela, 5 lutego 2012

Argentyna - matka wszystkich bankructw

W czasie, gdy wszyscy zastanawiają się co dalej z euro i czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy, pisałem już o tym, że Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy. Tymczasem mamy także inny przykład kraju, który niedawno musiał sobie poradzić z nie lada wyzwaniem. Dziesięć lat temu Argentyna była w stanie podobnym do dzisiejszej Grecji. Kraj ten nie mógł już spłacać swoich długów. Jakie wnioski z tamtego kryzysu mogą być pomocne w przypadku Grecji? Zapraszam Cię do przeczytania wpisu powstałego na bazie artykułu w Handelsblatt.

Buenos Aires dziesięć lat później, Roberto Lavagna siedzi zrelaksowany w swoim jasnym, przestronnym biurze. Jest początek lata na półkuli południowej, na zewnątrz modna Aleja 9-go Lipca jest pełna życia. Kupujący Argentyńczycy wychodzą na miasto, spotykają się w kawiarniach. Na stole stoi najnowsza książka Lavagny - "un país Pensando" co oznacza "Myślenie o kraju". Lavagna robi to często w ostatnich tygodniach, bo zawsze pytają go o to jak to było dziesięć lat temu, gdy Argentyna ogłosiła bankructwo. Rządy pogrążonych w kryzysie krajów południowej Europy pytają w jaki sposób udało mu się doprowadzić do normalności swój kraj po największym bankructwie w historii.

Dzisiaj kraj ma solidne podstawy. Nasiona soi i pszenicy, argentyńskie złoto są poszukiwanymi towarami, a w kraju montuje się także coraz więcej samochodów. Argentyna rośnie stale od prawie dziesięciu lat o osiem do dziewięciu procent rocznie. Lavagna, szczupły mężczyzna w niebieskiej koszuli uśmiecha się ujmująco. Niezwykłe działania polityka, który od kwietnia 2002 do listopada 2005 r. był Ministrem Gospodarki stały się fundamentem dla dzisiejszego boomu.

Tak jak każdemu Argentyńczykowi, również Lavagnie zapadły w pamięci ostatnie tygodnie grudnia 2001 r., gdy ludzie rozpoczęli zamieszki między Świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, po tym jak Argentyna padła na kolana pod ciężarem długu wynoszącego 140 procent PKB. Kryzys dotknął wszystkich - zubożała klasa średnia, a biedni stali się jeszcze bardziej ubodzy. Gdy konta bankowe zostały zamrożone, ludzie szturmowali banki i sklepy i wszyscy chcieli polować na tych cholernych polityków. "Que se vayan todos" - "tylko skóra i kości". To zdanie wyrażało w tamtym momencie nastrój całego kraju.

W dniu 20 grudnia prezydent Fernando de la Rua uciekł helikopterem przed wściekłym tłumem z Pałacu Prezydenckiego "Casa Rosada". W następnych dniach, które przypominały wojnę domową, zginęło 25 osób. Większość z nich zginęło w starciach między demonstrantami a policją. Ostatecznie największe bankructwo w historii tego państwa kosztowało nie tylko stratę 130 miliardów dolarów, ale także 39 żyć ludzkich.

"Sytuacja w Argentynie była nieskończenie bardziej dramatyczna niż w Grecji", mówi Lavagna. "Nikt nie odzyskał swoich pieniędzy, bieda ogarnęła ponad 50 procent populacji, do łask powrócił ponownie nawet handel wymienny (barter), w który zaangażowanych było sześć milionów ludzi. W Grecji do tego jeszcze długa droga."

W zamieszaniu wywołanym protestami społecznymi przewinęło się czterech prezydentów w dwanaście dni, aż dopiero senatorowi Eduardo Duhalde udało się zasiąść w fotelu prezydenta 2 stycznia i sprawował swoje rządy około 15 miesięcy. Jego pierwszym rozporządzeniem było zakończenie parytetu kursu walutowego wobec dolara, w wyniku czego z dnia na dzień peso straciło trzy czwarte swojej wartości. "To co łączy Argentynę z dzisiejszą Grecją to to, że oba kraje żyły ponad stan", porównuje Lavagna. Roczna recesja, deficyt budżetowy i na rachunku obrotów bieżących, silna waluta, która jest poza kontrolą państwa. Argentyna była odosobnionym krajem w międzynarodowym systemie finansowym. "Ateny są członkiem jednego z najpotężniejszych politycznego i gospodarczego sojuszu świata". Jesienią Argentyna była już dużo dalej.

Prezydent Carlos Menem w 1991 roku związał peso z dolarem w celu walki z hiperinflacją. Pozwoliło to natychmiast ograniczyć inflację i dało ludności nieznana dotąd siłę nabywczą. Argentyńczycy podróżowali po całym świecie, kupowali domy, duże samochody.

Walter Molana ekspert ds. Ameryki Łacińskiej w BCP Securities uważa, że parytet dolara na końcu złamał Argentyńczykom karki. "Rosła tylko konsumpcja, a nie realna siła gospodarcza". Firmy nie były już konkurencyjne, ponieważ towary z importu był dużo tańsze. Od 1995 do 2001 zbankrutowało siedemnaście tysięcy firm. Setki tysięcy miejsc pracy zostało utracone. Chociaż Menem sprywatyzował nierentowne przedsiębiorstwa państwowe to uzyskane w ten sposób pieniądze nie zostały zainwestowane w infrastrukturę, ale wydane na bieżące potrzeby rządu.

W połowie lat dziewięćdziesiątych wybuchł kryzys finansowy w Meksyku, ale został opanowany dzięki entuzjazmowi inwestorów dla Ameryki Łacińskiej. Potem pojawiły się bańki na rynku produktów rolnych, rosła wartość dolara i argentyńskie produkty były coraz rzadziej kupowane. Rząd musiał pożyczać więcej i więcej aż Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który popierał argentyńską neoliberalną ścieżkę zaczął mieć wątpliwości. Także Argentyńczycy zaczęli mieć podejrzenia: "Nie zostało już wiele czasu." Tak rozpoczął się proces wycofywania dużych sum pieniędzy z kraju. Tylko 30 listopada z krajowego systemu finansowego odpłynęło 1.5 miliarda dolarów. Trzy dni później fundusze zostały zamrożone. Kryzys był już na ostatniej prostej.

"Wszystko co MFW sugeruje obecnie Grecja, zalecał również Argentynie", powiedział Lavagna - w dół płace i emerytury, a w górę podatki. "Są to oszczędności kosztem ludności tak, aby banki otrzymały swoje pieniądze z powrotem. Jeśli stosować się do tych zaleceń, to stworzysz program chroniący interesy wierzycieli, ale nie pomoże to rozwiązać problemów kraju i sparaliżuje wszelką działalność gospodarczą." Poprzednicy Lavagna rozmawiali z MFW w sprawie programu restrukturyzacji oraz kredytu na kwotę od 20 do 25 miliardów dolarów. Gdy rozpoczął swoją pracę na stanowisku ministra gospodarki w kwietniu 2002r., razem z Prezydentem Duhalde udali się natychmiast do Waszyngtonu gdzie dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego Horst Köhler powiedział, że Argentyna nie dostanie więcej żadnych dodatkowych pieniędzy z funduszu.

Nawet dzisiaj Lavagna opowiada anegdotę o dialogu z Köhlerem: "Musiałem powtórzyć to kilka razy. Köhler myślał, że mnie nie rozumie z powodu mojego angielskiego. Nie mógł uwierzyć, że ktoś chce odrzucić błogosławieństwo MFW" mówi były minister gospodarki - i nie może powstrzymać uśmiechu. "Robiliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami MFW" powiedział Lavagna. Ale wystąpiły duże różnice zdań między nami. "Chcieliśmy także wygenerować nadwyżkę budżetową. Naszym pomysłem była restrukturyzacja długu, obniżenie stóp procentowych i wykorzystanie zaoszczędzonych pieniędzy dla dobra kraju." Pieniądze, których Lavagna nie chciał wypłacić na rzecz wierzycieli zostały wykorzystane do stymulacji rynku wewnętrznego, infrastruktury, badań, technologii i edukacji. "Chcieliśmy zmniejszyć inflację, zwiększyć produkcję i tworzyć nowe miejsca pracy". Lavagna wygenerował nadwyżkę budżetową w wysokości 4.5 punktu procentowego PKB.

Prywatni wierzyciele Argentyny musieli zaakceptować 70-procentową redukcję długu. Opór był wielki - nawet do dzisiaj, szczególnie w Niemczech. Kiedy Prezydent Cristina Kirchner składała rok temu wizytę w Berlinie, ostrożnościowo zrezygnowano z lotu rządowym samolotem Tango 01, gdyż niemieccy wierzyciele grozili że mogą go zająć.

Ale kryzys i dewaluacja peso pogrążyła Argentyńczyków w biedzie. Roczny dochód na jednego mieszkańca spadła z 7 400 do 3 300 dolarów. Wiele towarów było dostępnych tylko na czarnym rynku. Nieruchomości straciły znacznie na wartości. W spichlerzu Ameryki Południowej ludzie musieli głodować a tysiące dzieci plądrowały kosze na śmieci w poszukiwaniu jedzenia. Ci, którzy mieli krewnych za granicą, uciekli. Dziesiątki tysięcy Argentyńczyków złożyło wnioski o wizy w Hiszpanii czy Włoszech. Inni przenieśli się do Meksyku.

"Było tak, jakby ktoś zabrał Argentyńczykom grunt spod nóg" mówi psycholog Mónica Arredondo. "Wszystko co ludzie zbudowali na przestrzeni pokoleń, rozpłynęło się w powietrzu." Ponieważ nie było ani pieniędzy, ani kredytów, w całym kraju powstawały ośrodki, gdzie ludzie mogli się wymieniać między sobą, nawet dentyści oferowali swoje zabiegi za żywność. Zdarzały się zakupy nowych samochodów za kilka ton zboża. Około 45 ton soi było potrzebnych na nowego pick-upa. W tym samym czasie około 150 upadłych fabryk, sklepy, hoteli i szpitali zostało przejętych przez pracowników, którzy prowadzili je dalej jako spółdzielnie. Pakowacze, ślusarze i pokojówki stali się nagle przedsiębiorcami i biznesmenami - musieli nauczyć się księgowości, a także sprzedaży. Było to połączenie teorii Adama Smitha i Karola Marksa.

W marcu 2003 roku, 15 miesięcy po tym jak rozpoczął się kryzys wybory prezydenckie wygrał prawie nieznany dotąd gubernator prowincji Santa Cruz - Nestor Kirchner. Pod jego rządami powrócił wzrost gospodarczy i zaufanie do kraju. Słabe peso sprawiło, że kwitł eksport. Argentyna miała również szczęście. Chiński apetyt na soję, pszenicę i inne surowce dał krajowi boom, który trwa do dziś. Z tytułu eksportu towarów rolnych do Argentyny płynie rocznie 35 miliardów dolarów. To podstawowa różnica w stosunku do Grecji.

Dla pogrążonego w kryzysie południowoeuropejskiego kraju Lavagna sugeruje, aby nie iść ortodoksyjną drogą: "Jeśli Grecja postąpi tak jak Argentyna, w ciągu dziesięciu lat znów stanie się konkurencyjna. UE musi wesprzeć ją w konsolidacji budżetu. Albo Ateny wyjdą tymczasowo ze strefy euro, albo będą miały dwie waluty - drachmę wewnątrz niej, a euro na zewnątrz." Można oczywiście dyskutować z opiniami Pana Lavagna, ale ja słyszałem że jak dwie osoby mówią Ci że jesteś pijany to lepiej się połóż. A co Ty sądzisz na ten temat?

* Intencją wpisu nie jest sugerowanie jakoby wszystkie kryzysy spowodowała Argentyna. Tytuł jest przenośnią sugerującą, że kraj ten jako doświadczony kryzysem dużo wcześniej mógłby obecnie służyć swoimi radami dla państw takich jak Grecja.

czwartek, 2 lutego 2012

Czy Duńczycy to Grecy północy? A Polacy?

Wszyscy komentowali zaległości podatkowe Greków, którzy są winni swojemu fiskusowi 60 mld euro, ale okazuje się że nie jest to tylko problem południowej Europy. Duńczycy są dłużni swojemu państwu niemal 10 mld € z tytułu zaległych podatków, niezapłaconych biletów parkingowych i tym podobnych. Prawie połowy z tych pieniędzy, rządowi w Kopenhadze nie uda się już nigdy odzyskać.

Skandynawia jest powszechnie uważane za bastion rzetelności podatkowej. Świeżo brukowane ścieżki rowerowe, nowoczesne szpitale, przedszkola z niekonwencjonalnymi metodami dydaktycznymi - a szczęśliwi obywatele chętnie dają swój wkład do państwowej kasy, gdyż wiedzą że państwo ma im faktycznie coś do zaoferowania w zamian - to tylko stereotyp. W rzeczywistości stawki podatków w Danii są jednymi z najwyższych w krajach rozwiniętych gospodarczo.

Gazeta Politiken podała, że Duńczycy zalegają z zapłatą na rzecz państwa 73 miliardów koron, czyli równowartość 9.8 mld euro. Stanowi to niemal jedną czwartą rocznego poziomu podatków dochodowych w Danii - i około 1800 € na głowę każdego obywatela. W całej tej sumie zawierają się zarówno niezapłacone podatki razem z zaległymi karami za nielegalne parkowanie (w Danii od 70 €), opłatami za przedszkola i tym podobnymi. W sumie z podatkami zalega 400 tysięcy obywateli (ponad 7% z 5.5 miliona) i nawet 100.000 firm. Minister ds. podatków Thor Pedersen określił tą sytuację z przerażeniem jako "niesamowite niechlujstwo". 26-letni Pedersen jest najmłodszym członkiem rządu w duńskiej historii. Czy Dania jest Grecją północy jeśli chodzi o moralność płatniczą mieszkańców?

To że zaległości Duńczyków są znane tak dokładnie wynika z wprowadzonych nowych zasad poboru i windykacji podatków na rzecz państwa. Od 2006 r. rząd w Kopenhadze jest odpowiedzialny za centralny pobór i windykację wszystkich długów swoich obywateli. Poprzednio odpowiedzialne były za to gminy. Duński rząd wprowadził nowy system informatyczny z centralnym rejestrem, który elektronicznie tworzy i obsługuje plany spłat dla obywateli. Prace nad nim nadal trwają.

Innym problemem jest to, że niektóre roszczenia sięgają początku lat 80. i poprzednich, a wielu dłużników nie stać obecnie na uregulowanie zaległości. "Dotyczy to częściowo ludzi z marginesu społecznego, którzy mogą po prostu tego nie zapłacić" powiedział Pedersen. Może być tu potrzebne umorzenie długów. Państwo chce jednak odzyskać co najmniej 5 miliardów euro. To co będzie teraz najbardziej potrzebne to zwiększenie liczby komorników. Tylko czy to spodoba się ludziom? Jak to możliwe, że jedne rządy potrafią sprawnie działać i nie ulegać lobbies a inne zakrywają swoje nieustanne porażki cienkim PR-em? A może to dobrze, że w Polsce nikt nie policzył ile niektórzy zalegają z zapłatą podatku, bo okazałoby się, że nie ma dziury budżetowej? Przecież wszyscy wiedzą że tylko głupi płacą podatki w Polsce.

niedziela, 29 stycznia 2012

Oszczędności tylko pogarszają kryzys

Europę straszy obecnie widmo bankructwa. Drżą przed nim wszystkie europejskie rządy. Aby wypędzić demona, ich gospodarki muszą przejść terapię szokową. Na razie nic nie wydaje się pomagać. Gospodarki nadal się chwieją, dług nadal rośnie. Agencja ratingowa Standard Poor`s obniżyła ratingi dziewięciu krajom strefy euro, w tym Francji. Agencja Fitch zrobiła to samo w stosunku do pięciu. Każdy, kto nie jest zaślepiony przez głupotę, zwróci uwagę na uzasadnienie tych obniżek. Jeśli produkt krajowy brutto (PKB) się skurczy, automatycznie pociągnie to za sobą zwiększenie wskaźnika zadłużenia. Jedynym sposobem na zmniejszenie długu (z wyjątkiem zawieszenia płatności publicznych pieniędzy do gospodarki poprzez ich dodruk) jest stymulowanie wzrostu gospodarczego.

Strach przed zadłużaniem się jest zakorzeniony w ludzkiej naturze, więc przeciętny człowiek uzna zmniejszanie zadłużenia jako uzasadniony cel polityczny. Każdy z nas ma jakieś zobowiązania płatnicze - często w formie kredytu. Dług może powodować lęki, jeśli nie wiemy czy będziemy w stanie go spłacić.

Obawy te są łatwo przenoszone na poziom długu publicznego - pieniędzy, które rząd jest winien wierzycielom. Jak wytłumaczyć o co chodzi ludziom, którzy chcą od rządów spłaty tych setek miliardów długów? Brytyjski premier David Cameron ujął to: "Dług publiczny jest taki sam jak zadłużenie w karcie kredytowej, musisz je spłacić". Wynika z tego natychmiast kolejny krok - aby spłacić dług publiczny lub przynajmniej go ograniczyć, rząd musi wyeliminować deficyt budżetowy, ponieważ potrzebny jest wzrost dochodów budżetowych ponad kwotę zaciąganego długu uzyskany w sposób trwały. Jeśli rząd nie robi nic, dług publiczny staje się nie możliwy do utrzymania.

Stiglitz: UE planuje "pakt samobójczy"

Na co zwrócić uwagę przyszłych pokoleń? Tutaj również można posłużyć się analogią do zadłużenia gospodarstwa domowego. Moja śmierć nie spowoduje całkowitego wymazania moich długów. Moi wierzyciele będą mieli do niego dostęp np. poprzez mój majątek - wszystko, co chciałem zostawić dzieciom. Podobnie jeśli rząd zbyt długo zaciąga długi w sposób niekontrolowany to obciąża nim przyszłe pokolenia. Ja sam mogę korzystać z rozrzutności rządu, ale moje dzieci będą musiały to kiedyś spłacić.

To tłumaczy dlaczego w centrum zainteresowania polityki fiskalnej większości rządów jest dzisiaj redukcja deficytu. Rządy z "wiarygodnymi" planami "konsolidacji fiskalnej" są podobno lepiej postrzegane niż inni dłużnicy. Oznacza to, że przy założeniu, że jeśli rząd będzie w stanie pożyczyć taniej, to z kolei powinno obniżyć stopy procentowe dla prywatnych kredytobiorców i w efekcie dać dodatkowe korzyści dla całej gospodarki. Tak więc konsolidacja fiskalna jest uważana za złoty środek do ożywienia gospodarki. Ten nurt oficjalnej doktryny najbardziej rozwiniętych krajów świata zawierać co najmniej pięć głównych wad, które w dużej mierze są niezauważane, przez co całe powyższe rozumowanie wydaje się być niewiarygodne.

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Po pierwsze rządy mają więcej możliwości spłaty swojego długu niż osoby prywatne. Rząd kraju z własnym bankiem centralnym może po prostu finansować się pożyczkami z tego banku poprzez dodruk pieniądza. Odnosi się to także do krajów strefy euro i ich rządów, które muszą spłacić swoje długi. Jeśli ich (zagraniczni) wierzyciele, będą naciskać zbyt mocno, to wystarczy zaniechać płatności. Będzie to oznaczało bankructwo, ale jak pokazał przykład Islandii i Argentyny, potem życie toczy się dalej tak jak wcześniej.

Po drugie, celowe zmniejszenie deficytu nie jest dziś najlepszą metodą dla rządu na zbilansowanie budżetu. Zmniejszenie deficytu w samym środku spowolnienia gospodarczego nie doprowadzi do wyzdrowienia, ale do dalszego załamania, bo skutkuje tym, że zmniejsza dochód narodowy z którego pochodzą przychody budżetu państwa. To tylko dodatkowo utrudnia, a nie ułatwia osiągnięcie zamierzonego celu, czyli zmniejszenie deficytu budżetowego. Rząd brytyjski zanotował już 112 miliardów funtów więcej długu niż planował w momencie ogłaszania programu zmniejszenia deficytu w czerwcu 2010.

Po trzecie, dzisiejszy dług nie ma powiązania z obciążeniami przyszłych pokoleń. Nawet jeśli może to doprowadzić do powstania przyszłych zobowiązań podatkowych (a czasami tak to się kończy), aby zaspokoić transfery od podatników do obligatariuszy. Może to mieć niepożądane skutki dystrybucyjne. Ale staranie się, aby spłacić wszystkie długi teraz jest także w rzeczywistości obciążaniem przyszłych pokoleń: natychmiastowe obniżenie dochodów, spadek zysków, ucierpią fundusze emerytalne, projekty inwestycyjne zostaną zaniechane lub przełożone, a domy, szkoły i szpitale nie zostaną wybudowane. Przyszłe pokolenia będą w gorszej sytuacji, ponieważ nie będą miały do dyspozycji pewnych aktywów, które mogłyby mieć.

Po czwarte, nie ma związku między poziomem długu publicznego i ceną, którą rząd musi płacić za jego sfinansowanie. Stopy procentowe, które za swój dług płacą takie kraje jak Japonia, USA, Wielka Brytania i Niemcy są równie niskie, pomimo ogromnych różnic w poziomie zadłużenia i polityki fiskalnej.

I wreszcie po piąte, zmniejszenie kosztu finansowania zewnętrznego dla rządów nie spowoduje automatycznej obniżki kosztu kapitału dla sektora prywatnego. Pożyczki dla firm i ludności nie odbywają się po tzw. stopie wolnej od ryzyka, za którą przyjmuje się oprocentowanie amerykańskich obligacji skarbowych i wykazano, że ekspansywna polityka pieniężna może co prawda sprowadzić oprocentowanie obligacji rządowych w dół, ale będzie to miało niewielki wpływ na udzielanie nowych kredytów przez banki. W rzeczywistości zachodzi tutaj odwrotna reakcja: powodem, dla którego odsetki płacone przez państwo w Wielkiej Brytanii i innych krajach są tak niskie jest to, że oprocentowanie kredytów dla sektora prywatnego jest tak wysokie.

Dzisiaj w Europie nie mówi się o niczym innym jak pakt fiskalny i obniżenie zadłużenia publicznego. Oczywiście temat jest niezwykle ważny, ale trzeba uważać, aby nie wylać dziecka z kąpielą i przy okazji nie doprowadzić do jeszcze większego załamania w gospodarce. Dobrym przykładem niech będą dla nas gospodarki takich krajów jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania w których mimo nieustannych cięć dług wcale nie spada, a jedyne co rośnie to niezadowolenie społeczne. No ale najważniejsze, że nastroje niemieckich przedsiębiorców są pozytywne, prawda?

Tekst na podstawie artykułu.

czwartek, 26 stycznia 2012

Reklamy banków 2011

Oceniałem już reklamy banków, które emitowane były w 2008 roku. Chociaż telewizję oglądam rzadko to i w tym roku sróbowałem wybrać dla Ciebie kilka tych, na które warto zwrócić uwagę. Niektóre są na prawdę zabawne!


Alior Bank - Obecność pana w meloniku w reklamach tego banku to już standard. Trzeba przyznać, że od początku konsekwentnie budują w ten sposób rozpoznawalność swojej marki. I do tego ciągle opowiadają o swojej wyższej kulturze bankowości (czy na pewno zawsze?)



Lukas Bank - Ktoś mógłby przetłumaczyć co tam mówią? Próbowali się trochę wyróżnić, ale nie wiem czy im się udało...



Credit Agricole - A tutaj kolejna reklama tego samego kredytu, tylko że już pod nową marką. Ta wydaje mi się o wiele lepsza.



ING - To on... doradca hipoteczny
Muszę przyznać, że mnie ta reklama rozbawiła :-)



Pekao SA - Reklama średnia, ale chociaż muzyka fajna.


PKO BP - Nie da się ukryć, że w tym roku królował Szymon. Czyżby w polskiej bankowości zajął miejsce M.Kondrata?



Firma Kantar Media, monitorująca rynek reklamy, podliczyła, że od stycznia do listopada 2011 banki wydały na spoty w telewizji, radio, prasie w kinie i plakaty na billboardach 1,2 mld zł. Są to dane cennikowe, od których reklamodawcy targują spore upusty. Ale nawet przy takim założeniu, wydatki reklamowe w 2011 r. były znacznie wyższe niż w ciągu 11 miesięcy 2010 r., kiedy koszty, też mierzone oficjalnymi taryfami, wyniosły 860 mln zł.

Największym sponsorem rynku był PKO BP. Reklama kosztowała lidera branży 132 mln zł i jest to kwota niemal 2,5-krotnie wyższa niż rok wcześniej. BZ WBK z budżetem 91 mln zł zajmuje drugie miejsce. Kampanie z Antonio Banderasem były znacznie droższe niż z Gerardem Depardieu, który w 2010 r. płacił po 100 zł matkom, żonom i córkom za otwarcie rachunku. Wtedy bank wydał na reklamę 55 mln zł. Na trzecim miejscu znalazł się Getin Noble.

niedziela, 22 stycznia 2012

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Włoch i innych zadłużonych krajów Europy?

Wiele osób mówi obecnie o "Planie na rzecz wzrostu", który pomógłby europejskim krajom z basenu Morza Śródziemnego pokonać kryzys. Brzmi to rozsądnie, tylko że w tzw. krajach PIIGS - Portugalia, Irlandia, Italia, Grecja i Hiszpania "planów rozwoju" nigdy nie brakowało. Co jest powodem obecnej zapaści i dlaczego tak trudno jest pokonać ten kryzys? Zachęcam Cię do przeczytania tekstu W. Streecka, który przetłumaczyłem na język polski.

Przystąpienie państw południowych do Unii Europejskiej było również wejściem do największego na świecie obszaru jednolitego rynku. Regionalne programy operacyjne i fundusze strukturalne Unii Europejskiej zostały przygotowane w celu sfinansowania infrastruktury potrzebnej biedniejszym krajom do wykorzystania nowych możliwości rynkowych. Następnie nastało euro, które w połączeniu z wysoką inflacją krajów południa Europy doprowadziło tam do niesamowicie niskich stóp procentowych. Rzeczywiście, łatwo dostępne kredyty przyniosły Portugalii i Hiszpanii rozkwit. Ale pieniądze, które powinny zwiększyć konkurencyjność tych krajów i dać im podstawę dla zrównoważonego wzrostu, zostały skierowane w złym kierunku - zamiast wzmacniać przemysł, stymulowały głównie spekulacje na rynku nieruchomości.

Czy Islandia może być wzorem dla zadłużonej Europy?

Co poszło nie tak? Dziś dowiadujemy się, że mimo udostępnienia nawet najlepszych warunków makroekonomicznych (niskich stóp procentowych) i hojnych funduszy infrastrukturalnych brakuje tam rodzimej klasy średniej - przedsiębiorców gotowych inwestować w długoterminowy rozwój przemysłu w swoim kraju. Przedsiębiorców, którzy chcieliby powiązać swój los z losem ich ojczyzny, w skrócie, patriotycznych elit gospodarczych. To niezwykle trudne zadanie w świecie, w którym przedsiębiorcy mają globalne alternatywy do inwestowania swoich pieniędzy i energii.

W krajach PIIGS istnieją patriotyczni przedsiębiorcy - na przykład w Katalonii i kraju Basków, w północnych Włoszech. Rzeczywiście okazuje się, że te regiony trzymają się całkiem nieźle w czasie kryzysu. Ale tam gdzie pieniądze znajdują się głównie w rękach rodzin arystokratycznych lub pseudoarystokratycznych (oligarchicznych) górę wziął kryzys. Deregulacja rynków kapitałowych sprzyja tym bogatym rodzinom, które nie chcą brudzić sobie rąk inwestowaniem w kraju, ale robią to na świecie - nieruchomości w Nowym Jorku, statki pływające pod koreańską banderą z karaibską lub chińską załogą lub po prostu zakup obligacji USA.

Europejskie państwa potrzebują miliardów!

W Grecji nie ma pieniędzy? Wręcz przeciwnie - klany rodzinne Onassis i Niarchos znajdują się wysoko na liście najbogatszych na świecie. Inwestują nie tylko w swoim kraju. Wiarygodne dane potwierdzają, że najbogatsi z krajów PIIGS płacą mniej podatków niż ich odpowiednicy w bogatej Europie północnej. Staje się oczywiste, że wszystkie kraje UE które korzystają z pomocy strukturalnej nie są w stanie opodatkować swoich oligarchów.

Jednocześnie ze względu na transfery środków z Unii zmniejsza się potrzeba zapewnienia skutecznego systemu kontroli. Północna Europa uzupełnia dziury spowodowane przez oszustwa podatkowe i eksport kapitału w Europie Południowej. Dotowana jest niepisana umowa z Południowymi post-faszystowskimi elitami, aby pozostawić je samemu sobie, a nie wywłaszczać na rzecz przedsiębiorczej klasy średniej. Zwłaszcza w Grecji, bogactwo koncentruje się w rękach kilku rodzin.

Siedem boleści włoskiej gospodarki

Czy to nie idzie zbyt daleko? Weźmy na przykład Włochy - kraj, który jest naprawdę dwoma krajami - północne Włochy są częścią zachodniego serca Europy i grają w tej samej lidze co Bawaria, Austria, Dolina Rodanu. Południowe Włochy są z drugiej strony podobne do Grecji, Portugalii lub dużej części Hiszpanii. To niesamowite, że południowe Włochy razem z północnymi mają wspólną walutę, dostęp do rynków i stóp procentowych, a także otrzymały szerokie wsparcie strukturalne, znacznie większe niż to na które mogły liczyć kraje takie jak Grecja. Nie zostało z tego nic z powodu archaicznej pre-kapitalistycznej struktury społecznej, której nie rusza się z powodów politycznych.

Gorzej - tak długo, jak płyną pieniądze z zewnątrz, Rzym nie musi walczyć z tymi, którzy kierują je do nieproduktywnych sektorów, takich jak np. luksusowa konsumpcja. W rzeczywistości środki pomocowe były wykorzystywane do kupowania poparcia politycznego dla partii rządzących w pogrążonych w stagnacji regionach. Bruksela pozytywnie opiniowała opracowane plany rozwoju, co degenerowało systemy korupcyjne.

Północni Włosi odrzucają dziś kategorycznie kolejne transfery do południowców. Liga Północna mówi nawet o możliwym podziale Włoch, co pozwoliłoby zachować Włochom z północy swoje pieniądze. Jeśli północni Włosi nie chcą płacić za południowych, mimo wszystkich swoich nadziei na to, że ich plany pozwolą wreszcie na wzrost, jak możemy oczekiwać od podatników z Niemiec, Danii czy Holandii aby zgadzali się na ciągłe dofinansowanie południowców?

Przedprzemysłowe struktury władzy południowych Włoch były do przyjęcia, gdy były one finansowane przez UE w ramach pomocy regionalnej z Europy Północnej. Środki te były przez pewien czas niemal wyłącznie do dyspozycji Włoch. Od kiedy pękła bańka kryzysu włoska spójność narodowa jest zagrożona.

Co dalej z euro?

Mamy nauczkę - wzrost gospodarczy nie jest jedynie funkcją makroekonomii, ale także struktury społecznej kraju. Krajom PIIGS nie udało się zaimplementować post-fordowskich struktur społecznych, które pobudzają przedsiębiorczość i innowacyjność. Teraz może być już za późno. Stare bogactwo może ulecieć tak szybko jak nigdy przedtem, a zbyt wiele czasu dla ubogich krajów zajmie nadrobienie zaległości do takich potęg jak Niemcy i Chiny.

Mści się obecnie, że post-faszystowskie demokracje Hiszpanii, Portugalii i Grecji przyjęły socjalistyczną drogę do nowoczesności. Zamiast reformowania kraju i ponownej redystrybucji dodano tylko więcej demokracji. Przypomnienie: We wszystkich tych krajach rozwijały się organizacje i partie komunistyczne. Utrzymanie ich z dala od władzy było kluczowe w procesie integracji krajów południa Europy z Unią Europejską, co z kolei było ambicją Niemców i Francuzów. Ale razem z marginalizacją euro-komunistów utracono także stare elity.

Nadzieją południowców był wariant postępu socjaldemokratycznego - pojednanie klas, liberalna demokracja i społeczna gospodarka rynkowa. Wierzono, że zachęcona integracją europejską powoli urośnie klasa średnia, która unowocześni przedsiębiorstwa i obali stare elity. To nie zadziałało. Kraje południowej Europy, które wzmocniły swoją socjaldemokratyczną ścieżkę muszą teraz płacić rachunek w postaci nowych planów wzrostu bez żadnych efektów w postaci wzrostu.

Autor oryginalnego tekstu, Wolfgang Streeck jest dyrektorem Instytutu Badań Społecznych Maxa Plancka.

czwartek, 19 stycznia 2012

Stiglitz: UE planuje "pakt samobójczy"

Laureat Nagrody Nobla Joseph Stiglitz powiedział, że nie jest kwestią kiedy ale tego jak upadnie euro. Kilka krajów UE boryka się z wysokim zadłużeniem i dużym deficytem budżetowym. Grecja, Portugalia i Irlandia otrzymały już kryzysową pomoc z MFW i UE. Jednak próby ustabilizowania gospodarki do tej pory nie zadziałały. Strach przed przeniesieniem się kryzysu do innych krajów a także to, że kryzys zadłużenia może wywrócić cały europejski system bankowy jest bardzo duży. Gdy banki mają trudności, ograniczają udzielanie kredytów. Niższa aktywność gospodarcza może prowadzić do niższego wzrostu gospodarczego i wzrostu bezrobocia.

- Nawet jeśli widzą, że ciągłe zwiększanie oszczędności prowadzi do załamania gospodarczego, to odpowiedzią jest dokręcanie śruby znowu i znowu powiedział Joseph Stiglitz podczas Azjatyckiego Forum Finansowego. Przed około 2000 uczestników forum Stiglitz porównał lekarstwo, które jest aplikowane na problemy UE z wenesekcją (leczeniem poprzez upuszczanie krwi) w Średniowieczu.

- To wszystko przypomina średniowieczną medycynę. To jak wenesekcja, gdzie lekarze upuszczali pacjentowi krwi, aby spuścić płyny, które uważali spowodowały chorobę mówi Stiglitz. - Kiedy po upuszczeniu krwi pacjent czuł się oczywiście gorzej, trzeba było upuścić mu jeszcze więcej krwi co kontynuowano do momentu, gdy pacjent był bliski śmierci. To co dzieje się teraz w Europie to pakt samobójczy.

Do jesieni zgodnie z podziałami związanymi z kryzysem zadłużenia podziały w Europie się jeszcze pogłębią. Po jednej stronie są ci, którzy uważają, że rozwiązaniem kryzysu jest obniżenie deficytu, przywrócenie zaufania na rynku finansowym, a tym samym zapewnienie dostępności do stosunkowo tanich kredytów. Na czele tej grupy stoi Angela Merkel, która także rozgrywa główne karty w Europie.

Na Azjatyckim Forum Finansowym brytyjski minister finansów George Osborne wyjaśnił dlaczego w ciągu ostatnich kilku lat w Wielkiej Brytanii dokonano dużych cięć w budżecie.

- Kiedy masz duży deficyt budżetowy, nie uzyskasz wzrostu gospodarczego jeśli nie przedstawisz wiarygodnego planu oszczędnościowego, gdyż inwestorzy nie będą chętni do tego, aby inwestować twoim w kraju powiedział Osborne. Stiglitz widzi to zupełnie inaczej.

- Nigdy nie odzyskasz zaufania jak długo w gospodarce będzie kryzys. I recesja będzie trwać tak długo, jak długo politycy będą wprowadzać kolejne cięcia i oszczędności mówi Stiglitz. Ma on mało wiary w to, że politycy zmienią swoją politykę. Dalsze duszenie pieniędzy będzie kontynuowane. Dlatego według Stiglitza można dyskutować nie o tym, czy euro się zawali, ale jak to się wydarzy.

- Ekonomiści dyskutują obecnie na temat najlepszego sposobu likwidacji euro. Może się to zdarzyć z powodu niepokojów społecznych mówi laureat Nagrody Nobla i podkreśla, że bezrobocie wśród młodzieży w Hiszpanii jest obecnie ponad 40 procentowe.

- Jak długo ludzie będą to zaakceptować? pyta Stiglitz.

Innym powodem dla którego euro może się załamać, będzie jeśli Europejski Bank Centralny przestanie pożyczać pieniądze dotkniętym kryzysem krajom poprzez zakup obligacji rządowych.

- To spowoduje kryzys, kryzys, który wstrząśnie światową gospodarką mówi Stiglitz.

Tekst powstał na bazie artykułu.